wtorek, 17 maja 2016

wszechogarniający bezwład.

coś myślę. powiedziałabym nawet, jednak zanim otworzę usta, dopada mnie myśl, że nie ma sensu. dyskutuję sama ze sobą. zawsze byłam o krok do przodu, teraz jestem dwa.

zwiędłam.

jak tam? co tam? 

e.
ee.
eee.

koniec wydobycia. słaby ze mnie górnik. im bardziej kopię w sobie, tym więcej wykopuję e.

chce mi się i nie chce.

jestem jak szermierz z paraliżem. niedowładem. udarem lewej strony.
idę walczyć, w prawej ręce dzierżę szpadę, ale powłóczę lewą nogą. lewa ręka zwisa bez życia. ani gardy, ani pomocy. tu z prawej niby coś tam napierdalam, wymachuję szabelką, nawet czasami uda mi się podskoczyć. prawą stroną twarzy coś wyrażam, zdarza się coś niewyraźnie wyartykułować z prawego kącika ust. 

lewa strona nie żyje. nie czuje. nie działa. stagnacja. noga nie idzie, ręka nie głaszcze, nie czesze, nie łaskocze. ani nie walczy, ani nie broni. lewe oko jest matowe, lewy kącik ust opadł jak moje siły.

prawa strona jeszcze trochę chce. 

prawa ręka łapie za lewą, ustawia ją tak, by osłaniała serce. ale jak nadejdzie cios, to ani ta ciężka nie obroni, ani ta lekka nie odeprze. to nie ma sensu. więcej siły potrzeba, by utrzymać bezwład lewej, niż opuścić prawą z rezygnacją. rozpaczliwy taniec zombie. tani horror. 

lewą stroną tak bardzo haczę o życie, zakotwiczyłam się w glinie, nie mogę wyjść, zwłaszcza, że muszę się ciągnąć. kalosz na zimnej nodze zapada się w lepką czerń, którą prawe oko chce widzieć jako żyzną ziemię. obie półkule myślą, że to bzdura.

jak to się dzieje, że jeszcze stoję?
nie wiem. 

środa, 4 maja 2016

piękna.

chcę sobie kupić buty.
takie, że do spódnicy, choć musiałabym prawdopodobnie i spódnicę kupić, ale na razie buty. na co dzień, ale nie że sportowe, to znaczy trochę sportowe, ale jednak takie też trochę neutralne.
no i czarne. rzadko miewam czarne buty.

nie mam ciśnienia, ale jak stałoby się tak, że są, to chciałabym je kupić.
stopę mam w rozmiarze dziecięcym oraz okrągłą. że w bok tyle samo co wzdłuż. szeroką w sensie.
no i halluks w toku. 

buty muszą być płaskie i wygodne oraz czarne. nie sportowe, ale i nie eleganckie, skórzane, takie, że jak na nie spojrzę, to powiem "o".

idę sobie ulicą, patrzę - sklep, wchodzę. buty. łażę, odpycham się oczami, miną, a w końcu słowem od "może w czymś pomóc". zawsze w ten sam sposób odpowiadam, czuję się skrępowana tym, że ktoś za mną leci, a także tym, że mam katar i zanim dobędę chusteczki, ciągnie mi się biały lub zielony glut łaskocząc niemożliwie okolice górnej wargi, więc jak rozdziawiam japę, by odpowiedzieć "dziękuję, rozglądam się, jak będzie czegoś trzeba to zawołam", zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że zeżrę gnoja. a nie chcę. ciągnąć nochem też nie chcę, bo to nieeleganckie, a w tych sklepach na ogół ciepło, cicho i pachnie. idealne warunki dla cieknącego gila. wypełza popatrzeć.

no więc weszłam, odgoniłam miłą panią, wydmuchałam nos i sięgnęłam po buty idealne. 
naprawdę ładne. wygodne jak kapcie, własnie takie "o". przechadzam się, myślę, że chyba kupię, że wygodnie, że czy do wszystkich spodni pasują, że spódnicę trzeba będzie zanabyć, miła pani pyta czywygodne, ja żebardzo, ona że w końcu to klarksy, ja że faktycznie oraz a ile kosztują. ona że bardzo wygodne.

wszystko wygodne, poza ceną. zawsze jak mnie na coś nie stać, to mówię, że przyjdę z mężem i zdecydujemy. zdjęłam z żalem, wyszłam.

rozejrzałam się po ulicy i stwierdziłam, że nie może być tak, że buty kosztują czterysta złotych. po prostu nie może. to znaczy może, ale że nie powinno. że są bardzo ładne, a także wygodne, a na mnie jest naprawdę bardzo ciężko kupić buty i że żal mi, ale nie zapłacę tyle pieniędzy za buty.
i że miał to być taki zwyczajny zakup, a nie jest.

pomyślałam, że każdy wciąż coś kupuje: buty, ubrania, torebki, biżuterię po to, żeby ładnie wyglądać. rzeczy.

że każdy wychodząc z domu stara się, by zerknąwszy na siebie w lustrze, poczuć "łał", "nieźle", "dobra", tudzież "no i chuj". nikt patrząc na siebie w lustrze nie chce czuć: "o kurwa, w tym nie wyjdę" i wychodzić.

każdemu z nas zależy, by podkreślać swoje zalety, ukrywać wady, czuć się dobrze, nawet jeśli dziwnie, inaczej, albo przeciwnie: tak jak wszyscy, z katalogu, z żurnala, z reklamy, z wystawy, z ulotki. po prostu dobrze.

no to teraz rozejrzyj się wokół.
każdy. tak, ta baba w skarpetach frotte wciśniętych w sandały też. ta w dekolcie większym niż krater etny też. ten koleś w za krótkich spodniach też. i drwal, co w życiu siekiery nie trzymał oraz wszystkie balerony wbite w legginsy. każdy. wszystkie nakrycia głowy były kupione z myślą "ładne". plastikowe torby, siaty, torebki maści wszelakiej zostały wybrane spośród innych, mniej ładnych.

zatem: po co mi buty za czterysta złotych? we wszystkich będę jednakowo piękna.

czwartek, 28 kwietnia 2016

trzy procent.

ponoć dziewięćdziesiąt siedem procent opinii w internecie jest negatywnych.

trudno się dziwić, jak ktoś jest zadowolony i szczęśliwy, to nie napierdala w klawisze, tylko wychodzi z domu, z uśmiechem patrzy w lustro, smaruje chleb grubo masłem, idzie poćwiczyć, pogra w kucyki z dziećmi, poogląda telewizor bez zobowiązań, poskacze w gumę dla rozluźnienia, włączy sobie fajną muzyczkę i potynia, poczyta, albo zrobi coś innego, co sprawi mu przyjemność i spotęguje pozytywne uczucie, jakie w sobie wyhodował. proste.

stąd ciężko znaleźć w internecie dobre i tylko dobre opinie na temat kogoś/czegoś. stąd nie należy opinii zasięgać w internecie. stąd należy brać poprawkę na pryszczatych łebków i wychudzone laski ze spaloną fryzurą, tudzież śliskich podstarzałych typów myślących, że są independent, tymczasem są intendentem i zahukane intelektualnie kolesiówy, o których określenie "nie bardzo" byłoby eufemizmem. na socjologiczne zagadnienia, na które nie ma tabelek, ramek i podręczników. na stereotyp. na internautów.

swego czasu szukałam pomocy dla dziecka. dla pierwszego dziecka. byłam z ojcem jedynym z córką u trzydziestu sześciu lekarzy. specjalistów maści wszelakiej. szarlatanów nie liczę. pewnie nie byli źli, każdy lekarz jest dobry, póki się nic nie dzieje. byli tacy, co smarowali zmiany "nowotworowe" fioletem, byli tacy, którzy powiedzieli nam "państwo są głupi i gówno wiedzą". pisownia oryginalna. byli i tacy ordynatorzy pediatrii, którzy słysząc negatywną odpowiedź na zadane przez nich pytanie czy dziecko gorączkuje i wymiotuje skwitowali "to co wy tu chcecie ze zdrowym dzieckiem". w sumie nic. to, że dziecko piło cztery litry wody na dobę i sikało cztery litry moczu oraz miało widoczne gołym okiem ubytki w czaszce umknęło ich uwadze. 

nigdy nie napisałam na żadnym forum złej opinii na nikogo. jeśli spotkam na przykład tę ostatnią panią, to wepchnę jej w gardło diagnozę, którą na tę okoliczność noszę w torebce skrupulatnie poskładaną w równy prostokącik. jeśli akurat nie znajdę diagnozy, wepchnę jej w gardło swoją pięść zwiniętą w równą kuleczkę. ćwiczę kuleczki z piąstek dość często, gdy tak sobie chodzę po świecie i patrzę co się wyprawia.

dziś mijają dokładnie trzy lata, od kiedy stanęliśmy prawie-we-czwórkę w centrum zdrowia dziecka. od kiedy zdiagnozowano nataszę. od kiedy dostaje chemię. 

pamiętam ten dzień. byłam w siódmym miesiącu ciąży z zoją, miałam skróconą szyjkę macicy i założony pessar, przykaz, że mam leżeć, a już na pewno nie nosić nataszy na brzuchu. ale nie miałam jej co powiedzieć, kiedy tak płakała, jak kłuli jej ręce i nogi, nie mogłam jej nie wziąć, kiedy chirurg odrywał jej rączki od naszych karków i zabierał za drzwi, za które nie mogliśmy wejść, nie mogłam jej nie wziąć, kiedy obolała budziła się z narkoz, kiedy ściągali jej szwy, zakładali jej szwy, odrywali plastry, zakładali plastry. nie mogłam.

kładłam się wieczorami i do napiętego brzucha szeptałam łzawe "przepraszam", prosiłam swoją młodszą córkę o wybaczenie, że nie wiem czy się ruszała i ile, że nie głaskałam brzucha, nie dbałam o siebie, bo nie jadłam, kiedy starsza miała być na czczo. przepraszałam, że mimo, że byłam opuchnięta, nie kładłam się, tylko siedziałam na taborecie przy starszej. niepewna czy nie stracę ich obu.

trzy lata. cholerna rocznica.

cały dzień targało mną całe spektrum emocji. żalu, że ma takie dzieciństwo, rezygnacji, że niewiele mogę, wkurwa, że to tyle trwa i radości, że jest tak dobrze, spokoju, że jesteśmy zaopiekowani, miłości, że patrzę na obie i wdzięczności za to, że żyjemy.

dziękuję doktorowi Grzegorzowi Jaraczewskiemu (który skierował mnie do endokrynologa), doktor Katarzynie Ralcewicz-Rut (która zdiagnozowała nataszę i skierowała nas do centrum zdrowia dziecka), profesor Danucie Perek (która potwierdziła diagnozę i wytłumaczyła nam wszystko), doktor Annie Wakulińskiej (która opiekowała się nami w pierwszych tygodniach w szpitalu), całemu zespołowi centrum zdrowia dziecka, który jest niezwykły. niezwykły! jestem pełna podziwu dla ich pracy każdego dnia. wszystkie ciocie są nieocenione. i last but not least - dziękuję doktor Monice Kuriacie - naszej pani doktor prowadzącej, najlepszej na świecie. 
fanfary.

dzięki waszym sercom, waszemu zaangażowaniu i waszej wiedzy jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. 

i to jest moje trzy procent pozytywu do internetu. niech się niesie.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

w potrzasku.

lubię ładne rzeczy. ładne rzeczy najczęściej są drogie. nie lubię wydawać dużo pieniędzy na rzeczy, nawet jeśli są ładne, ponieważ to tylko rzeczy.

większość ładnych rzeczy, które mam, dostałam. lub wygrałam. są naprawdę ładne. naprawdę bym ich nie kupiła.

ładne prezenty robi mi na przykład mąż. a do takich z pewnością zaliczam wielofunkcyjny scyzoryk, który mam w torebce. również kupionej przez męża. jak to kiedyś określiła znajoma: cóż, jaka kobieta, taki prezent. mam nadzieję, że miała na myśli to, że bywam otwarta i ostra, a nie zimna i bordowa.

niedawno dostałam ładne słuchawki. i chyba dobre słuchawki. do tej pory słuchałam bzdur na jutubie na pchełkach wciskanych w uszy dołączanych do telefonu, które pożyczyła mi koleżanka z warszawy, kiedy niespodziewanie wylądowałam z nataszą na siedem tygodni w izolatce. oddanie ich wisi mi nad głową, jak wisi mi na czym słucham tego, czego akurat potrzebuję. natomiast teraz mam wygodny dizajnerski wypas i aż chodzę pieszo, żeby ten dar wykorzystać.

założyłam buty na koturnach (a buty lubię mieć ładne i cena jest sprawą drugorzędną), rurki i ramoneskę, łeb przyozdobiłam słuchawkami z fifafą logotypem na boku, kabel wcisnęłam w jeszcze bardziej fifafą telefon z pięknym grawerem 'matko jedyna', który również dostałam za frajer i wcisnęłam na nim symbol apki do odsłuchiwania melodii.

słuchawki są na tyle dobre, że wygłuszyły cały świat. szłam w rytm jakiejś skocznej melodii, a w głowie dudniły mi moje własne kroki.

i olśniło mnie. 
to jest metafora - 
usłyszałam swoje własne życie.
otóż impreza trwa w najlepsze gdzieś obok, a ja stoję zamknięta w kiblu schylona nad zlewem, cykam się wyjść, nie wiem czy się zaraz nie porzygam i czy to muzyka, czy moje serce tak mocno napierdala.

środa, 20 kwietnia 2016

dawno, dawno temu.

kiedyś mój mąż pracował w lokalu zwanym 'kotłownia'. łaziłam z nim do pracy i przesiadywałam całe wieczory i noce, by być blisko. patrzyłam, jak robi drinki, nalewa piwo, rozmawia z ludźmi, pisałam sobie skecze, monologi, piosenki i listy do niego. karteczki takie małe. wsuwałam mu do kieszeni miłosne wyznania, bo były to czasy, że wysłanie smsa kosztowało majątek. poza tym miłujemy się z mężem w sobie i w analogach i zawsze woleliśmy sobie zostawić karteczkę na stole, niż wysłać smsa. ale smsem też nie wzgardzimy.

wtedy, w 'kotłowni', traciłam wzrok, czas i zdrowie, zyskiwałam bliskość z chłopem, czas na przemyślenia i namiastkę kultury, albowiem zdarzały się tam koncerty.

tak to po raz pierwszy i, niestety - jak do tej pory - ostatni, byłam na koncercie michała bajora. 'kotłownia' była lokalem z gatunku zimno, surowa cegła, brak okien, ale scena była. ambicje również. na czas jakichś przedsięwzięć pretendujących do miana bardziej artystycznych, niż inne, zawieszano w tle sceny czarną kotarę zasłaniającą cegłę, imitującą kulisy, czyniącą klimat i wrażenie kameralności. innej, niż wówczas, gdy na scenie pląsały zgrabne półnagie studentki na dysce, gorące odwrotnie proporcjonalnie do cegły, jaka czerwieniła się w ich tle, podobnie zresztą jak chłopcy próbujący rozpaczliwie zwrócić na siebie uwagę półnagich studentek, a którym, zamiast toków, tańców godowych, nerwowego naprężania wątłej klaty i gardłowych okrzyków, trzeba było po prostu postawić piwo.

ale wróćmy do meritum. koncert michała bajora. bilety drogie, ja na krzywy ryj, publiczność wysublimowana i starsza oczywiście ode mnie, wszyscy oczarowani, jak ja, pan bajor po swojemu - klasunia. albowiem potrafi śpiewać, jest estradowcem, artystą i zna swą wartość. nie w takich miejscach występował i nie z takich stołówek robił kornegi hol. 

koncert dobiegł końca, pan bajor, ze znaną sobie estymą, unosił ręce w zwycięskim geście, kłaniał się z gracją i dumą, bo doprawdy zajebiście zaśpiewał. zza niego przebijał snop światła, jakoby sam janioł się objawił, ale to oświetleniowiec wisiał na rusztowaniu i "robił mu plecy" z narażeniem życia. wszystko wyglądało godnie, a ja cieszyłam się klaskaniem mając obrzękłe prawice. podobnie widownia.

bis! brawo! dało się słyszeć wcale nie pojedyncze pohukiwania. ale pan bajor jest wysokiej klasy artystą, zanim zagra bis, schodzi ze sceny. czeka, aż go porządnym aplauzem poproszą. i co następuje.

pan bajor w rzeczy samej, schodzi w kulisę, z której po dłuższej chwili wychodzi z tak samo uniesionymi rękami w geście ni to zwycięstwa, ni to glorii, taki ukłon w górę. kłania się, schodzi w kulisę, brawo! bis! wybrzmiewa głośniej, on znów z kulisy wychodzi, energicznie, kłania się gibko, żwawo, niezbyt nisko. wiadomo już, że jeszcze zaśpiewa. i on śpiewa, a ja rechoczę.

bo wiem, że pomiędzy czarną szmatą, zza której wyszedł pełen chwały do zasłużonego bisa, a ścianą z cegieł było dziesięć centymetrów i że on tam - stojąc nieruchomo - rył nochem, kiedy ludzie klaskali.

od tej pory, kiedy robię dobrą minę do złej gry, mówię, że jestem jak bajor w kotłowni. 


poniedziałek, 11 kwietnia 2016

they say an end can be a start.

tak bardzo biegnę ostatnio, że chętnie zadzwoniłabym do siebie, żeby spytać co u mnie, ale i tak nie odbiorę, bo prowadzę samochód/imprezę/dzieci na zajęcia. biegnę. staram się, żeby mnie nie wciągnął nurt, więc biegnę pod prąd, pod górę, pod włos. w tym biegu próbuję się skoncentrować chwilę na sobie, ale nie mam czasu.

nad głową wiszą sprawy, sprawki i sprawunki. załatwiam sukcesywnie - lepiej, gorzej, ale skreślam z listy czasem coś, co zrobiłam, czasem siebie za coś, co zrobiłam, jeszcze nie skreśliłam siebie za coś, czego nie zrobiłam i za to przyznaję sobie punkt. i pewnie już tych punktów mam dużo, tylko regularnie gubię kartki, na których je sobie zapisałam i startuję zawsze od zera.

dziwnym trafem zjarane kartki ze złymi przeżyciami, które palę razem z mostami za sobą, śmierdzą mi w jestestwie nieustannie nie dając o sobie zapomnieć. taki tam żółty swądek palonych kłaków, które się jeżą na samo wspomnienie czynów haniebnych.

odczułam tyle rzeczy ostatnio, a nad żadną się nie zatrzymałam, że aż mnie przytkało. tymczasem w ciągu ostatnich dwóch tygodni śpiewałam publicznie bardzo liryczną piosenkę, choć nie potrafię śpiewać, jechałam bardzo długą limuzyną ze znanym zespołem w środku, z kilkoma innymi znanymi ludźmi zamieniłam kilka znaczących i mniej znaczących zdań, spacyfikowałam dresa straszącego daniela w celu, by ten atakował płot porożem (daniel z porożem. u dresa nie było widać), wywiozłam przypadkowo spotkanych ukraińców do innego miasta, bo potrzebowali pomocy, rozkręciłam obce dzieci na karuzeli tak mocno, że się wywaliłam na płot i wszyscy mieli ubaw, milion razy uśmiechnęłam się, jak ktoś do mnie zawołał "weź niepierdol" i mniej więcej tyle samo razy przeczytałam, tudzież usłyszałam na swój temat "kulesza", a także przejechałam prawie dwa tysiące kilometrów pociągiem, a pojutrze kolejny tysiąc, odbyłam dające i odbierające nadzieję rozmowy oraz nie dostałam kredytu. tak w lekkim skrócie.

utknęłam gdzieś sama w sobie, działam z automatu, odbieram dzieci, a potem sobie zasługi, patrzę w przestrzeń i nie chce mi się nawet wzruszyć ramionami.

a przecież wiosna, słońce, drzewa, liście, życie. przecież fasola na parapecie wypuściła korzenie. przecież pan na bębnie naparza na mieście i daje nataszce połupać. przecież zima się skończyła. melancholia się skończyła. i marzec się już skończył. może i ja się kończę? 

szkoda tylko, że się nie zdążyłam zacząć.
ach.

środa, 23 marca 2016

blog roku.

w piątek przed południem natasza ma zajęcia z integracji sensorycznej. nie lubię odwoływać potrzebnych zajęć, nie lubię przekładać, jeśli nie ma wyraźnej potrzeby, bo to zawracanie głowy prowadzącym, zmiana naszego rytmu, a potrzebujemy go - i ja, i dzieci. więc kiedy okazało się, że pociąg do warszawy mamy o 12:39 i będziemy o 17:30, czyli w hotelu o 18:00 spacerkiem, bo niedaleko z dworca, a taksówkarz by nas pewnie zabił za taki kurs, a organizatorzy gali blog roku poprosili, by być o 19:00, to będzie w sam raz. 

mówiąc najoględniej, pomyślałam, że się spóźnię pół godziny na to pierwsze wejście, więc zdążę sobie nakręcić włosy, z pomocą ojca jedynego oraz falownicy, o której dowiedziałam się od fryzjera we wtorek. zaraz po tym, jak pofalował mi włosy, pognałam się pouczyć tekstów, bo wieczorem miałam stand up, a w sobotę, niedzielę i poniedziałek zoja gorączkę. 

w środę ruszyłam po falownicę i rajstopy, takie bez szwów, żebym nie miała paska na brzuchu, a w pończochach wyglądam jak zło konieczne, lecz gdy płaciłam za rajty, zadzwonił ojciec jedyny, że ma gorączkę i dreszcze. falownica majaczyła na horyzoncie, jak mój mąż w malignie, ale pomyślałam o dwójce dzieci, chorej mamie, chorym mężu i chorym jednak pomyśle, żeby może jednak spróbować jeszcze wejść po tę falownicę i odpuściłam.

trudno, trudno. będę taka niepofalowana jakaś. trudno. porobię się zgoła inaczej, ważne, że rajty mam i tylko niewielką gorączkę, o czym pisałam już uprzednio. kupiłam w zamian czerwoną szminkę we czwartek, jak ojciec jakoś ożył, a ja odleżałam od rana. 

w piątek pozostało już tylko pojechać do warszawy i już.

bilet na ostatnią chwilę kupiony uświadomił nam, że miejsc siedzących nie ma, ale że my młodzi, to spokojnie parę godzin pokaszlemy na korytarzu. jakiś czas temu jechałam jakimś ekspresem i to nieprawda, że miejsc nie ma. się siada i się przesiada, bo to pkp przecież to oni ten system mają kulawy, przecież od kutna może ktoś miejscówkę kupił, a już w poznaniu miejsca w systemie nie widać - biadoliłam, jakbym miała etat w pkp, co swego czasu nie było dalekie od prawdy. zwłaszcza wtedy, jak w nocnych pociągach zamykało się od środka przedział łańcuchem i kłódką, a wyrozumiali konduktorzy sprawdzali bilety przez szybę.

grunt, że jedziemy. bez falownicy, już prawie bez gorączki, ważne, że zdążymy. to, że na przesiadkę w poznaniu było osiem minut, a pociąg spóźnił się dziesięć, zdawało się nie mieć znaczenia. byłam pewna, że poczekają, przecież muszą. do jasnej anielki. 

na stojaka w korytarzu, jak za dawnych czasów w hbo, haha, hihi, zabijają długie minuty rodzice jedyni. i tak do samej słupcy. w której to okazało się, że proszę państwa awaria i dalej nie jedziemy. trzeba stąd spierdalać - powiedziałam do męża najszczerzej i najprościej, jak mi do głowy przyszło. obczailiśmy w telefonach połączenie i dalejże: do konduktora idź zapytaj - mówię. poszedł, przyszedł i nie wie. a ja naprawdę polskę a do polski b i ąę przejechałam pociągiem z południa na północ oraz naokoło. i idę do młodego i mówię, że ja muszę. że jest połączenie i ja się muszę wydostać. na co młody konduktor odblokował swój telefon zygzakiem zorra, jak wszyscy, co mają numeryczny kod na telefonie i mówi, żebym do kierownika pociągu poszła. 

jest kierownik, szluga pali, uderzam i jak stara "panie kierowniku" - mówię. "ja muszę być w warszawie. muszę. może być szesnaście przesiadek, ale ja muszę. ja kupię sto biletów, ale to połączenie co wynalazłam, to ja muszę". "czekaj pani" - mówi kierownik - "czekaj chwilę".
poskrzeczał do łoki toki, łoki toki odskrzeczało i pan kierownik powiedział "zatrzymamy ekspres z berlina. on się tu nie zatrzymuje, ale się zatrzyma". uśmiechnęłam się jak tylko potrafiłam najpiękniej, wykaszlałam radosne "dziękuję", bo oskrzela na wietrze przypomniały, że są i że się kurczą, jak mój czas w drodze na galę.

za czterdzieści minut w warunkach plus dwa bez poczekalni zatrzymał się ekspres, przed wejściem do którego powiedziano nam: "halo halo, nie wszyscy państwo się zmieszczą". ponieważ byłam w dwutysięcznym roku na sylwestra gdzieś daleko i jechałam na klamce od kibla, bo weszłam przez okno, a mojego ówczesnego partnera stratowano zaraz po tym, jak z plecakiem ze stelażem przewrócił się na plecy i udawał niechcący żółwia na peronie, wiedziałam, że walka będzie zajadła.

z mojego ryja dało się wyczytać determinację i nerwowe żarty. wsiedliśmy. wraz z całym poprzednim pociągiem musieliśmy się dość zintegrować, ponieważ staliśmy na sobie, kaszleliśmy na siebie i czytaliśmy sobie przez ramiona przez kolejnych kilka godzin.

ucieszyłam się, że ojciec jedyny zagorączkował, bo gdybym kupiła tę cholerna falownicę, targała ją ze sobą i nie użyła, byłabym zła. a tak byłam radosna. mąż mój ukochany przepowiedział, że o 19:00 będziemy w hotelu. i byliśmy. a o 19:40 mogli mnie państwo zobaczyć wykąpaną, z ułożonymi włosami, w makijażu, w wyprasowanej sukience i ze szczątkami gorączki na gali blog roku.

po przekroczeniu drzwi poproszono mnie, bym stanęła na ściance. stanęłam, żądna czegokolwiek, uśmiechnięta jak do udanego zdjęcia. traf chciał, że trafiłam na ściankę po prokopie i jedyne co zobaczyłam, to bandę fotografów patrzących w aparaty czy im prokop ładnie wyszedł.

może to i lepiej?


ps dziękuję za smsy, dziękuję patrykowi v. za werdykt i mnóstwo pięknych słów, które w moją stronę skierował. nie umiałam wydobyć z siebie spokoju. ale mam go. miewam. o dobrych ludziach, których spotykam na swojej drodze - wkrótce.