niedziela, 19 czerwca 2016

sześć.

mój dziadek dorek miał wszystko policzone. wydawało mi się, że jako humanistka nigdy nie będę niczego liczyć, z wyjątkiem sprawdzania sylab w trzynastozgłoskowcu z nadzieją, że może się jednak pan mickiewicz gdzieś jebnął. tudzież odnajdywania stopy metrycznej typu trochej, daktyl i jamb, chociaż to raczej bez zrozumienia.

tymczasem dzisiaj mamy sześć. lat. po ślubie.
z ojcem jedynym. to jest rocznica, o której zdarza nam się zapomnieć, albowiem prapoczątek jest bardziej pra, niż sześć. prapoczątek jest piętnaście. i tu jest co celebrować. niemniej nie celebrujemy szalenie.

albowiem zdarza nam się celebrować środy, piątki oraz pół godziny w porcie nad odrą w samotności. zdarza nam się celebrować ciepły wieczór pod kocem, pieczątkę urzedową przybitą nieoczekiwanie oraz gwałtowne i nieplanowane wybiegnięcie na nowych iksmenów w trzy de.

tym razem jesteśmy wszyscy na wyjeździe u rodziny, a o rocznicy przypomniał mi fejsbuczek.
na chwilę przed tym, jak złapałam w garść najmłodsze wymiocinki spowodowane nie wiadomo czym, całkiem możliwe, że emocjami po ujrzeniu szwów nad oczodołem i towarzyszącym im skrzepom krwi starszej siostry.

na swoim blogu i swoim profilu fb jestem gwiazdą. błyszczę to blaskiem chwały i sławy, to sukcesu, to łzami, to kropelkami potu zraszającymi miejsce po wąsie, o którym już należałoby sobie przypomnieć lub zwykłym potem, co to po dupie cieknie. od drapania się w dupę z powodu, że nie wiadomo naprawdę w co ręce wsadzić, rozciera się go na zmęczonej twarzy. więc zawsze błyszczę.

ja i ja. u mnie. ze mną. we mnie. myślę, czuję, wiem, nie wiem. ja.

tymczasem obok mnie zawsze stoi on. mój mąż. ojciec jedyny naszych dzieci. miłość, której tak w życiu pragnęłam. opoka. skała. kwiat lotosu na tafli jeziora. ramię w ramię. na dobre i na złe. moje 'tak'. pewność i niepewność. szacunek i troska. mężczyzna.

gdyby moje serce miało kształt polski, to mój ukochany byłby helem. najpiękniejszym miejscem, z niezwykłymi chmurami, głową owianą orzeźwiającym wiatrem, żółtymi drobinkami piasku w butach, o których się nie zapomina, niczym niegraniczoną przestrzenią z każdej strony. wolnością.

kocham.
i sześć.

wtorek, 31 maja 2016

zabiegana.

pojechałam do przyjaciółki, która bardzo jest zabawna. bardzo. najśmieszniejszy człowiek na świecie. 
byłam przekonana, że przesiedzę na krześle/kanapie/fotelu półtora dnia oraz że raczej uronię łzę, niż zerwę się z krzesła/kanapy/fotela, by wypluć łyk zielonej herbaty z ananasem (czy cokolwiek innego) ze śmiechu.
nie umiem się śmiać. boli. bolało. zabolało. śmiałam się, a jakże, wyplułam herbatę. nigdy w życiu śmiech mnie tak nie bolał. zapomniałam jak się śmiać, mój organizm charczał, połykałam śmiech i metaliczny posmak dobrej zabawy, prawie zwracając go za chwilę. głowa pierwszy raz nie szła mi w górę, tylko w dół ze śmiechu. kładłam ją na stole i śmiałam się. obcy dźwięk mojego własnego rechotu. płytki oddech plus krztuszenie. nie mogłam przestać się śmiać, ani nie mogłam utrzymać własnej głowy. bardzo mnie to bolało. w głowę, w gardło i w serce. 

dzięki temu okazało się, że jeszcze mam głowę, gardło i serce.
przyjaciółkę znam mnóstwo lat, przeżyłyśmy razem setki historii i aż dziw, że tej jednej nie znałam. historia nie ma znaczenia teraz, nie opowiem jej, bo boję się, że znów się roześmieję, a jeszcze nie umiem.

na razie płaczę profesjonalnie. profesjonalnie drżę i zupełnie nieprofesjonalnie nie potrafię tego skryć.

pękam przez telefon i bez niego. ciężkie dni wypełnione jeszcze cięższym niczym. pierwszy raz w życiu pustka waży tonę. a ja tonę. w takim momencie dzwonię do ojca jedynego, zachłystuję się pustką, tylko on jest w stanie mi podać pomocne słowo, kiedy tak bardzo się szamoczę. nie odbiera. powoli osuwam się w czarną wodę, przestaję walczyć, podejmuję ostatnią próbę. brat.

"biegnij" mówi. wystawiam głowę ponad. jak boja. nadal mam boja. ale ciągle jestem. dryfuję.

wiszę nad kolacją, nad plastrem wędliny sojowej i seropodobnym wyrobem w kolorze żółtopodobnym. dziobię widelcem moje substytuty jedzenia z pomidorem.

"idę pobiegać" mówię.

biegnę. zwykle nie biegam. po czterystu metrach, podczas których prawdopodobnie mam zawał, świąd jestestwa, zapaść, zanik mięśni i obite uda od miarowo klepiących w nie pośladków, okazuje się, że mogę biec ile chcę. 
im bardziej jednostajnie biegnę, tym bardziej ubijam watę z mojej głowy, wata przemieszcza się w kierunku, skąd mogę ją wydalić. czy jeśli ją wydalę - zniknie? biegnę.

postanawiam dotykać dłońmi liści. tam jest życie. nad moją głową jest życie, wystarczy podskoczyć. 

to, co wypłakałam w ostatnim czasie, w postaci deszczu wpada do moich otwartych ust.
krople chcą zamknąć mi powieki.
jeszcze nie.
tamte nie zamknęły, te też nie dadzą rady.

biegnę.
jeszcze dokądś dobiegnę.

wtorek, 17 maja 2016

wszechogarniający bezwład.

coś myślę. powiedziałabym nawet, jednak zanim otworzę usta, dopada mnie myśl, że nie ma sensu. dyskutuję sama ze sobą. zawsze byłam o krok do przodu, teraz jestem dwa.

zwiędłam.

jak tam? co tam? 

e.
ee.
eee.

koniec wydobycia. słaby ze mnie górnik. im bardziej kopię w sobie, tym więcej wykopuję e.

chce mi się i nie chce.

jestem jak szermierz z paraliżem. niedowładem. udarem lewej strony.
idę walczyć, w prawej ręce dzierżę szpadę, ale powłóczę lewą nogą. lewa ręka zwisa bez życia. ani gardy, ani pomocy. tu z prawej niby coś tam napierdalam, wymachuję szabelką, nawet czasami uda mi się podskoczyć. prawą stroną twarzy coś wyrażam, zdarza się coś niewyraźnie wyartykułować z prawego kącika ust. 

lewa strona nie żyje. nie czuje. nie działa. stagnacja. noga nie idzie, ręka nie głaszcze, nie czesze, nie łaskocze. ani nie walczy, ani nie broni. lewe oko jest matowe, lewy kącik ust opadł jak moje siły.

prawa strona jeszcze trochę chce. 

prawa ręka łapie za lewą, ustawia ją tak, by osłaniała serce. ale jak nadejdzie cios, to ani ta ciężka nie obroni, ani ta lekka nie odeprze. to nie ma sensu. więcej siły potrzeba, by utrzymać bezwład lewej, niż opuścić prawą z rezygnacją. rozpaczliwy taniec zombie. tani horror. 

lewą stroną tak bardzo haczę o życie, zakotwiczyłam się w glinie, nie mogę wyjść, zwłaszcza, że muszę się ciągnąć. kalosz na zimnej nodze zapada się w lepką czerń, którą prawe oko chce widzieć jako żyzną ziemię. obie półkule myślą, że to bzdura.

jak to się dzieje, że jeszcze stoję?
nie wiem. 

środa, 4 maja 2016

piękna.

chcę sobie kupić buty.
takie, że do spódnicy, choć musiałabym prawdopodobnie i spódnicę kupić, ale na razie buty. na co dzień, ale nie że sportowe, to znaczy trochę sportowe, ale jednak takie też trochę neutralne.
no i czarne. rzadko miewam czarne buty.

nie mam ciśnienia, ale jak stałoby się tak, że są, to chciałabym je kupić.
stopę mam w rozmiarze dziecięcym oraz okrągłą. że w bok tyle samo co wzdłuż. szeroką w sensie.
no i halluks w toku. 

buty muszą być płaskie i wygodne oraz czarne. nie sportowe, ale i nie eleganckie, skórzane, takie, że jak na nie spojrzę, to powiem "o".

idę sobie ulicą, patrzę - sklep, wchodzę. buty. łażę, odpycham się oczami, miną, a w końcu słowem od "może w czymś pomóc". zawsze w ten sam sposób odpowiadam, czuję się skrępowana tym, że ktoś za mną leci, a także tym, że mam katar i zanim dobędę chusteczki, ciągnie mi się biały lub zielony glut łaskocząc niemożliwie okolice górnej wargi, więc jak rozdziawiam japę, by odpowiedzieć "dziękuję, rozglądam się, jak będzie czegoś trzeba to zawołam", zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że zeżrę gnoja. a nie chcę. ciągnąć nochem też nie chcę, bo to nieeleganckie, a w tych sklepach na ogół ciepło, cicho i pachnie. idealne warunki dla cieknącego gila. wypełza popatrzeć.

no więc weszłam, odgoniłam miłą panią, wydmuchałam nos i sięgnęłam po buty idealne. 
naprawdę ładne. wygodne jak kapcie, własnie takie "o". przechadzam się, myślę, że chyba kupię, że wygodnie, że czy do wszystkich spodni pasują, że spódnicę trzeba będzie zanabyć, miła pani pyta czywygodne, ja żebardzo, ona że w końcu to klarksy, ja że faktycznie oraz a ile kosztują. ona że bardzo wygodne.

wszystko wygodne, poza ceną. zawsze jak mnie na coś nie stać, to mówię, że przyjdę z mężem i zdecydujemy. zdjęłam z żalem, wyszłam.

rozejrzałam się po ulicy i stwierdziłam, że nie może być tak, że buty kosztują czterysta złotych. po prostu nie może. to znaczy może, ale że nie powinno. że są bardzo ładne, a także wygodne, a na mnie jest naprawdę bardzo ciężko kupić buty i że żal mi, ale nie zapłacę tyle pieniędzy za buty.
i że miał to być taki zwyczajny zakup, a nie jest.

pomyślałam, że każdy wciąż coś kupuje: buty, ubrania, torebki, biżuterię po to, żeby ładnie wyglądać. rzeczy.

że każdy wychodząc z domu stara się, by zerknąwszy na siebie w lustrze, poczuć "łał", "nieźle", "dobra", tudzież "no i chuj". nikt patrząc na siebie w lustrze nie chce czuć: "o kurwa, w tym nie wyjdę" i wychodzić.

każdemu z nas zależy, by podkreślać swoje zalety, ukrywać wady, czuć się dobrze, nawet jeśli dziwnie, inaczej, albo przeciwnie: tak jak wszyscy, z katalogu, z żurnala, z reklamy, z wystawy, z ulotki. po prostu dobrze.

no to teraz rozejrzyj się wokół.
każdy. tak, ta baba w skarpetach frotte wciśniętych w sandały też. ta w dekolcie większym niż krater etny też. ten koleś w za krótkich spodniach też. i drwal, co w życiu siekiery nie trzymał oraz wszystkie balerony wbite w legginsy. każdy. wszystkie nakrycia głowy były kupione z myślą "ładne". plastikowe torby, siaty, torebki maści wszelakiej zostały wybrane spośród innych, mniej ładnych.

zatem: po co mi buty za czterysta złotych? we wszystkich będę jednakowo piękna.

czwartek, 28 kwietnia 2016

trzy procent.

ponoć dziewięćdziesiąt siedem procent opinii w internecie jest negatywnych.

trudno się dziwić, jak ktoś jest zadowolony i szczęśliwy, to nie napierdala w klawisze, tylko wychodzi z domu, z uśmiechem patrzy w lustro, smaruje chleb grubo masłem, idzie poćwiczyć, pogra w kucyki z dziećmi, poogląda telewizor bez zobowiązań, poskacze w gumę dla rozluźnienia, włączy sobie fajną muzyczkę i potynia, poczyta, albo zrobi coś innego, co sprawi mu przyjemność i spotęguje pozytywne uczucie, jakie w sobie wyhodował. proste.

stąd ciężko znaleźć w internecie dobre i tylko dobre opinie na temat kogoś/czegoś. stąd nie należy opinii zasięgać w internecie. stąd należy brać poprawkę na pryszczatych łebków i wychudzone laski ze spaloną fryzurą, tudzież śliskich podstarzałych typów myślących, że są independent, tymczasem są intendentem i zahukane intelektualnie kolesiówy, o których określenie "nie bardzo" byłoby eufemizmem. na socjologiczne zagadnienia, na które nie ma tabelek, ramek i podręczników. na stereotyp. na internautów.

swego czasu szukałam pomocy dla dziecka. dla pierwszego dziecka. byłam z ojcem jedynym z córką u trzydziestu sześciu lekarzy. specjalistów maści wszelakiej. szarlatanów nie liczę. pewnie nie byli źli, każdy lekarz jest dobry, póki się nic nie dzieje. byli tacy, co smarowali zmiany "nowotworowe" fioletem, byli tacy, którzy powiedzieli nam "państwo są głupi i gówno wiedzą". pisownia oryginalna. byli i tacy ordynatorzy pediatrii, którzy słysząc negatywną odpowiedź na zadane przez nich pytanie czy dziecko gorączkuje i wymiotuje skwitowali "to co wy tu chcecie ze zdrowym dzieckiem". w sumie nic. to, że dziecko piło cztery litry wody na dobę i sikało cztery litry moczu oraz miało widoczne gołym okiem ubytki w czaszce umknęło ich uwadze. 

nigdy nie napisałam na żadnym forum złej opinii na nikogo. jeśli spotkam na przykład tę ostatnią panią, to wepchnę jej w gardło diagnozę, którą na tę okoliczność noszę w torebce skrupulatnie poskładaną w równy prostokącik. jeśli akurat nie znajdę diagnozy, wepchnę jej w gardło swoją pięść zwiniętą w równą kuleczkę. ćwiczę kuleczki z piąstek dość często, gdy tak sobie chodzę po świecie i patrzę co się wyprawia.

dziś mijają dokładnie trzy lata, od kiedy stanęliśmy prawie-we-czwórkę w centrum zdrowia dziecka. od kiedy zdiagnozowano nataszę. od kiedy dostaje chemię. 

pamiętam ten dzień. byłam w siódmym miesiącu ciąży z zoją, miałam skróconą szyjkę macicy i założony pessar, przykaz, że mam leżeć, a już na pewno nie nosić nataszy na brzuchu. ale nie miałam jej co powiedzieć, kiedy tak płakała, jak kłuli jej ręce i nogi, nie mogłam jej nie wziąć, kiedy chirurg odrywał jej rączki od naszych karków i zabierał za drzwi, za które nie mogliśmy wejść, nie mogłam jej nie wziąć, kiedy obolała budziła się z narkoz, kiedy ściągali jej szwy, zakładali jej szwy, odrywali plastry, zakładali plastry. nie mogłam.

kładłam się wieczorami i do napiętego brzucha szeptałam łzawe "przepraszam", prosiłam swoją młodszą córkę o wybaczenie, że nie wiem czy się ruszała i ile, że nie głaskałam brzucha, nie dbałam o siebie, bo nie jadłam, kiedy starsza miała być na czczo. przepraszałam, że mimo, że byłam opuchnięta, nie kładłam się, tylko siedziałam na taborecie przy starszej. niepewna czy nie stracę ich obu.

trzy lata. cholerna rocznica.

cały dzień targało mną całe spektrum emocji. żalu, że ma takie dzieciństwo, rezygnacji, że niewiele mogę, wkurwa, że to tyle trwa i radości, że jest tak dobrze, spokoju, że jesteśmy zaopiekowani, miłości, że patrzę na obie i wdzięczności za to, że żyjemy.

dziękuję doktorowi Grzegorzowi Jaraczewskiemu (który skierował mnie do endokrynologa), doktor Katarzynie Ralcewicz-Rut (która zdiagnozowała nataszę i skierowała nas do centrum zdrowia dziecka), profesor Danucie Perek (która potwierdziła diagnozę i wytłumaczyła nam wszystko), doktor Annie Wakulińskiej (która opiekowała się nami w pierwszych tygodniach w szpitalu), całemu zespołowi centrum zdrowia dziecka, który jest niezwykły. niezwykły! jestem pełna podziwu dla ich pracy każdego dnia. wszystkie ciocie są nieocenione. i last but not least - dziękuję doktor Monice Kuriacie - naszej pani doktor prowadzącej, najlepszej na świecie. 
fanfary.

dzięki waszym sercom, waszemu zaangażowaniu i waszej wiedzy jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. 

i to jest moje trzy procent pozytywu do internetu. niech się niesie.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

w potrzasku.

lubię ładne rzeczy. ładne rzeczy najczęściej są drogie. nie lubię wydawać dużo pieniędzy na rzeczy, nawet jeśli są ładne, ponieważ to tylko rzeczy.

większość ładnych rzeczy, które mam, dostałam. lub wygrałam. są naprawdę ładne. naprawdę bym ich nie kupiła.

ładne prezenty robi mi na przykład mąż. a do takich z pewnością zaliczam wielofunkcyjny scyzoryk, który mam w torebce. również kupionej przez męża. jak to kiedyś określiła znajoma: cóż, jaka kobieta, taki prezent. mam nadzieję, że miała na myśli to, że bywam otwarta i ostra, a nie zimna i bordowa.

niedawno dostałam ładne słuchawki. i chyba dobre słuchawki. do tej pory słuchałam bzdur na jutubie na pchełkach wciskanych w uszy dołączanych do telefonu, które pożyczyła mi koleżanka z warszawy, kiedy niespodziewanie wylądowałam z nataszą na siedem tygodni w izolatce. oddanie ich wisi mi nad głową, jak wisi mi na czym słucham tego, czego akurat potrzebuję. natomiast teraz mam wygodny dizajnerski wypas i aż chodzę pieszo, żeby ten dar wykorzystać.

założyłam buty na koturnach (a buty lubię mieć ładne i cena jest sprawą drugorzędną), rurki i ramoneskę, łeb przyozdobiłam słuchawkami z fifafą logotypem na boku, kabel wcisnęłam w jeszcze bardziej fifafą telefon z pięknym grawerem 'matko jedyna', który również dostałam za frajer i wcisnęłam na nim symbol apki do odsłuchiwania melodii.

słuchawki są na tyle dobre, że wygłuszyły cały świat. szłam w rytm jakiejś skocznej melodii, a w głowie dudniły mi moje własne kroki.

i olśniło mnie. 
to jest metafora - 
usłyszałam swoje własne życie.
otóż impreza trwa w najlepsze gdzieś obok, a ja stoję zamknięta w kiblu schylona nad zlewem, cykam się wyjść, nie wiem czy się zaraz nie porzygam i czy to muzyka, czy moje serce tak mocno napierdala.

środa, 20 kwietnia 2016

dawno, dawno temu.

kiedyś mój mąż pracował w lokalu zwanym 'kotłownia'. łaziłam z nim do pracy i przesiadywałam całe wieczory i noce, by być blisko. patrzyłam, jak robi drinki, nalewa piwo, rozmawia z ludźmi, pisałam sobie skecze, monologi, piosenki i listy do niego. karteczki takie małe. wsuwałam mu do kieszeni miłosne wyznania, bo były to czasy, że wysłanie smsa kosztowało majątek. poza tym miłujemy się z mężem w sobie i w analogach i zawsze woleliśmy sobie zostawić karteczkę na stole, niż wysłać smsa. ale smsem też nie wzgardzimy.

wtedy, w 'kotłowni', traciłam wzrok, czas i zdrowie, zyskiwałam bliskość z chłopem, czas na przemyślenia i namiastkę kultury, albowiem zdarzały się tam koncerty.

tak to po raz pierwszy i, niestety - jak do tej pory - ostatni, byłam na koncercie michała bajora. 'kotłownia' była lokalem z gatunku zimno, surowa cegła, brak okien, ale scena była. ambicje również. na czas jakichś przedsięwzięć pretendujących do miana bardziej artystycznych, niż inne, zawieszano w tle sceny czarną kotarę zasłaniającą cegłę, imitującą kulisy, czyniącą klimat i wrażenie kameralności. innej, niż wówczas, gdy na scenie pląsały zgrabne półnagie studentki na dysce, gorące odwrotnie proporcjonalnie do cegły, jaka czerwieniła się w ich tle, podobnie zresztą jak chłopcy próbujący rozpaczliwie zwrócić na siebie uwagę półnagich studentek, a którym, zamiast toków, tańców godowych, nerwowego naprężania wątłej klaty i gardłowych okrzyków, trzeba było po prostu postawić piwo.

ale wróćmy do meritum. koncert michała bajora. bilety drogie, ja na krzywy ryj, publiczność wysublimowana i starsza oczywiście ode mnie, wszyscy oczarowani, jak ja, pan bajor po swojemu - klasunia. albowiem potrafi śpiewać, jest estradowcem, artystą i zna swą wartość. nie w takich miejscach występował i nie z takich stołówek robił kornegi hol. 

koncert dobiegł końca, pan bajor, ze znaną sobie estymą, unosił ręce w zwycięskim geście, kłaniał się z gracją i dumą, bo doprawdy zajebiście zaśpiewał. zza niego przebijał snop światła, jakoby sam janioł się objawił, ale to oświetleniowiec wisiał na rusztowaniu i "robił mu plecy" z narażeniem życia. wszystko wyglądało godnie, a ja cieszyłam się klaskaniem mając obrzękłe prawice. podobnie widownia.

bis! brawo! dało się słyszeć wcale nie pojedyncze pohukiwania. ale pan bajor jest wysokiej klasy artystą, zanim zagra bis, schodzi ze sceny. czeka, aż go porządnym aplauzem poproszą. i co następuje.

pan bajor w rzeczy samej, schodzi w kulisę, z której po dłuższej chwili wychodzi z tak samo uniesionymi rękami w geście ni to zwycięstwa, ni to glorii, taki ukłon w górę. kłania się, schodzi w kulisę, brawo! bis! wybrzmiewa głośniej, on znów z kulisy wychodzi, energicznie, kłania się gibko, żwawo, niezbyt nisko. wiadomo już, że jeszcze zaśpiewa. i on śpiewa, a ja rechoczę.

bo wiem, że pomiędzy czarną szmatą, zza której wyszedł pełen chwały do zasłużonego bisa, a ścianą z cegieł było dziesięć centymetrów i że on tam - stojąc nieruchomo - rył nochem, kiedy ludzie klaskali.

od tej pory, kiedy robię dobrą minę do złej gry, mówię, że jestem jak bajor w kotłowni.