a ja wciąż w szpitalu.
ależ jestem silna! a dzielna jaka! a nataszka jak wszystko wspaniale znosi! och! ach! a ja bym tak nie potrafiła.
guzik prawda. potrafiłabyś. potrafiłbyś. tylko nie musisz. rodzice nie wiedzą, do czego są zdolni. póki nie muszą się z tym zmierzyć.
co więcej, to nie jest żaden wyczyn. to jest codzienność. to jest wpisane w ranek, południe, wieczór, tak jak wpisane są leki, rezonanse, tomografie, znieczulenia, wstawanie w nocy, karmienie, scenki, szopki i cyrki przy jedzeniu. dzieci po chemii nie jedzą. a muszą jeść. nie czują apetytu, pragnienia. a muszą pić. rodzice stają na głowie. nikt nie powie, nawet w głowie "a dobra, chuj tam, mam dość. nie chcesz, nie jedz". bo to oznacza komplikacje, powikłania, spadek wagi, utratę sił. a dziecko musi mieć siłę. i rodzic musi mieć siłę. proszę, błagam, każę, żądam, wmuszam, wciskam, prośbą, groźbą, nagrodą, karą. walka o każdy kęs. zapisane dziesięć mililitrów wypitego soku. nikt nie zaokrągla. sto dziesięć mililitrów to nie jest sto mililitrów. za dużo kosztowało nas to, żeby te dziesięć mililitrów przyjęło.
to jest takie normalne, takie naturalne, nikt się tu nie dziwi. dni opierają się o jedzenie, niemożność jedzenia, badania, leki i bilanse. pomiędzy są zajęcia plastyczne, jeżdżenie na rowerach, komputery i telewizory, gdzieniegdzie wymioty, o, znowu wymioty. czasem jakieś gorączki, drgawki, herbata, pranie, żart, stary niedźwiedź mocno śpi.
na tym oddziale każda baba to ciocia, każdy facet to wujek i nikt się jakoś temu nie dziwi. nie sprzeciwia. jeden ma parówkę, a drugi chce, to od razu od cioci dostaje. jeden ma jabłko, drugi nie, wujek przekroi to jedno na pół. namiastka domu, serdeczność i ogólne zrozumienie.
dlatego, kiedy dziecko umrze, nawet kiedy nie znałeś tego dziecka, płaczesz jak wszyscy na oddziale.
jedyne, co możesz zrobić to pójść i przytulić swoje dziecko.
i odpuścić mu ten jeden gryz kanapki.
