czwartek, 3 września 2015

deseczka.

miałam temat. miałam taki temat, że mucha nie siada. że matka nie siada. ale to akurat nic ciekawego, codzienność. nuda. matka nie siada, bo biega za dziećmi, przed dziećmi, nad dziećmi, obok dzieci. bo ucieka przed dziećmi, bo sprząta, pierze i gotuje. wieczorem matka siada, a wraz z matką siada jej na psychę. matka siedzi, życie towarzyskie leży, a atmosfera w domu kuleje.

jakby sobie wyobrazić, że każdy dzień jest w chuj wielką dziurą w ziemi, czarną otchłanią i przepaścią, a pośrodku przepaści biegnie nitka-mostek, taka pochyła deseczka ze sznurkami na końcach, to ja właśnie na takiej deseczce codziennie balansuję. przodem wesoło albo totalnie niewesoło, smutno, z płaczem, ze smutkiem, z rozżaleniem, z parasolką i w kaloszach w ukrop, albo w pelerynie, która się ciągnie, a którą się nadeptuje, w ręczniku, w opasce na włosy założonej jak okulary biegną dziewczyny, a za nimi ja. próbuję tak balansować ciałem na deseczce, żeby się nie sturlały. nagarniam je rękami, nogami, biodrem, torbami, co je akurat niosę, albo z którymi kiedyś pójdę, nasuwam na bezpieczny środek deseczki.

i myślę sobie co to ze mną robi. i myślę, że wiele.

i wczoraj postanowiłam, że o tym napiszę. jak kudły mi wiszą z tej deseczki, jakbym się chciała przewrócić, a nie mogę, jak nie doganiam dziewczynek, w rezultacie jak mnie to wkurwia.

i co? i nie dziś.

pędzona na przeciwne krańce mojej psychicznej deseczki, bywam w miejscach przedziwnych, miejscach, do których mnie nie wiem co zaniosło. próbuję jakoś rozszerzyć swoją strefę komfortu, dostarczam sobie wrażeń, bo chyba mam, kurwa, za mało z dwójką dzieci, bez domu, na kilku metrach, ze szpitalem w tle i wakacjami, na które mam zamiar pojechać samochodem na drugi koniec europy zaraz po występie pojutrze. no naprawdę za mało. jeszcze! jeszcze! woła mój umysł i prowadzi mnie, a ja daję się prowadzić. 

idę parkingiem podziemnym. w mieścinie małej. podpółziemnym, bo mieścina naprawdę mała. idzie kafar w sandałach i skarpetkach z panią. pani jest starsza. od kafara i ode mnie. kafar młodszy. mijam ich. pani jest okrągła jak bułeczka. uśmiechnięta jak księżyc. miękka i ciepła jak drożdżowe ze śliwkami. mówi do kafara "nie traktuj mnie jak szeregowca. zabraniam mówić do siebie: matka". kafar się zgina w pół i przytula do mamy. 

panie kafarze, jak pan będzie bronił polski podczas wojny i zabraknie panu sił, a jednak jest pan patriotą, bo pan poszedł do wojska, to niech pan sobie pomyśli o polsce jak o pana mamie. jeśli z taką miłością będzie pan jej strzegł, to obiecuję, że nie wyjadę pierwszym transportem.

jadę porażona tą pokapaną naokoło nich miłością. zauroczona. myślę, jak to jest. jak zawsze jesteśmy dziećmi i jak zawsze już będę mamą. wjeżdżam do jakiejś wioski. droga bez pobocza. jedno przejście dla pieszych. widzę panią z trójką dzieci. z daleka wiem, że się zatrzymam. ona jeszcze nie. trójkę dzieci w wieku jakieś 5, 6 i 7 lat trzyma jednocześnie za ręce. zatrzymuję się, ona jeszcze rozgląda się tysiąc razy na prawo i lewo i w podziękowaniu pokazuje szczery, bezzębny uśmiech. trzymając całą trójkę, objuczona jak ja, przechodzi przez ulicę. i przez moją głowę.

oglądam się za nimi, widzę niebieskie tornistry, niebieskie koszulki i blond czupryny.

jaka bywam głupia myśląc, że jakby ktoś zdjął skarpetki, byłby ...lepszy? jaka bywam głupia myśląc, że jakby ktoś wstawił zęby, to byłby ...lepszy? 
mam skarpetki na umyśle i jestem emocjonalnie szczerbata. mimo tego moje dzieci mnie kochają. po co te oceny? po nic.

przez kilka lat jeździłam niebezpieczną, szybką drogą bez pobocza. również przez kilka lat spotykałam tam chłopca, który szedł brzegiem z tornistrem, w kamizelce o siódmej rano, po śniegu, błocie, plusze, mrozie, upale, do szkoły. każdego dnia. jego, jak mniemam, mama, szykowała go, zakładała mu czapkę, odblaskową kamizelkę i ten ludzik szedł uparcie sam po wiedzę. "to niebezpieczne" myślałam. a jego mama, jak my wszystkie, w domu lub gdzie indziej, próbowała po prostu nie spaść ze swojej deseczki.

jeśli jeszcze raz pomyślę, że mnie własne dzieci denerwują, to - przysięgam - palnę się deseczką w łeb.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

wdech.

albo siedzę zmarazmowana łaknąc powietrza skądinąd niż miejsce, w którym akurat siedzę, choć słowo siedzę to jest archaizm w moim słowniku, albo karuzela kręci się tak szybko, że nie ma jak wysiąść, a ja prawie oddaję zawartość najczęściej i tak pustego żołądka, bo nie mam czasu zjeść. ni zjeść, ni zejść.

od jakiegoś czasu jestem lżejsza nie tylko o klucze od mojego domu, lecz także o wspomnienia, rękopisy swoich tekstów i nadzieję, że będę jeszcze robiła kabaret, więc jest sens trzymać na strychu te wszystkie dziwadła.

przeprowadziliśmy się korzystając z gościny teściowej jedynej. nie mamy już domu, na który kredyt wzięłam mając lat dwadzieścia sześć i myśląc wówczas, że mam wszystko przemyślane i że oto przyszłość jawi się przede mną jasna, a szczęśliwa.

jasna, a szczęśliwa tak, nie w tym miejscu, co się wydawało. tak.

żeby zdążyć z przeprowadzką musieliśmy pędzić w dni kilka podrzucając dzieci raz po raz do babci, goszcząc w międzyczasie znajomych, którzy wyjeżdżają niewyobrażalnie daleko. ja sobie jeszcze wystąpiłam w telewizji, a kiedy przywieźliśmy kartony z teraźniejszością na sześć i pół metra w bloku, porwałam swoje starsze dziecko i pojechałam z nim do szpitala. tu, nie wiem jakim cudem, próbuję odsapnąć. 

lecz jedynie posapuję.

boję się przyszłości. boję się, że muszę zbudować dom i że przez dwa lata będę mieszkać na sześciu i pół metrach. ciałem tu, głową już dwa dni do przodu usiłująca dźgnąć resztkami umysłu tysiąc zmartwień.

próbuję zatrzymać ten wir w sobie, który sprawia, że lęk wsysa mnie jak dziura w wannie wodę z siłą coriolisa.

nie uśmiecham się, nie mam czasu. nie czytam, nie mam czasu, nie piszę, nie mam czasu. nie pozwalam sobie.

ale dziś pozwoliłam sobie usłyszeć. albowiem zadzwoniła marta. człowiek-przygoda. człowiek-nieuwierzyszcosięstało. człowiek, który jak nikt na świecie potrafi rozśmieszyć każdego.

wiesz, mówi, moja matka się boi jeździć samochodem. zawsze kieruję ja, a ona nie chce mnie rozpraszać. i nie uwierzysz co się stało. jedziemy na autostradzie z dziećmi, a ona jeszcze zawsze wałówę bierze, ale nie mogą to być po prostu kanapki, no i tym razem wzięła jeżyny. 

nie chcąc sprawić kłopotu w pewnym momencie spróbowała mi wepchnąć garść jeżyn do ryja, ja się przestraszyłam i zaczęłam jechać zygzakiem, bo trochę próbowałam złapać te jeżyny turlające mi się od nosa przez biała bluzkę aż do krocza. zanim opanowałam sytuację, miałam czerwone plamy wszędzie. i pytam co to było. a ona, że mnie nie chciała rozpraszać. mówię - prościej byłoby zapytać czy nie chcę jeżyn, łypnęłabym okiem i powiedziała że nie. 

to dosyć proste jest.

zastanawiałam się tylko czy pani matka czekała aż jej córka ziewnie, czy może w trakcie rozmowy, na jakiejś samogłosce typu "o" lub "a" zaczaiła się, by nie robić kłopotu.

zaraz przypomniało mi się, jak jechałam z dziadkami maluchem na wakacje i babcia siedząc z tyłu chciała dać dziadkowi jabłuszko. i nawet uprzedziła go, owszem, że mu poda wprost do buzi, nie uprzedziła jednak, że nożem.

nic się nie stało na szczęście.

zrechotałyśmy się z martą jak dzikie norki, a taki silny rechot ma to do siebie, że trzeba głęboko oddychać.

odetchnęłam, to idę budować ten dom.
dzięki, marta.




czwartek, 13 sierpnia 2015

użyj wyobraźni.

wpis inspirowany twórczością jednego z milszych umysłowi popaprańców, który gdyby pisał poezję, byłby wojaczkiem rafałem mikołajem z mikołowa, na szczęście pisze prozę (życia) i żyje. i ryje.

nie może być tak - pomyślałam sobie - że on ma nieustanne przygody. że on wychodzi z domu, potyka się o przygodę, dostaje z płaskiego w ryj, od przygody, albo od pana, któremu potykając się o przygodę nadepnął na odcisk, albo odbił laskę, nierzadko jedno i drugie. nie może tak być. i że on generuje przygody. otwiera ten swój umysł, a ty, używając wyobraźni, kręcisz łebkiem jak bullterier z jego opowieści. i jesteś w środku. nie może tak być. 
on żyje jak ja, chodzi do spożywczego, gotuje obiad, w nocy śpi, a przed spaniem coś tam wypije. może więcej trochę niż ja. i że przede wszystkim - pomyślałam - to niesprawiedliwe. bo jak?

będąc u babci dzieci moich, pojechałam zawieźć auto na parking strzeżony, żeby panrysio - i tu ukłon w stronę kolegi - popatrzył sobie w telewizor, rykoszetem omiatając wzrokiem auto moje i temu podobne. to znaczy takie, z których już coś zajebano i takie, z których nigdy niczego, bo ich właściciele są zapobiegliwi i kiedy wpisują w rubrykę pisma urzędowego obywatelstwo: polskie, są bardzo świadomi co napisali. 

parking pod blokiem, normalny. w budce wielkości panarysia panrysio, telewizor, termos i kwity, że zapłacono. choć raz zimą to i widziałam, że kocyk na podłodze się zmieścił, co inny panrysio z przepraszającym wyrazem twarzy tłumaczył przepracowaniem, że miał dzień i noc i już nie daje rady. widziałam, też prawie nie dałam rady go obudzić, żeby zapłacić.

tym razem podjeżdżam jak zwykle. z panamirysiami się rozmawia specyficznie, ja nie umiem, ale często udaję, że umiem, ale czasami mi nie wychodzi, tak samo, jak nie wychodzi mi oszukiwanie, że czasami tam w budce nie śmierdzi. musi śmierdzieć. nie ma opcji. jakby w szklarni zamknęli paris hilton na dobę, to też by śmierdziała. 

- dobry wieczór - dziarsko próbuję zagadnąć, a panrysio ewidentnie mnie nie widzi. przy czym nie da się mnie nie widzieć, ani nie usłyszeć. z tym moim wokalem, to zazwyczaj drę ryja z daleka, bo boję się, żeby pies na mnie jakiś nie wyskoczył, wolę zawczasu wydrzeć papę, ewentualny pies miałby dłużej ubaw, a ja pozorną możliwość spierdolu z miejsca zdarzenia. co jest oczywiście bardzo pozorne. niemniej drę papę wijąc się w uprzejmościach dzieńdobro-dobrywieczornych, żeby wszyscy wiedzieli, że nadchodzę. tako i tym razem. 

zbliżając się jednak do budki z moim kretyńskim przywitaniem widzę, że panrysio patrzy w telewizor z półmetra, zapisuje, a tam się coś waży. bo on liczby z totolotka zapisuje.
- oho - jeszcze głupiej i jeszcze żwawiej zagaduję - widzę, że tu się losy świata zmieniają! - wyszczerzyłam się, jak pies, który rzuciłby się na mnie, gdyby go panrysio posiadał. 
- no i mnie pani zmyliła - powiedział pan rysio rzucając niby niedbale, ale jednak z precyzją, długopis o stół z płyty wiórowej, już lekko napuchnięty w miejscu, gdzie a. przecieka szklarnia, b. najczęściej stoi termos, z takim pierdolnięciem i takim wułamkosekundowym znienawidzeniu mnie, że gdyby to był egzamin do szkoły aktorskiej pod tytułem "proszę zagrać pogardę, zniecierpliwienie, wkurwienie i mobilizację współrozmówcy do zastanowienia się nad sobą w każdej kwestii, również moralnej", to holoubek, jeśli tylko siedziałby w komisji, wstałby.

również ułamek sekundy trwało w mojej głowie uświadomienie sobie, że panrysio właśnie był pewien, że wygra, nie wie tylko czy pierdolnął szóstkę czy tylko piątkę, że oto zamieni szklarnię w polsce na szklarnię na seszelach, albo chociaż pogoni z domu starą i znajdzie nową starą.

już, już, chciałam wyguglować aktualne liczby, kiedy panrysio wziął kwit i obrócił się w moją stronę, a w obojgu jego oczach były wisienki, natomiast ta na trzecim oku ostatkiem sił przeskoczyła na cytrynę.

no i kwas. trzeba będzie nadal pracować.



niedziela, 26 lipca 2015

czas leci.

od jakiegoś czasu, od dosłownie kilku dni, natasza idzie kilka metrów za mną. nadeptuje, albo nie nadeptuje na linie, chodzi tylko po szerokich, albo tylko po białych, tańczy, wchodzi na krawężniki, rozmawia z roślinami, macha rękami, mówi coś do siebie, śpiewa.

jesteśmy w mieście od prawie tygodnia. staram się jej zapewnić rozrywki, jak już skończy chemioterapię. wykorzystuję to, że jesteśmy tylko we dwie i to, że jesteśmy w warszawie.

boję się, jak tak sama chodzi. wystawiam rękę, do której zawsze przybiegała, którą chwytała. czekam na nią. podchodzi, ale mnie nie dotyka. idziemy dalej, by za parę metrów znów zostawiła mnie dla swoich spraw.

"bądź przy mnie" - proszę. "bądź, to jest duże miasto, chcę mieć cię przy sobie". "mamo, ja cię cały czas widzę" - odpowiada.

a ja wiem, że ona dokładnie wie, gdzie jestem. 

"idź przodem", proszę, chcę i ja ją widzieć cały czas. "ale ja nie wiem dokąd" - odpowiada mi moje mądre dziecko.

kłuje. boli. nie jestem już jej tak bardzo potrzebna. moja malutka córeczka przestaje być dzieckiem przyczepionym do mnie. urywa się gumka pomiędzy nami. ten latawiec porywa wiatr.

bardzo tego chciałam. bardzo. nie chciałam jej osaczać, nie chciałam, żeby była mamuni córeczką. chciałam, żeby była wolna. autonomiczna. ale żebyśmy rozmawiały. i tak jest. ale boli.

"co tam mówisz pod nosem?" - pytam. "nic do ciebie, mamo". sama przed chwilą jej powiedziałam, że może mieć swoje sprawy i swoje tajemnice, jeśli nie chce mi mówić, to nie musi. 

idę przed siebie, ale najchętniej wydłubałabym sobie oczy i przyczepiła do potylicy.

moje dziecko dorasta.

i to o wiele bardziej uświadamia mi upływ czasu, niż jutrzejsze urodziny.

teraz stoję z pustą dłonią, wyciągniętą w stronę starszej córki. niedługo zostanę z pustym sercem i pustym domem, dlatego muszę zrobić coś dla siebie. 

żebym nie zwiędła, kiedy ich zabraknie obok. żebym mogła się cieszyć ich wyprowadzką z domu, ich miłościami i samodzielnymi decyzjami. bo to wcale nie tak odległe. 

sama jeszcze wczoraj szłam mrucząc po krawężniku w ohydnej spódnicy na pasowanie na ucznia.

a to "wczoraj" było trzydzieści lat temu.

piątek, 24 lipca 2015

ja?

wrzuciłam na fejsbuk zdjęcie, które zrobiło mi moje dziecko i patrzę na siebie zupełnie spoza siebie. 

ciało, które widzę na ekranie komputera i telefonu nie jest ciałem, które widzę na ekranie mojego samopostrzegania. ta baba w komputerze jest jakaś szczuplejsza i jakaś ładniejsza. jakaś uśmiechniętsza i jakaś szczęśliwsza i jakaś taka w ogóle promienna. i nogi ma dłuższe niż ta baba, co ją znam. albo której nie znam. czy ja jestem ta na zdjęciu, czy ja jestem ta w mojej głowie? myślę sobie: stara i brzydka. zaniedbana i z włosami nie tak. ta sukienka mi tu odstaje. a po co mi sukienka, skoro ja będę zaraz tachać czterolatkę umacniając biceps? otóż biceps mam umocniony. to teraz umocnić wiarę w siebie.

i niepotrzebnie, ale to zupełnie niepotrzebnie się a. garbię, b. nie emocjonuję opinią pośredniego pana, że ale mam sylwetkę, co ja trenuję?

najbardziej to ja trenuję nielubienie siebie łamane na zadręczanie się co ja jeszcze powinnam i czego ja jeszcze nie zrobiłam.

otóż gówno, magduniu, gówno.

jestem magdunia i choć wykręca mnie na brzmienie tego słowa, to postanawiam się umiłować. przytulać się i kochać. samą siebie. i niech mi tu rozedrgani seksualnie nie moczą się, bo ja nie o tym. przytulać się, kochać, głaskać, dawać sobie pozwolenie na obwisłe coś i trochę mniej krytycznie spojrzeć na siebie. przyjąć, że jak mąż mówi, że jest pięknie, to tak jest, jak dziecko prosi o założenie sukienki, to założyć, przytakiwać, kiedy drugie mówi "moja mama najlepsza". 

zdjąć z siebie trochę sceptycyzmu, okryć się kocem i zrobić to wszystko, co by się zrobiło obcej osobie, która potrzebuje ciepła i akceptacji.

w końcu, kiedy tak patrzę na siebie, jestem sobie zupełnie obca. taka ładna, a nieszczęśliwa. przytulam się.

czego i wam życzę.

czwartek, 23 lipca 2015

kuzynki.

do babci moich dzieci przyjechały na wakacje ich kuzynki. i jednakowoż tudzież poniekąd również wnuczki tej samej babci. albowiem moja teściowa ma dwoje dzieci, a każde z tych dzieci ma dwoje dzieci. jako, że kuzynki są starsze, to szwagrostwo przeciera szlaki, my zaś potulnie czerpiemy z ich doświadczenia, ponieważ starszą córkę mają taką, jak nasza starsza córka, a młodszą, jak młodsza. z charakteru podobne w sensie. 

i jakoś przestało mnie bawić, że na te starsze dziewczynki mówiliśmy, kiedy były młodsze, per dzikie zwierzęta. odkąd sama mam dzikie zwierzęta, jest mi jakoś nie do śmiechu. najchętniej momentami po prostu podałabym pożywienie na łopacie i zniknęła.

to od starszych wzięły się także ksywy, jak się okazało, przechodnie, mianowicie bezlik rozmów i turbo doładowanie. dziewczyny są o wiele starsze od moich, toteż moje mają wzorce do naśladowań. zwąchały się już jakiś czas temu - starsza ze starszą, a młodsza z młodszą, tak więc kiedy kuzynki spotykają się wspólnie, odbywają się zajęcia w podgrupach. starszyzna siedzi przy stole i czyta/rozwiązuje, młodzież zaś, sieje zniszczenie i wymusza na babci remont mieszkania.

moje dzieci patrzą w kuzynki, jak w obrazek, a ja straciłam na dwa tygodnie cały szacun. 

moje córki zrywają się o godzinie piątoszóstej, a zwłaszcza jedna, ta bardziej energiczna, która nie mówi "r" i skacząc po mnie, a także chcąc jechać do babci krzyczy: "kuzynki! huja!" na co mój śpiący mózg huczy mi w głowie, że właśnie ni chuja. że śpimy. że natychmiast jeszcze śpimy. że jak chcesz mleko, to ja ci nawet zrobię, ale daj pospać. nie odzywam się jednak słowem, tylko wstaję, nie wiem, chyba zrobić to mleko, a "skojo wstałaś, mamo, to moze, moze... śniadanko/pocytamy/na dwój?". najlepiej wszystko jednocześnie.

poszliśmy niedawno z ojcem jedynym zabrawszy wszystkie dziewczyny na krótki spacer do piekarni. zagadnięto nas czy mamy same córki. powiedziałam, że tak, a potem, że nie, a potem znów, że tak, ale że nie wszystkie z tych dziewczynek są nasze, ale że faktycznie, w domu same córki. u męża znaczy, bo u mnie jest jeden chłopiec. nie wiem co pani z tego wyniosła, bo ja mówiąc to wszystko wynosiłam zojkę, żeby nic nie wyniosła i przeganiałam resztę, żeby niczego nie rozniosła. 

wyszliśmy i ojciec jedyny zadał retoryczne pytanie czy wyglądamy tak staro. i uświadomiliśmy sobie, że oczywiście, że nie. 

my po prostu jesteśmy starzy.



czwartek, 9 lipca 2015

monte carlo.

nie wiem i prawdopodobnie nigdy się nie dowiem, a już na pewno nie zrobię ani jednego malusieńkiego kroczku w stronę, by zrozumieć, co ludzie widzą w działkach. ogródkach działkowych w sensie. w grzebaniu w ziemi. w jakimś - dla mnie - atawizmie niezrozumiałym, jak niesprzątanie po psie kręcącym się w kółko na polbruku, kiedy my odwracamy głowę udając, że podziwiamy krajobrazy, architekturę, zamyślamy się i to bardzo, tudzież zauważamy dawno nie widzianego znajomego, a być może nawet szkolną miłość udając, że nie śmierdzi i pies się nie zesrał właśnie, a my nie uciekamy w pośpiechu. znaczy - nie my. wy, a nawet - oni, bo nie wierzę, że ktokolwiek, kto to czyta nie jest na tyle ogarnięty, żeby nie złapać ciepłego psiego gówienka przez worek, by je wyrzucić do śmieci. 

psa nie mam, ale mam dzieci, stąd wiem, że gówienko jest ciepłe. stąd też wiem, że gile słone, bo mnie ostatnio dzieci poinformowały, że słone i pyszne. cóż, swoich nie pamiętałam, a teraz wierzę im na słowo. obrzydliwe. dla mnie tak samo, jak działka. można sobie dworować i śmiać się, że wakacje na rodos (to skrót od rodzinne ogrody działkowe otoczone siatką, gdyby ktoś jeszcze pozostawał nieoświecon), ale dla mnie nijak to zabawne, ani w ogóle żadne. no nie lubię, no. to, że zrobiłam przy domu grządkę i że latam ją podlewać i plewię oraz że zeżarłam dwie rzodkiewki uroczyście wyrwane przez dzieci i wzgardzone tak bardzo, jak uroczyście, nie zmienia niczego. nie polubię cię, jak powiedzieć prościej, śpiewam ustami brodki moniki do grządki i nawozu i ziemi za paznokciami i do dżdżownic w tle. 

jednakowoż jak bardzo nie lubię pracy w ogrodzie, tak bardzo lubię pomidory z działeczki, malinki z krzaczka, swoją fasolkę, własne truskawki i mogę tak długo. lubię. 

nie wiem co jest na rzeczy, że rzeczy, które normalnie by się wyrzuciło, lądują na działce. "tego jeszcze nie wywalaj, to ojciec przywiózł z węgier w sześćdziesiątych latach, oj, co to pamięta, nadaje się już wprawdzie do śmieci i to od kilku lat, tylko broń boże nie wyrzucaj, będzie na działkę". i tak oto kolekcja 1915 po stu latach znowu jest modna. nie wiem dlaczego tak jest, ale tak jest. jakby nie można sobie było kupić dresu, który się po sezonie zużyje, WYRZUCIĆ go i kupić za sezon nowy. przecież można tak. a tak - dwie różne skarpetki, a jedna dodatkowo z cerą na tyle dużą, że tworzy nową podeszwę jeszcze całkiem dobrą i jak już się góra od tej skarpetki spruje, to trzeba będzie ją od nowa wydziergać, bo żal taką dobrą podeszwę wyrzucać. nie wiem jak to działa, naprawdę, nie wiem. ja nie należę do tych, co obrastają w ciuchy, nie, ale są pewne granice.

teściówka mię wyjechała. zobowiązałam się podlać pomidory, bo uwielbiam. teściówkę i pomidory, nie mozolną drogę ku konsumpcji. wszak i tak byłam w mieście.

dzień więc wyglądał tak, że do szesnastej zdjęcia do filmu, w którym mam brać udział, toteż pełen makijaż, kostium i podlewanie ego, po szesnastej zaś - pomidorków.

zapomniawszy o zasadach działkowych włożyłam białe trampki i już jadąc tam wiedziałam, że będę tańczyć próbując nie przynieść na obuwiu malinek, jeżynek, poziomek i tych czarnych ślimaczków bez skorupek. "chuj tam, wypiorę" pomyślałam kilka razy, ale instynkt robił swoje. tańczyłam.

i kiedy tak skacząc po krzakach w białych trampkach niosłam pęknięte wiadro z zielonym osadem z glonów, które całkiem jeszcze dobre jest, a plastik, co to niby nigdy nie powinien, już mi się w dłoniach rozkładał, dostałam wiadomość od teściówki. 

"ja już w monte carlo".

cóż, ja też gdzieś w dupie.