sobota, 31 grudnia 2016

dobry rok.

to był bardzo dobry rok.

to był rok, w którym moje starsze dziecko nie spędziło ani jednego dnia w izolatce, rok, podczas którego dni bez kataru i kaszlu można było wprawdzie policzyć na palcach jednej ręki, ale nigdy, przenigdy nie było powikłań po chemii.

to był bardzo dobry rok. rok, w którym zdobyłam laur realizatora video roku. to był rok, w którym zostałam królową wszelkich gal, a mimo tego mi nie odjebało.

to był dobry rok. rok, w którym udzieliłam kilku wywiadów, a każdy z nich był wartościowym.

to był rok, w którym obie moje córki poszły do przedszkola. i żadna nie płakała. 

to był rok, w którym pozwolono mojemu dziecku w ogóle pójść do przedszkola.

to był rok, w którym wybudowaliśmy dom, rok, w którym zamieszkaliśmy w naszym nowym domu.

to rok, w którym mojej córce wykryto dodatkowy ubytek i rok, w którym udało się znaleźć na to remedium. czy poskutkuje, pokaże kolejny, mam nadzieję, dobry rok.

to był dobry rok. rok, w którym zaczęłam realizować kilka nowych pomysłów.

to był rok, w którym całkowicie zawiesiłam pisanie książki, czyli spełnienie marzenia mojego życia. nadal jednak uważam, że to był dobry rok.

to był dobry rok, bo zdiagnozowano u mnie depresję. i to był rok, w którym zaczęłam leczenie pozwalające mi po prostu oddychać.

to był dobry rok, bo podjęłam bardzo trudne decyzje. ale miałam siłę je podjąć.

to był dobry rok, bo wykrzyczałam kilka swoich prawd, z którymi wiele osób się zgadza.

to był rok, w którym nie umiałam żyć bez terapeutki. dobry, bo na razie nie mam po co do niej wracać.

to był rok, w którym codziennie moje dzieci przychodziły się przytulić.
to był rok, w którym mój mąż codziennie utwierdzał mnie w przekonaniu, że mnie kocha.
to był rok, w którym mój tata powiedział mi, że mnie kocha i że jest ze mnie dumny.
rok, w którym moja teściowa zrobiła wszystko, by mi pomóc.
rok, w którym moje rodzeństwo dało mi wsparcie.
to był rok, w którym wiele rzeczy mi się udało.

rok, który przeżyłam.

życzę sobie i wam kolejnych dobrych lat.

akceptacji swojego położenia.
szacunku dla siebie.
pewności.
siły.
i radości z deszczu. za to, że jest i że mogę go doświadczać.

niech się spełni.


środa, 14 grudnia 2016

cztery lata.

jadę na rozmowę w sprawie pracy, słucham żurawia. nie tędy, którędy podążać miałam, podążam autem już nie czarnym jak noc. szarym, jak pył na drodze, jak moja codzienność, wytartym, jak skóra pod nosem od smarkania przez łzy.

miły pan fejsbuk przypomina. widzę nataszkę sprzed czterech lat. zwykle nie zwracam uwagi na wspomnienia stamtąd, a teraz jestem stara i zwracam. co ja zwracam?

widzę moje ponadroczne dziecko w śniegu na podwórku przed naszym domem na wsi. co to ze mną robi?

pamiętam ten dzień. ubrałam ją kosmicznie, w taki kombinezon, co to nie przepuści dobrej zabawy bokiem. co to można tarzać się, robić orły, sokoły, bażanty. siebie ubrałam też w coś na kształt, nie musiałam wtedy stroić się, malować, odwiedzać internetu, ani sklepów z profesjonalną odzieżą. w zwyczajnie nieprofesjonalnych, zbyt krótkich, granatowych spodniach na szelkach, które notorycznie się przekręcają i tworzą niewygodną grudę pod kurtką, a jak się je poluzuje, to spadają, w takich właśnie spodniach, które jeszcze mieściły zojkę w moich trzewiach, poszłam na dwór z córeczką.

córeczka nigdy nie była żywiołowa. śnieg zawsze był zimny i mokry. niechętna zabawie, harcom, węszeniu w białej posypce niczym młody pies, poruszała się zachowawczo, całe swoje siedemdziesiąt cztery centymetry unosząc wysoko na obutych w najlepsze kozaczki stópeńkach. 

aż się zwyczajnie wywaliła. leżała zdziwiona w śniegowej pościeli wołając nieśmiało "mama".

śmiałam się. byłam szczęśliwa, beztroska, miałam jedno małe zdrowe dziecko, piękne i mądre.
miałam dom na wsi, śnieg po kostki, ciepłą herbatę w duchówce na piecu, rosół na obiad, marzenia, pracę, pieniądze, plany i świat pod nogami.

cztery lata później wypakowuję z kartonu ten sam kombinezon, bardzo dobry, ten na sprzedaż, który wreszcie znalazłam. i ten kolejny, z którego wyrosły obie moje córki. klęczę nad losem. zwieszam głowę w ukłonie, albo niemocy, nie wiem.

układam. swoje rzeczy w garderobie w nowym domu w mieście, a życie w głowie, w starej głowie, na szyi wyciągniętej wciąż w stronę "lepiej". wciąż nie sięgam.

płaczę.

tylko cztery lata. mam wszystko i nie mam nic.

nie mam nic z tamtej siebie.

wtorek, 15 listopada 2016

najlepszy prezent ever.

wczoraj byłam z nataszą u laryngologa. w innym mieście. niedaleko, ale wyprawa. w pierwszych dziesięciu minutach w samochodzie stałam się głównym celem ataku pod tytułem "jak to nie masz żadnej przekąski, przecież przed chwilą jadłam śniadanie i za chwilę będę głodna, ani sernika nie masz, nic, naprawdę nic?". wiem, że jeszcze ze dwa lata i komunikat ów zakończy zdanie: "co z ciebie za matka" i gdyby tylko nie była ze mną, dodałaby: "jadę do swojej matki". 

na szczęście zaraz się uspokoiła, jak tylko uświadomiła sobie, że obok gabinetu jest cukiernia, do której po badaniu wstępujemy. to dobrze o niej świadczy, albowiem noc należała do gatunku niezbyt przespanych, do czego akurat powinnam już przywyknąć, jednak mój organizm cały czas się broni.

szczyt naiwności, kłaść się z nadzieją, że się w nocy nie wstanie. niemożliwe. natasza pije i sika, tak ma i tak prawdopodobnie będzie miała, wstaje w półśnie, gada po jaszczurczemu i dokonuje dziwnych czynności, raz siedzi na poręczy i każe mi przynieść drzewko, innym razem próbuje się napić z maskotki i ssie pluszowe ucho/nos czy cotamchwyci. wody na zapas nie mogę jej nalać, bo za pierwszym razem pociśnie całą, zbudzi się na siku jeszcze szybciej, a i tak na drugi raz jej zabraknie.

zoja z kolei budzi się z tak przeraźliwym okrzykiem "mama!", że wstają i idą do drugiego pokoju także te kobiety w bloku, które nie mają dzieci, ani drugiego pokoju. kiedy biegnę na zdrętwiałych nogach przekonana, że głowa utknęła jej w szczebelkach, zacisnęła sobie kawałek jakiejś gumki na łydce, będzie wymiotować, albo właśnie posikała łóżko, mówi jakieś banały w stylu: "moja sówka oliwia miała dzisiaj imieniny", czy "jutjo natasza mnie nadepnęła na jęce" lub "gdzie ja mam jelita", po czym odwraca się i zasypia. próbowałam nie biec do takich incydentów, przez sen znalazłam w sobie nawet zgodę na unieruchomioną w szczebelkach głowę, niedokrwienie łydki i takie tam, ale zoja krzyczy tak długo, aż nie przyjdę, do babci i taty mówiąc "mamę wołałam, od ciebie nic nie chcę". 

przychodzę, ponieważ żal mi ojca jedynego, teściowej jedynej, nataszy, siebie samej i wszystkich tych ludzi z wieżowca, którzy coraz ciszej odpowiadają "dzień dobry" moim dzieciom.

lubię sobie pobyć oddzielnie z córkami, okazuje się wtedy, ze każda z nich jest inna, niż w towarzystwie tej drugiej, że jak nie ma kogo szarpać, to jest całkiem cicho, że jak nie ma cię kto całować z rozbiegu, to się nie przewracasz i nie obijasz sobie poszczególnych części ciała i że jak nie ma tej drugiej, to nie trzeba mówić coraz głośniej, żeby matka cię usłyszała, nie ma z kim się kłócić jakich piosenek słuchamy i co czytamy. raj.

i tak sobie z nataszą jedziemy i gadamy. żal jakiś się w niej zbiera, czuję to.
- nie jestem księżniczką. - mówi mi.
- możesz być. - odpowiadam.
- jak? nie mam sukni, pałacu, klejnotów.
- dla mnie nasz dom to pałac, w każdej sukni ci pięknie, a klejnoty sama robisz najcudowniejsze.
- e, to nie tak. - szuka.
- dokładnie tak. - nie pozwalam jej pogrążyć się w niebyciu księżniczką. - księżniczką się jest w głowie i sercu. jeśli dobrze żyjesz, zachowujesz się jak księżniczka, traktujesz siebie jak księżniczkę, nosisz głowę wysoko, a piękno masz w sobie, to jesteś księżniczką.
- tak? - słyszę nadzieję.
- tak.
- to w takim razie ty jesteś królową.

szach - mat. ja? królową? ja? ja? ja jestem tylko... mamą księżniczek. dostałam róży na lico jak podlotek. kto tu kogo ratuje i przed czym, myślę wciągając wodniste gile, nim wydobędę chusteczkę. już miałam wyprostować się, żeby mi korona na oczy nie spadła, kiedy moja osobista księżniczka zapytała:
- czy mikołaj spełnia marzenia?
- tak. - mówię nastawiając ucho, bo grudzień niebawem, gotowa na gadąjacą barbie, naturalnych rozmiarów pluszowego kucyka, nawet na grę w podkładanie poduszki pierdziuszki, by puszczać sztuczne bąki (jakbyśmy swoich nie mieli).
- to ja chcę harfę.

kurwa mać. za jakie grzechy? czy naprawdę byłam aż tak niegrzeczna? chyba czas jej powiedzieć, że mikołaj nie istnieje, prezenty robią rodzice, a budżet mają ograniczony oraz że malowanki też są przecież spoko. że najważniejsze nie są prezenty, ale to, żebyśmy byli blisko i jakoś ją tulić płaczącą bez harfy przez cały ten tydzień rozmazując łzami i smarkami akwarelowe kredki na świątecznych malowankach. 

oczyma wyobraźni już widziałam siebie taszczącą harfę na jakiś koncert, zapoconą jak świnia, zgarbioną, dyszącą, próbującą najpierw wepchnąć, a potem wypchnąć harfę z kombiaka nie klnąc przy tym i nie raniąc się dotkliwie, bo przecież kultura wyższa. 

już widziałam, jak odziana w roboczy strój bhp i kalosze, na kocu ślizgam z domu ten zajebiście wielki kloc, doślizguję do bagażnika, nie daję rady go wciągnąć, ślizgam z powrotem do domu, przyciągam taczki, na nie kładę harfę, próbuję utrzymać równowagę, nie udaje mi się, robię więc taczką rysę na tej w chuj wielkiej szybie, co ją mamy w domu i krzesząc z siebie ostatki sił, nadludzkie jakieś zasoby, wrzucam ją do auta i tylko trochę nie trafiam, odrywam więc resztę tapicerki z bagażnika, bo co mi będzie tak powiewać.

wszystko to okomentowane piskliwymi głosikami i dźwięcznym śmiechem moich córek ubranych w tiulowe sukieneczki i czyściusieńkie białe rajstopki, które tarłam w rękach po zabawie w błocie cały poprzedni wieczór. jeszcze tylko je wsadzić w foteliki i już możemy jechać na świąteczny koncert kolęd i pastorałek do osiedlowej świetlicy, tam już tylko wypakować harfę, oczywiście bez niczyjej pomocy, bo jestem spóźniona i wszyscy są już w środku. 

dobrze ubrane i pachnące matki dzieci, które grają na fletach poprzecznych, sykają na mnie ze złością, kiedy po ciemku próbuję nie stratować publiczności, a jeszcze dyszę "przepraszam" zmierzając ku scenie. tam dziecko moje plumka jednym palcem dwa wersy "cicha noc, święta noc", bo tyle jak na razie umie. koniec. brawa. harfę porzucam, chyba, że ktoś mi ją każe zabrać, to porzucam rodzinę i całe swoje dotychczasowe życie i truchtam zdecydowanym krokiem ku szpitalowi psychiatrycznemu.

harfa. tak. www.allegro.pl szukaj: harfa. jasne. przed oczami stanęły mi wszystkie prezenty porzucone kwadrans po otrzymaniu. i w tym towarzystwie harfa nijak nie chciała się zmieścić. trudno, jakoś zniesie ten potężny cios, ale niech sobie harfę wybije z głowy.

- kocham cię, mamo królowo.

a chuj. niech będzie harfa. ostatecznie, jak ją się położy poziomo na dwóch krzesłach, to zajebiście dużo prania można tam powiesić.

czwartek, 10 listopada 2016

hu hu ha.

wciąż mieszkamy u mamusi. u teściówki jedynej. dom już jest tak blisko, że im bliżej, tym dalej. jesteśmy jak maratończyk przed metą, ostatkiem sił ciągniemy do końca skupieni już nie na wyniku, ale na tym, by się zwyczajnie nie wyjebać na końcu.

jest podłoga, na której chętnie położylibyśmy się, bo jest ciepła i z tej odległości nie mamy wątpliwości czy te panele są zielone, czy jednak nie. z tej odległości jednak widać niedoskonałości pracy płytkarza, więc turlalibyśmy się najchętniej zwracając lub nie, uwagę na nasze nowe tu i ówdzie.

nie możemy zaś się turlać, bo biegamy na krótkie dystanse. ojciec jedyny do pracy, na budowę, do domu, do hurtowni budowlanych, do geodety, do pracy, do elektryka, do hydraulika, do domu, na zupę, do bankomatu i do bankomatu. ja biegałabym do przedszkola i z powrotem, gdyby nie fakt, że biegam do apteki i z powrotem, po termometr i po lekarstwa, po chusteczki, po syrop, po herbatkę, po suchą pościel. a potem dopiero do przedszkola i z powrotem.

dodatkowo teściówka niemalże unieruchomiona po zabiegu. dramat.

a tu ulubiona pora roku. najulubieńsza. to pora roku, w związku z którą trzeba przewieźć kartony swetrów, kurtek i butów od mojego ojca. to pora roku, w której zerkam nieśmiało czy nataszkę już cisną te drogie kozaczki, a jeśli tak, to czy zojci nie spadają z nóżki. to pora, w której zerkam nieśmiało czy rękawy swetrów wystających spod kurtki już wyglądają wieśniacko, czy można udawać, że to taka stylówa, skoro sama zamotana w obrus na szyi udaję, że o to własnie chodziło, a nie, że nie ten karton od ojca przywiozłam.

to czas, w którym dokupuje się rzeczy, a mieszkanie teściówki nadal nie urosło. czasami, kiedy stoję objuczona pod drzwiami, najchętniej zadzwoniłabym do sąsiadki, żeby mnie docisnęła nogą obutą w kapeć i zamknęła drzwi przekręcając klucz w zamku. 

mam wrażenie, że to wszystko pierdolnie. wybuchnie. 

że szyby już są wypukłe, że ten blok eksploduje wraz z trzema kombinezonami, z których wyrosły moje dzieci, a przecież mam je sprzedać, żeby kupić dobre, więc niech leżą. jezusmaria gdzie one leżą? 

rozpierdoli po osiedlu moje hawajaniasy, kroksy z lidla, płócienne sukienki, wszystkie dwie, spódnice, które być może jeszcze założę, zylion pluszaków, kawałki świętych karteczek zaklejonych świętymi kółeczkami i mnóstwem glutów z kleju, równie świętymi kawałkami wstążek, piór, bandaży, rozpirzonych żołędzi, książek, kredek, gazetek reklamowych z netto i ofert na drzwi zewnętrzne, kawałków cegły klinkierowej elewacyjnej w ilości sztuk siedem niby identycznych a każda inna, zawiniętych w gazety, ręczników, które jeszcze całkiem się nie popruły, chust, które może kiedyś założę, rajstop zaciągniętych tylko na kostkach, które do kozaków jeszcze się nadadzą, o boże czemu wyrzuciłam kozaki.

łinter is komin'. uwielbiam czas, w którym muszę pamiętać o tym, żeby założyć podkoszulek pod podkoszulek z merynosa, bo mnie gryzie, ale w dwóch podkoszulkach będzie mi gorąco, ale kurtki jeszcze nie mam tej zimowej, to może faktycznie tego merynosa, albo bluzę. z tym, że nie mam bluzy. icoteraz.

to czas, w którym moje życie ogranicza się do rozterek czy założyć dzieciom rajstopy i kto im je zdejmie jak już pójdą do przedszkola, czas, w którym myślę intensywnie która czapka będzie dla nich odpowiednia, czas, w którym w panice zakładam dziecku dwie pary skarpet do adidasów, bo kozaki jeszcze nie przyszły. 

czas, w którym stoję zapocona w kurtce i czapce z kurwa wełny, nie dziwiąc się więcej dlaczego elizka oddała taką fajną czapkę, bo kurwa gryzie tak, że musiałabym zakładać czapkę pod czapkę i pewnie tak bym robiła, gdybym tylko wiedziała, gdzie jest moja czapka ta nie od elizki, więc stoję, a gdzie, chuja tam stoję, próbuję wyłapać dzikie zwierzęta przebrane za moje dzieci, które obleczone jednak w rajtuzy i dresy postanawiają się bawić w ucieczki, a kiedy już je wyłapię, ubiorę do końca i zagonię do drzwi, to oznajmiają mi, że chcą siku. oczywiście jednocześnie. a czemu ona pierwsza, przecież ja jestem pierwszą córeczką.

to mój ulubiony czas, w którym opatulona z dziećmi dobiegam do auta już spóźniona i zgrabiałymi ręcyma próbuję usadzić je w fotelikach w kurtkach myśląc, że tak nie wolno, ale nigdy, przenigdy w życiu nie stałabym na parkingu strzeżonym czekając, aż auto się nagrzeje, a dzieci na całe półtorej minuty rozbiorę, by potem je ubrać i żwawo pognać do przedszkola. przecież w ogóle na wszystko mam półtorej minuty.

to czas, w którym dwie puchate kulki próbuję zmieścić w fotelikach, z których się wydłubują, bo muszą, powtarzam, muszą i to natychmiast sięgnąć po coś, czego z fotelika nie dosięgną. i czy jest to mikrogrzebień do wyrywania włosów podróbie kucyka tłajlajt sparkl, czy kawałek pianki poliuretanowej niskoprężnej z budowy, czy papier po nielegalnie zeżartym przeze mnie cukierku, czy chusteczka nie do końca zasmarkana i może jeszcze się da wyprostować, a poza tym jest krzywo poskładana, nie ważne, ja dostaję pierdolca. wewnętrznego. wpadam w furię. 

w myślach eksploduję, jak wieżowiec, z którego przed chwilą w tych samych myślach wyleciał nasz dobytek. gotuję się, piszczę, zalewam się wrzątkiem i co? nadal muszę przypiąć dzieci.

japierdolę. zapocona już drugi raz w ciągu kilku minut wsiadam do auta, półtorej minuty mówię na zmianę: nie wiem gdzie są wasze płyty, tak to jest muzyka klasyczna, nie, nie wiem co to za instrument, który masz na myśli i nie gadajcie naraz, bo nie rozumiem żadnej z was. oraz nie kłóćcie się która pierwsza mówi.

wychodząc dziś na próbę zaczęłam przeczesywać mieszkanie mamy w poszukiwaniu swojej kurtki zimowej. znalazłam. muszę ją nosić, bo już nie dam rady jej wcisnąć do szafy. kupiłam ją pod koniec zeszłej zimy. jako jedyna spośród kurtek, jakie znalazłam, nie miała tego futra naokoło kaptura, dokładnie tego, co udaje eskimoskie i dokładnie tego, które jest zbędne w naszym klimacie i dokładnie tego, które wchodzi do ryja przy mikrowietrze, chwyta się pomadki ochronnej, i którego nie da się wypluć, mimo usilnych pocharkiwań i odruchu wymiotnego, bo jest kurwa przyszyte. no więc właśnie tę kurtkę zakładam. 

chciałam być porządna w zeszłym sezonie, wobec tego uprałam ją i schowałam. ponieważ suszyłam ją przewieszoną przez sznurek, puch trochę się przemieścił i prawdopodobnie przez najbliższą zimę będzie mi zajebiście zimno w kręgosłup, za to zajebiście ciepło w nadgarstki.

nie warto być porządnym.
i jak to dobrze, że cały czas gdzieś biegnę.

wtorek, 11 października 2016

torpeda w filiżance.

mieszkałam kiedyś w miejscu, w którym ludzie nadawali sobie śmieszne pseudonimy. na tyle śmieszne, że mój tata napisał o tym artykuł do lokalnej prasy. na moje pytania skierowane do taty dlaczego długi heniu jest długi heniu, albo dlaczego kanciaty jest kanciaty, tudzież dlaczego wałek nosi ksywę wałek, tata odpowiadał, że długi heniu był długi i heniu, kanciaty kanciaty, a wałek wyglądał jak wałek. sam mój tata nosił ksywę łysy, albowiem - i tu niespodzianka - jest łysy.

same ksywy jakoś się tłumaczą, zwłaszcza takie jednowyrazowe. dość łatwo mi skumać, że kaktus jest kaktus, bo ma rzadki zarost, amerykun to amerykun, bo raz był w stanach, hipek, bo przypominał hipopotama, a cysterna, bo miała wielki biust.

gorzej mi zrozumieć jak to możliwe, że na gościa, co był wiecznie pijany wszyscy mówili siwy dym, choć imię miał krótsze, na byłego piłkarza - filozofa - "szybszy od spodenek", a na pana, co się gibał w przód i w tył nie mówiono, nie wiem, gibała, tylko "faluj z rafels" (tu se kliknie, kto nie pamięta czasów, w których najpierw było się gwiazdą, a potem grało w reklamie, a nie odwrotnie). 

posiadanie ksywy jest fajne, ponoć świadczy o wyjątkowości, jakże to miłe zatem, że na mnie wszyscy mówią wronka. nie dlatego, żem bruneta, ale że skakałam w kałuży jak bartek wrona z dżast fajf w teledysku kolorowe sny kiedy ja dotykam ciebie, kolorowe sny, kiedy w nas tańczy pragnienie, hej, ho. no jest w tym jakaś wyjątkowość, nie powiem. 

kiedy byłam dzieckiem, jedna pani ze szkoły mnie poprosiła, żebym jej zrobiła zakupy i to była jej wyjątkowość ewidentnie, bo nikt od tej pory na nią nie powiedział inaczej, jak "pół chleba i lemon".

nauczycielka angielskiego mojego brata była, mówiąc krótko i dość eufemistycznie, duża, dlatego miała ksywę "wielka brytania".

nasz były elektryk, który pod siłę nie podłączył zera, a betoniarka jest na siłę, więc kiedy ojciec jedyny wlewał wodę z wiadra do betoniarki, to mógł stracić życie, został okrzyknięty dizajnerem, co potwierdził podłączając żarówkę w korytarzyku przed łazienką w taki sposób, że się zawsze żarzyła, pewnie jak pozostałe innowacyjne projekty instalacyjne w jego własnej głowie.

kiedy niedawno ojciec jedyny przysłał mi fotografię dwóch kolesi na naszej budowie, małego ze szlugiem i dużego z nadwagą, wiedziałam, że sufity kładą nam łona i webber i inaczej nie potrafiłam o nich pomyśleć.

cóż, nie mam puenty do tych wspomnień, mam chęć na więcej, na wasze więcej i na swobodny rechot nad czytaniem tychże. 
mam również nadzieję, że moje dzieci nie na zawsze zostaną "torpedą" i "filiżanką z porcelany", czego sobie i im życzę.




wtorek, 27 września 2016

strefa komfortu.

zdarza mi się, że narzucam sobie różne rzeczy. i coraz rzadziej jest to koc na głowę, papierowa torba czy worek po ziemniakach.

tym razem postanowiłam sobie narzucić coś innego. w tym celu niezbędna jest opowieść o wujku tadziku i jego pierworodnym synu zwanym przez nas w latach szczenięcych malowniczo 'małpą'.

otóż zarówno jeden, jak i drugi mają dar, którego mnie brakuje. ja mam coś proporcjonalnie odwrotnego do ich daru. otóż oni zagadują ludzi. znają wszystkich na świecie i pamiętają ich oraz ich pochodzenie, rodziny dwa pokolenia wstecz, zainteresowania, wady, przywary i zalety.

niejaki małpa jest bohaterem wymyślonej przez nas anegdoty (mówiąc "nas" mam na myśli resztę mojego rodzeństwo-kuzynostwa, z którym w dawnych czasach dopuszczałam się wszetecznych bezeceństw przy użyciu alkoholu, innych środków psychoaktywnych, a także niczym nieograniczonej wyobraźni hej), która to brzmi następująco. wyobraź sobie wieś na końcu świata. opuszczoną, małą, otoczoną szarymi polami pobrużdżonymi zardzewiałymi bronami, po których (polach, nie bronach) wędruje anioł w zgrzebnym stroju i niesie kromkę czarnego chleba. no zwykła polska wieś. tylko że gdzieś daleko. i w tej wsi jest bar. drewniany, nieodnawiany, stary, zapomniany bar. w tym barze siedzą trzy osoby o aparycji nie zdradzającej ich płci. i gdyby do tego baru wszedł małpa, przynajmniej dwie z tych osób powiedziałyby: o, cześć małpa.

wujek tadzik, ojciec jedyny małpy, jest człowiekiem, który zagada każdego. dziecko chociażby pogilga, a obcemu psu włoży do pyska przynajmniej rękę. zaklinacz psów. i ludzi. ostatnio jechał z moim tatą daleko pociągiem, mój tata patrzyłby w okno przez sześć godzin, ale wujek tadzik postanowił zagadać panie, z którymi jechali. otóż były to trzy pokolenia dam: babcia, mama i córka, przy tym jak się w międzyczasie okazało, babcia jest osobą śpiewającą. przez pięćdziesiąt kilometrów wujek tadzik namawiał ją, żeby śpiewała, a ponieważ ona była raczej w typie mojego taty, co to przesiedziałby podróż z nosem w oknie, wujek wdarł się na wyżyny negocjacji, albo po prostu wymędził, żeby zaśpiewała. kolejne kilka godzin śpiewali wszyscy razem i tak im wesoło droga minęła, mimo że jechali na pogrzeb.

czemu ja to piszę. bo ja tego nie mam. postrzegam to jako talent, którego dopełnieniem jest pamięć, że człowiek, o którym nie masz pojęcia kim jest, a który ci właśnie powiedział cześć, jeśli wierzyć małpie, jest człowiekiem, którego razem spotkaliście w drodze do łęknicy w dziewięćdziesiątym trzecim, a który stał na stopa zaraz za żarami i miał plecak z naszywką flapjacka, a zatrzymał mu się czerwony fiat mirafiori. mówiłam - talent.

i ja narzuciłam niedawno sobie, że będę zagadywać ludzi. że będę robić coś, czego dotąd nie robiłam, że będę mówić, co myślę. że będę opuszczać ciepłe kapcie w bezpiecznych koleinach własnej strefy komfortu. że będę robić rzeczy inne, niż te, z których się znam. że założę te drugie słuchawki z szuflady, że włączę w nich tę muzykę, której nigdy nie włączałam, że pójdę ścieżką oddaloną od tej, którą podążam codziennie i że zobaczę dokąd mnie ona zaprowadzi.

ścieżki prowadzą mnie - o dziwo - do celu. przy czym samym celem bywają czasami te mikrowyprawy, które sobie urządzam. oczy otwieram szerzej, umysł też, zauważam rzeczy, których wczoraj tu nie było, nie mogło być, a przecież są.

wszędzie chodzę pieszo, by pobyć ze sobą i świadomie przeżywać swoje życie po kawałku. by być stopami na ziemi, a głową w powietrzu. by mnie owiewała moja własna rzeczywistość.

i w ten sposób spóźniłam się na spotkanie, bo zwyczajnie zgubiłam się we własnym mieście. byłam w parku, który zasadzili w tajemnicy przede mną pewnie przedwczoraj, przed kościołem, który nagle w tym parku podrzucili, byłam pod szkołami i przedszkolami, o których nie miałam pojęcia, że są i że jest ich aż tyle. szłam dziarsko chłonąc byt, tlen i orzeszki ziemne, bo tak się przygotowałam do drogi, aż tu nagle uświadomiłam sobie, że za długo krążę po niewiadomych i czas obrać azymut na spotkanie, czyli na botaniczną. ale, ale. gdzie jest botaniczna? postanowiłam użyć nawigacji, która powiedziała mi "kieruj się na wschód". no i zajebiście. wiem, gdzie jest wschód, wystarczy tylko sobie wyobrazić mapę polski i jak stoisz twarzą do morza, to po prawej stronie, gdzie kiedyś była rosja jest wschód, a tam, gdzie niemcy - zachód. reszta to bułka z masłem. pestka. orzeszek ziemny. południe. 

pozostało mi tylko dowiedzieć się twarzą do czego stoję. tak na marginesie - powinna być aplikacja "twarzą do czego stoisz app", ale nie ma. musiałam więc zasięgnąć wiedzy z czeluści swojego umysłu. chciałam najpierw odymić szkiełko i patrzeć na słońce, być może udałoby mi się dojrzeć gwiazdę polarną, która wskazuje północ, niestety nie wiem komu, kiedy i na jakiej półkuli, dodatkowo tarcie patykiem o patyk, żeby wykrzesać ogień odpadało, bo do spotkania było dziesięć minut, a według nawigacji iść będę siedemnaście. niestety, nawigacja nie uwzględnia czasu krzesania ognia za pomocą tarcia patykiem o patyk, choć na pewno by mi się udało, bo zajebiście szybko i dosyć często kręcę kwyrlejką ciasto na naleśniki. niestety krzemień, który nosiłam ze sobą, żeby pokazywać dzieciom iskry, zostawiłam w drugiej kurtce. z nim byłoby szybciej.

pozostało mi znaleźć północ za pomocą mchu, który obrasta kamienie. ponieważ szłam nowoczesną ścieżką z polbruku w czystym parku, wypatrywanie mchu wcale nie było łatwe. nie mogłam bowiem dojść do wniosku czy mech wie, że polbruk to sztuczny kamień i czy to ma wpływ na to, że jeśli już go obrasta, to czy nadal od północy. potem załamałam się, ze nawet mech kurwa wie, gdzie jest północ, a ja nie. 

tak czy inaczej byłam spóźniona i to, co przedsięwzięłam, to nie wyjście, a nawet wytruchtanie ze strefy komfortu. opuściłam ją w podskokach w miejsce bardzie cywilizowane, w którym nawigacja się połapała i zamiast "kieruj się na wschód", powiedziała mi po ludzku: "w prawo". dotarłam.

wobec powyższego nie poddałam się przeciwnościom i niezrażona niepowodzeniami postanowiłam dalej czynić sobie ziemię poddaną i dalej opuszczać strefę komfortu obserwując wszystko, co temu towarzyszy, nawet uczuciu zażenowania, kiedy mówiłam "ależ pan ma przyjemny głos" do kolesia, który mi sprzedawał kaloryfer.

w ten sposób trafiłam w miejsce, w którym znajdowała się piękna kobieta. i ja też tak pomyślałam: "jaka piękna kobieta". a potem pomyślałam, że muszę jej to powiedzieć, że właśnie się nadarza super okazja do tego, by powiedzieć co się myśli, opuścić swoje ciepłe kapcie i sprawić komuś przyjemność. więc zebrałam się w sobie, opanowałam pąs, który spłynął był na me lico i powiadam: "przepraszam, że się ośmielam, ale ostatnio postanowiłam mówić ludziom, co myślę, bo te myśli są fajne i chciałam pani powiedzieć, że jest pani niezwykle piękną kobietą". pani się uśmiechnęła, co uczyniło ją jeszcze piękniejszą, pąs przeszedł na jej lico, co odjęło jej tylko lat, bo jak się później okazało, pani była już babcią, a wówczas pani z całą swoją delikatnością i kobiecością powiedziała: "dziękuję. niestety nie mogę powiedzieć tego samego".

i co z tego, że pani za kilka sekund zreflektowała się, jak to zabrzmiało i wytłumaczyła mi, że nie jest jeszcze na tyle odważna, by mówić co myśli. 

ja już śmigałam w ciepłych kapciach po wygodnych koleinach i rechotałam komfortowo jak zwykle.

piątek, 16 września 2016

dziura.

nie wiem, jak to się dzieje, ale znowu musiałam komuś pomóc. starszy pan wlazł i nie umiał wyleźć. był już przy nim chłopak, który mu pomagał, ale sam nie dawał rady. pan przeciskał się przez szczelinę, nad którą nawet mój kot by się zastanawiał, ale pan był uparty i jak żółw cisnął wytrwale na północ, szurając obuwiem po podłożu. było trochę jak w bajce: pan się nie przesuwał, choć szedł i było to dla niego zastanawiające, jak dla mnie to czy tojtoje kiedykolwiek są nowe i pachną oraz a. jak on tam wlazł, b. po co. pan był za żywopłotem i siatką, niewysokie toto, gdzieś na metrze się kończyło, ale pan też był niewysoki, życie już starło mu część człowieczeństwa, a nogi, cóż, mniej rącze, niż onegdaj.

chłopak więc podstawiał mu tak zwany koszyczek, by pan poprzez niego wlazł na murek, pan dodatkowo haczył o siatkę w płocie i trzymając gazetę zwiniętą w rulon, to pacał nas znacząco w celu nie wiadomo jakim, to powiadał niewiele więcej, niż "czekaj pan". mnie jakby nie zauważał. ja skupiałam się na zachowaniu panowej odzieży w całości, chcąc odebrać go po lepszej części żywopłotu i siatki. wszystko to działo się w centrum miasta, a my z chłopakiem nad głową pana minami i ograniczonymi gestami (na rękach chłopaka stał pan, a ja jedną ze swoich wysupływałam druty z turkusowych spodni od garnituru) próbowaliśmy dojść skąd pan się tam wziął. 

na szczerze i wprost zadane przeze mnie pytanie, do zadania którego dodatkowo wyrwałam mu gazetę z ręki, żeby zwrócić jakoś na siebie jego uwagę: jak pan tam wlazł?? usłyszeliśmy tylko: czekaj pan.

nie wytrzymałam i po kolejnej nieudanej próbie tworzącej sytuację patową, postanowiłam otruchtać przestrzeń z siatką i żywopłotem, by znaleźć, do cholery, dziurę. znalazłam. pan wlazł dziurą przy schodach. próbował wyleźć identyczną, tylko przy drugich schodach, przy których ktoś postawił betonowy słupek, żeby nikt tam nie właził. albo na złość. kiedy zadowolona podbiegłam do pana i chłopaka, pan już szedł powoluśku na wolności wymachując gazetą, chłopak natomiast szedł w przeciwną stronę kiwając głową. życzyliśmy sobie wszyscy dobrego dnia i już.

niby i już. niby nic. ale jednak zaczęłam się zastanawiać. że może to jest znak, że powinnam iść gdzieś na wolontariat, że co ja tak cały czas pomagam, że co to za symbolika i o co w ogóle mogło chodzić. i wiem.

tak wygląda właśnie moje życie. problemy rozwiązują się same, dokładnie wtedy, kiedy ja szukam dziury w całym.