niedziela, 27 września 2015

warto.

miałam piętnaście lat, pryszcze, złą fryzurę, ubrania ukradzione z niemieckiego kontenera dla biednych i swoje zdanie. byłam kundlem. mieszkałam ni to na wsi, ni to w mieście. miałam trochę mamy, trochę taty, a najwięcej to brata, ale w gruncie rzeczy byłam sama.

miałam pogląd, że zawsze spadnę na cztery łapy, co wiązało się z tym, że zawsze musiałam być na kolanach.

nos nosiłam wysoko, bo tylko wtedy mogłam się wyjebać na ryj z honorem. a wyjebywałam się wciąż. potykałam się o własne nogi, własne poglądy, własne zagubienie i ogólne zażenowanie swoją osobą.

byłam słaba i przestraszona, dlatego krzyczałam głośno i robiłam głupie rzeczy.

o szacunek i podziw nie umiałam zawalczyć inaczej, niż balansując na krawędzi życiowej żyletki otumaniając się substancjami, o konsekwencji użycia których nie myślałam, bo zdaje się, że myślałam zupełnie o czym innym, jeśli w ogóle skalałam się wówczas jakąkolwiek myślą.

nieustanne próby zaimponowania innym, mające na celu zyskanie wiary w siebie, kończyły się dla mnie nienajszczęśliwiej, jednak jakiś anielski kot zawsze nade mną czuwał i jakoś mnie na te cztery łapy rzucał.

mam wyrwane z kontekstu zdania w pamięci, mam gorzkie uczucia na wspomnienie wydarzeń z wtedy, mam też wiadro wstydu i drugie wiadro arogancji i braku pokory, z którego ulewam trochę na otoczenie, jak zaczyna mnie ranić.

po osiemnastu latach byłam na spotkaniu w szkole, z której mnie dwa razy dyscyplinarnie usunięto.
wśród ludzi sukcesu, biznesmenów, projektantów, dizajnerów, przedsiębiorców, zlajtowanych, jeżdżących latem do ciepłego kraju, zimą do zimnego, spokojnych, osadzonych w swoich bezpiecznych realiach, miłych, bardzo miłych ludzi. 

nigdy tam nie pasowałam. 

dla niepoznaki włożyłam sukienkę, co za czasów szkoły zdarzało się rzadko, i buty od projektanta, o czym wówczas mogłam tylko pomarzyć. pod porządną fryzurą i makijażem skrywającym niedoskonałości podobne do tamtych schowałam te same lęki i uczucia co wtedy. 

wstyd mi, że mnie wyrzucono ze szkoły, wstyd mi, że moja klasa z moim wychowawcą ręczyli, żeby mnie z powrotem do tej szkoły przyjęto. wstyd mi, że nie mam firmy, pieniędzy na koncie, ani w skarpecie, że na wakacjach byłam pierwszy raz od pięciu lat. wstyd mi, że pijana dawno temu razem z jakimiś zbirami kazałam taksówkarzowi wjechać polonezem do internatu. wstyd mi, że tłukłam żarówki na korytarzu, żeby stróż szedł zobaczyć co się dzieje, a wtedy ja uciekałam z internatu.

ale kiedy mój wychowawca pyta czy przyjadę do szkoły poprowadzić zajęcia, poopowiadać o życiu, o talencie, o warsztacie, o doświadczeniach, o sile, o wytrwałości, bo młodzież przychodzi na lekcję pięć minut szybciej, żeby przeczytać mój wpis na blogu, to wiem, że było warto.

poniedziałek, 21 września 2015

w moim domu się nie mówi

bądź grzeczna.
usiądź normalnie.
zjedz ładnie.
musisz być dzielna.
nic się nie stało.
nieważne.
za mamusię tatusia babcię dziadka.

mówi się

boli mnie, jak tak robisz. albo nie lubię jak tak robisz.
usiądź bezpiecznie. albo zdejmij buty z krzesła.
zjedz, proszę.
może cię boleć. masz prawo czuć lęk i zniecierpliwienie. i ból. i żal. masz prawo czuć, co czujesz.
co się stało?
co chcesz mi powiedzieć?
jedz na zdrowie.

co to znaczy grzeczna? zapytała mnie kiedyś natasza. a ja pomyślałam: rób tak, jak ja chcę. bo taka jest norma społeczna, którą nie wiem kto ustalił. pan sawuar wiwr. tradycja. kultura. dorośli. fu, dorośli. powiedziałam zaś: "przepraszam" i zamalowałam to słowo na fluorescencyjny kolor, który pulsuje mi żółcią, jak je usłyszę.

to samo się tyczy "normalnie". "nie wypada". "powinnaś". "tak się nie robi". "zjedz ładnie, stój ładnie, usiądź ładnie, uśmiechnij się ładnie, powiedz ładnie". wszystko miga mi w głowie, jak wyłączona sygnalizacja. niby nie działa, ale cały czas ostrzega.

nikt nie musi być dzielny. ktoś może chcieć, niech będzie. niech mu będzie. czasem ktoś jest dzielny, choć tego nie wie, bo jest dzielny tylko dla kogoś, kto odnosi tę dzielność do siebie. być może twoja dzielność, to moja codzienność. być może zamiast dzielni, lepiej, żebyśmy czasem byli niedzielni.

nic się nie stało? jak to się nic nie stało? biegła, przewróciła się, zdarła kolano. lalka zgubiła rękawiczkę. upadł kamyk. polała się bluzka, to nic, że wodą. jak to się nic nie stało?? właśnie runął czyjś niewielki, być może całkiem malutki, ale jednak wszechświat. skąd wiesz, że jest mniejszy od twojego?

nieważne?
właśnie, że bardzo ważne. 
jeśli dzisiaj okaże się nieważne dla ciebie, jutro ty okażesz się nieważny dla nich. ważne.

za mamusię? ja nie potrzebuję, ja się sama nażrę, jak tylko dopadnę do czekolady.

tego jest więcej. ale siedzi w kagańcach w zagłębieniach umysłu. w tych ciemnych wilgotnych lochach z napisami "muszę", "powinnam", "należy".

pragnę, by wylądowało tam jeszcze oślizgłe "zaraz", które wypowiedziane codziennie miliard razy odsuwa mnie coraz dalej od dzieci szurając taboretem ze mną po zimnej podłodze.

powinnam zapomnieć o "zaraz". gdzie tam powinnam. muszę! tak własnie należy zrobić. inaczej nie wypada. to jest bardzo, ale to bardzo niegrzecznie mówić do dzieci "zaraz".

no ale nie mam wyjścia, jak coś chcą, gdy obżeram się czekoladą.

czwartek, 3 września 2015

deseczka.

miałam temat. miałam taki temat, że mucha nie siada. że matka nie siada. ale to akurat nic ciekawego, codzienność. nuda. matka nie siada, bo biega za dziećmi, przed dziećmi, nad dziećmi, obok dzieci. bo ucieka przed dziećmi, bo sprząta, pierze i gotuje. wieczorem matka siada, a wraz z matką siada jej na psychę. matka siedzi, życie towarzyskie leży, a atmosfera w domu kuleje.

jakby sobie wyobrazić, że każdy dzień jest w chuj wielką dziurą w ziemi, czarną otchłanią i przepaścią, a pośrodku przepaści biegnie nitka-mostek, taka pochyła deseczka ze sznurkami na końcach, to ja właśnie na takiej deseczce codziennie balansuję. przodem wesoło albo totalnie niewesoło, smutno, z płaczem, ze smutkiem, z rozżaleniem, z parasolką i w kaloszach w ukrop, albo w pelerynie, która się ciągnie, a którą się nadeptuje, w ręczniku, w opasce na włosy założonej jak okulary biegną dziewczyny, a za nimi ja. próbuję tak balansować ciałem na deseczce, żeby się nie sturlały. nagarniam je rękami, nogami, biodrem, torbami, co je akurat niosę, albo z którymi kiedyś pójdę, nasuwam na bezpieczny środek deseczki.

i myślę sobie co to ze mną robi. i myślę, że wiele.

i wczoraj postanowiłam, że o tym napiszę. jak kudły mi wiszą z tej deseczki, jakbym się chciała przewrócić, a nie mogę, jak nie doganiam dziewczynek, w rezultacie jak mnie to wkurwia.

i co? i nie dziś.

pędzona na przeciwne krańce mojej psychicznej deseczki, bywam w miejscach przedziwnych, miejscach, do których mnie nie wiem co zaniosło. próbuję jakoś rozszerzyć swoją strefę komfortu, dostarczam sobie wrażeń, bo chyba mam, kurwa, za mało z dwójką dzieci, bez domu, na kilku metrach, ze szpitalem w tle i wakacjami, na które mam zamiar pojechać samochodem na drugi koniec europy zaraz po występie pojutrze. no naprawdę za mało. jeszcze! jeszcze! woła mój umysł i prowadzi mnie, a ja daję się prowadzić. 

idę parkingiem podziemnym. w mieścinie małej. podpółziemnym, bo mieścina naprawdę mała. idzie kafar w sandałach i skarpetkach z panią. pani jest starsza. od kafara i ode mnie. kafar młodszy. mijam ich. pani jest okrągła jak bułeczka. uśmiechnięta jak księżyc. miękka i ciepła jak drożdżowe ze śliwkami. mówi do kafara "nie traktuj mnie jak szeregowca. zabraniam mówić do siebie: matka". kafar się zgina w pół i przytula do mamy. 

panie kafarze, jak pan będzie bronił polski podczas wojny i zabraknie panu sił, a jednak jest pan patriotą, bo pan poszedł do wojska, to niech pan sobie pomyśli o polsce jak o pana mamie. jeśli z taką miłością będzie pan jej strzegł, to obiecuję, że nie wyjadę pierwszym transportem.

jadę porażona tą pokapaną naokoło nich miłością. zauroczona. myślę, jak to jest. jak zawsze jesteśmy dziećmi i jak zawsze już będę mamą. wjeżdżam do jakiejś wioski. droga bez pobocza. jedno przejście dla pieszych. widzę panią z trójką dzieci. z daleka wiem, że się zatrzymam. ona jeszcze nie. trójkę dzieci w wieku jakieś 5, 6 i 7 lat trzyma jednocześnie za ręce. zatrzymuję się, ona jeszcze rozgląda się tysiąc razy na prawo i lewo i w podziękowaniu pokazuje szczery, bezzębny uśmiech. trzymając całą trójkę, objuczona jak ja, przechodzi przez ulicę. i przez moją głowę.

oglądam się za nimi, widzę niebieskie tornistry, niebieskie koszulki i blond czupryny.

jaka bywam głupia myśląc, że jakby ktoś zdjął skarpetki, byłby ...lepszy? jaka bywam głupia myśląc, że jakby ktoś wstawił zęby, to byłby ...lepszy? 
mam skarpetki na umyśle i jestem emocjonalnie szczerbata. mimo tego moje dzieci mnie kochają. po co te oceny? po nic.

przez kilka lat jeździłam niebezpieczną, szybką drogą bez pobocza. również przez kilka lat spotykałam tam chłopca, który szedł brzegiem z tornistrem, w kamizelce o siódmej rano, po śniegu, błocie, plusze, mrozie, upale, do szkoły. każdego dnia. jego, jak mniemam, mama, szykowała go, zakładała mu czapkę, odblaskową kamizelkę i ten ludzik szedł uparcie sam po wiedzę. "to niebezpieczne" myślałam. a jego mama, jak my wszystkie, w domu lub gdzie indziej, próbowała po prostu nie spaść ze swojej deseczki.

jeśli jeszcze raz pomyślę, że mnie własne dzieci denerwują, to - przysięgam - palnę się deseczką w łeb.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

wdech.

albo siedzę zmarazmowana łaknąc powietrza skądinąd niż miejsce, w którym akurat siedzę, choć słowo siedzę to jest archaizm w moim słowniku, albo karuzela kręci się tak szybko, że nie ma jak wysiąść, a ja prawie oddaję zawartość najczęściej i tak pustego żołądka, bo nie mam czasu zjeść. ni zjeść, ni zejść.

od jakiegoś czasu jestem lżejsza nie tylko o klucze od mojego domu, lecz także o wspomnienia, rękopisy swoich tekstów i nadzieję, że będę jeszcze robiła kabaret, więc jest sens trzymać na strychu te wszystkie dziwadła.

przeprowadziliśmy się korzystając z gościny teściowej jedynej. nie mamy już domu, na który kredyt wzięłam mając lat dwadzieścia sześć i myśląc wówczas, że mam wszystko przemyślane i że oto przyszłość jawi się przede mną jasna, a szczęśliwa.

jasna, a szczęśliwa tak, nie w tym miejscu, co się wydawało. tak.

żeby zdążyć z przeprowadzką musieliśmy pędzić w dni kilka podrzucając dzieci raz po raz do babci, goszcząc w międzyczasie znajomych, którzy wyjeżdżają niewyobrażalnie daleko. ja sobie jeszcze wystąpiłam w telewizji, a kiedy przywieźliśmy kartony z teraźniejszością na sześć i pół metra w bloku, porwałam swoje starsze dziecko i pojechałam z nim do szpitala. tu, nie wiem jakim cudem, próbuję odsapnąć. 

lecz jedynie posapuję.

boję się przyszłości. boję się, że muszę zbudować dom i że przez dwa lata będę mieszkać na sześciu i pół metrach. ciałem tu, głową już dwa dni do przodu usiłująca dźgnąć resztkami umysłu tysiąc zmartwień.

próbuję zatrzymać ten wir w sobie, który sprawia, że lęk wsysa mnie jak dziura w wannie wodę z siłą coriolisa.

nie uśmiecham się, nie mam czasu. nie czytam, nie mam czasu, nie piszę, nie mam czasu. nie pozwalam sobie.

ale dziś pozwoliłam sobie usłyszeć. albowiem zadzwoniła marta. człowiek-przygoda. człowiek-nieuwierzyszcosięstało. człowiek, który jak nikt na świecie potrafi rozśmieszyć każdego.

wiesz, mówi, moja matka się boi jeździć samochodem. zawsze kieruję ja, a ona nie chce mnie rozpraszać. i nie uwierzysz co się stało. jedziemy na autostradzie z dziećmi, a ona jeszcze zawsze wałówę bierze, ale nie mogą to być po prostu kanapki, no i tym razem wzięła jeżyny. 

nie chcąc sprawić kłopotu w pewnym momencie spróbowała mi wepchnąć garść jeżyn do ryja, ja się przestraszyłam i zaczęłam jechać zygzakiem, bo trochę próbowałam złapać te jeżyny turlające mi się od nosa przez biała bluzkę aż do krocza. zanim opanowałam sytuację, miałam czerwone plamy wszędzie. i pytam co to było. a ona, że mnie nie chciała rozpraszać. mówię - prościej byłoby zapytać czy nie chcę jeżyn, łypnęłabym okiem i powiedziała że nie. 

to dosyć proste jest.

zastanawiałam się tylko czy pani matka czekała aż jej córka ziewnie, czy może w trakcie rozmowy, na jakiejś samogłosce typu "o" lub "a" zaczaiła się, by nie robić kłopotu.

zaraz przypomniało mi się, jak jechałam z dziadkami maluchem na wakacje i babcia siedząc z tyłu chciała dać dziadkowi jabłuszko. i nawet uprzedziła go, owszem, że mu poda wprost do buzi, nie uprzedziła jednak, że nożem.

nic się nie stało na szczęście.

zrechotałyśmy się z martą jak dzikie norki, a taki silny rechot ma to do siebie, że trzeba głęboko oddychać.

odetchnęłam, to idę budować ten dom.
dzięki, marta.




czwartek, 13 sierpnia 2015

użyj wyobraźni.

wpis inspirowany twórczością jednego z milszych umysłowi popaprańców, który gdyby pisał poezję, byłby wojaczkiem rafałem mikołajem z mikołowa, na szczęście pisze prozę (życia) i żyje. i ryje.

nie może być tak - pomyślałam sobie - że on ma nieustanne przygody. że on wychodzi z domu, potyka się o przygodę, dostaje z płaskiego w ryj, od przygody, albo od pana, któremu potykając się o przygodę nadepnął na odcisk, albo odbił laskę, nierzadko jedno i drugie. nie może tak być. i że on generuje przygody. otwiera ten swój umysł, a ty, używając wyobraźni, kręcisz łebkiem jak bullterier z jego opowieści. i jesteś w środku. nie może tak być. 
on żyje jak ja, chodzi do spożywczego, gotuje obiad, w nocy śpi, a przed spaniem coś tam wypije. może więcej trochę niż ja. i że przede wszystkim - pomyślałam - to niesprawiedliwe. bo jak?

będąc u babci dzieci moich, pojechałam zawieźć auto na parking strzeżony, żeby panrysio - i tu ukłon w stronę kolegi - popatrzył sobie w telewizor, rykoszetem omiatając wzrokiem auto moje i temu podobne. to znaczy takie, z których już coś zajebano i takie, z których nigdy niczego, bo ich właściciele są zapobiegliwi i kiedy wpisują w rubrykę pisma urzędowego obywatelstwo: polskie, są bardzo świadomi co napisali. 

parking pod blokiem, normalny. w budce wielkości panarysia panrysio, telewizor, termos i kwity, że zapłacono. choć raz zimą to i widziałam, że kocyk na podłodze się zmieścił, co inny panrysio z przepraszającym wyrazem twarzy tłumaczył przepracowaniem, że miał dzień i noc i już nie daje rady. widziałam, też prawie nie dałam rady go obudzić, żeby zapłacić.

tym razem podjeżdżam jak zwykle. z panamirysiami się rozmawia specyficznie, ja nie umiem, ale często udaję, że umiem, ale czasami mi nie wychodzi, tak samo, jak nie wychodzi mi oszukiwanie, że czasami tam w budce nie śmierdzi. musi śmierdzieć. nie ma opcji. jakby w szklarni zamknęli paris hilton na dobę, to też by śmierdziała. 

- dobry wieczór - dziarsko próbuję zagadnąć, a panrysio ewidentnie mnie nie widzi. przy czym nie da się mnie nie widzieć, ani nie usłyszeć. z tym moim wokalem, to zazwyczaj drę ryja z daleka, bo boję się, żeby pies na mnie jakiś nie wyskoczył, wolę zawczasu wydrzeć papę, ewentualny pies miałby dłużej ubaw, a ja pozorną możliwość spierdolu z miejsca zdarzenia. co jest oczywiście bardzo pozorne. niemniej drę papę wijąc się w uprzejmościach dzieńdobro-dobrywieczornych, żeby wszyscy wiedzieli, że nadchodzę. tako i tym razem. 

zbliżając się jednak do budki z moim kretyńskim przywitaniem widzę, że panrysio patrzy w telewizor z półmetra, zapisuje, a tam się coś waży. bo on liczby z totolotka zapisuje.
- oho - jeszcze głupiej i jeszcze żwawiej zagaduję - widzę, że tu się losy świata zmieniają! - wyszczerzyłam się, jak pies, który rzuciłby się na mnie, gdyby go panrysio posiadał. 
- no i mnie pani zmyliła - powiedział pan rysio rzucając niby niedbale, ale jednak z precyzją, długopis o stół z płyty wiórowej, już lekko napuchnięty w miejscu, gdzie a. przecieka szklarnia, b. najczęściej stoi termos, z takim pierdolnięciem i takim wułamkosekundowym znienawidzeniu mnie, że gdyby to był egzamin do szkoły aktorskiej pod tytułem "proszę zagrać pogardę, zniecierpliwienie, wkurwienie i mobilizację współrozmówcy do zastanowienia się nad sobą w każdej kwestii, również moralnej", to holoubek, jeśli tylko siedziałby w komisji, wstałby.

również ułamek sekundy trwało w mojej głowie uświadomienie sobie, że panrysio właśnie był pewien, że wygra, nie wie tylko czy pierdolnął szóstkę czy tylko piątkę, że oto zamieni szklarnię w polsce na szklarnię na seszelach, albo chociaż pogoni z domu starą i znajdzie nową starą.

już, już, chciałam wyguglować aktualne liczby, kiedy panrysio wziął kwit i obrócił się w moją stronę, a w obojgu jego oczach były wisienki, natomiast ta na trzecim oku ostatkiem sił przeskoczyła na cytrynę.

no i kwas. trzeba będzie nadal pracować.



niedziela, 26 lipca 2015

czas leci.

od jakiegoś czasu, od dosłownie kilku dni, natasza idzie kilka metrów za mną. nadeptuje, albo nie nadeptuje na linie, chodzi tylko po szerokich, albo tylko po białych, tańczy, wchodzi na krawężniki, rozmawia z roślinami, macha rękami, mówi coś do siebie, śpiewa.

jesteśmy w mieście od prawie tygodnia. staram się jej zapewnić rozrywki, jak już skończy chemioterapię. wykorzystuję to, że jesteśmy tylko we dwie i to, że jesteśmy w warszawie.

boję się, jak tak sama chodzi. wystawiam rękę, do której zawsze przybiegała, którą chwytała. czekam na nią. podchodzi, ale mnie nie dotyka. idziemy dalej, by za parę metrów znów zostawiła mnie dla swoich spraw.

"bądź przy mnie" - proszę. "bądź, to jest duże miasto, chcę mieć cię przy sobie". "mamo, ja cię cały czas widzę" - odpowiada.

a ja wiem, że ona dokładnie wie, gdzie jestem. 

"idź przodem", proszę, chcę i ja ją widzieć cały czas. "ale ja nie wiem dokąd" - odpowiada mi moje mądre dziecko.

kłuje. boli. nie jestem już jej tak bardzo potrzebna. moja malutka córeczka przestaje być dzieckiem przyczepionym do mnie. urywa się gumka pomiędzy nami. ten latawiec porywa wiatr.

bardzo tego chciałam. bardzo. nie chciałam jej osaczać, nie chciałam, żeby była mamuni córeczką. chciałam, żeby była wolna. autonomiczna. ale żebyśmy rozmawiały. i tak jest. ale boli.

"co tam mówisz pod nosem?" - pytam. "nic do ciebie, mamo". sama przed chwilą jej powiedziałam, że może mieć swoje sprawy i swoje tajemnice, jeśli nie chce mi mówić, to nie musi. 

idę przed siebie, ale najchętniej wydłubałabym sobie oczy i przyczepiła do potylicy.

moje dziecko dorasta.

i to o wiele bardziej uświadamia mi upływ czasu, niż jutrzejsze urodziny.

teraz stoję z pustą dłonią, wyciągniętą w stronę starszej córki. niedługo zostanę z pustym sercem i pustym domem, dlatego muszę zrobić coś dla siebie. 

żebym nie zwiędła, kiedy ich zabraknie obok. żebym mogła się cieszyć ich wyprowadzką z domu, ich miłościami i samodzielnymi decyzjami. bo to wcale nie tak odległe. 

sama jeszcze wczoraj szłam mrucząc po krawężniku w ohydnej spódnicy na pasowanie na ucznia.

a to "wczoraj" było trzydzieści lat temu.

piątek, 24 lipca 2015

ja?

wrzuciłam na fejsbuk zdjęcie, które zrobiło mi moje dziecko i patrzę na siebie zupełnie spoza siebie. 

ciało, które widzę na ekranie komputera i telefonu nie jest ciałem, które widzę na ekranie mojego samopostrzegania. ta baba w komputerze jest jakaś szczuplejsza i jakaś ładniejsza. jakaś uśmiechniętsza i jakaś szczęśliwsza i jakaś taka w ogóle promienna. i nogi ma dłuższe niż ta baba, co ją znam. albo której nie znam. czy ja jestem ta na zdjęciu, czy ja jestem ta w mojej głowie? myślę sobie: stara i brzydka. zaniedbana i z włosami nie tak. ta sukienka mi tu odstaje. a po co mi sukienka, skoro ja będę zaraz tachać czterolatkę umacniając biceps? otóż biceps mam umocniony. to teraz umocnić wiarę w siebie.

i niepotrzebnie, ale to zupełnie niepotrzebnie się a. garbię, b. nie emocjonuję opinią pośredniego pana, że ale mam sylwetkę, co ja trenuję?

najbardziej to ja trenuję nielubienie siebie łamane na zadręczanie się co ja jeszcze powinnam i czego ja jeszcze nie zrobiłam.

otóż gówno, magduniu, gówno.

jestem magdunia i choć wykręca mnie na brzmienie tego słowa, to postanawiam się umiłować. przytulać się i kochać. samą siebie. i niech mi tu rozedrgani seksualnie nie moczą się, bo ja nie o tym. przytulać się, kochać, głaskać, dawać sobie pozwolenie na obwisłe coś i trochę mniej krytycznie spojrzeć na siebie. przyjąć, że jak mąż mówi, że jest pięknie, to tak jest, jak dziecko prosi o założenie sukienki, to założyć, przytakiwać, kiedy drugie mówi "moja mama najlepsza". 

zdjąć z siebie trochę sceptycyzmu, okryć się kocem i zrobić to wszystko, co by się zrobiło obcej osobie, która potrzebuje ciepła i akceptacji.

w końcu, kiedy tak patrzę na siebie, jestem sobie zupełnie obca. taka ładna, a nieszczęśliwa. przytulam się.

czego i wam życzę.