poniedziałek, 20 października 2014

cicha woda brzegi rwie.

czasami niektórym może się wydawać, że przejażdżka gondolą, a właściwie, skoro gondolą, to przepłyżdżka, to jest szczyt romantyzmu. sielanka. cud, miód i orzeszki. normalnie mieszanka studencka.

wenecja wieczorem, albo nawet i w dzień, włoskie słońce, włoski gondolier, niezapocony, wew apaszce i wew koszulce w paski. gondolier pachnie, za drobną opłatą wyje serenady iście z toski, w łupinie siedzą oni i się napawają. on urodą jej, onej, rzeczonej, ona - tym błyszczącym klejnotem, którym to przyczepionym do pierścionka on jej palec zupełnie cudownie przed chwilą przyozdobił. 

twarze ich muska łagodny zefirek znad ciepłego morza, kawał historii, a nade wszystko - poczucie wzajemnej zajebistości.

mogłabym i ja się kiedy na takie coś pisać, z tym że jest jedno ale. panicznie boję się wody. uciekam. sama woda nie jest aż tak straszna, jak głębokość. i mógłby mnie się stary na kawałku zawilgoconego próchna oświadczyć, nie miałby jednak gwarancji, iż moja odpowiedź byłaby czymś więcej, niż bredzeniem w malignie.

raz nawet zabrał mnie na kajak, obiecał, że będzie fajnie, ale po pięciu metrach leżałam ryjem w zatęchłej wodzie na dnie tego tworzywa, z którego się robi kajaki i tym samym ryjem wrzeszczałam żeby mnie na ten tychmiast postawił na lądzie, bo ja się boję!!! dodam do tego szuranie glonami po dnia kajaka, a z racji tej, iż ryłam facjatą po błotku, to i uszy miałam blisko. dla mnie przeżycie straszne. 

chcesz mnie przyprawić o zawał, zabierz mnie na rowerek wodny - przecież tam to już się w ogóle nie ma czego złapać! jak zsiadłam z rowerka, miałam kostki pobielone i przykurcz w nadgarstkach jak mój brat, gdy przypadkowo leciał 500 kilometrów samolotem, z którego przez całą drogę przez otwarte drzwi co chwilę wyskakiwali spadochroniarze. nigdy więcej. to jest ten jakże uroczy zwrot frazeologiczny.

jak dawno temu z kabaretem dostałyśmy piękną nagrodę, a występ w telewizji był w scenografii zapierającej dech w piersiach, to założenie było takie, ze damy przypłyną fosą do zamku, wystąpią i och. i damy wystąpiły. ja zaś bordowa na mordzie biegłam za nimi i wystąpiłam zaraz obok zadyszki. szłyśmy łeb w łeb.

zadziwiającym w tej całej sytuacji wydaje się być fakt, iż posiadam umiejętności pływackie. miałam na studiach basen, a jakże. stylem rozpaczliwym dopłynęłam do czwórki na zaliczenie. dziękuję, do widzenia. to w ogóle były zadziwiające chwile - oglądać 50 polonistek w kostiumach kąpielowych, nono. odarte ze swetrów, makijaży, fryzur, garsonek i poetyckości. z kobiecością na wierzchu. z większością w szatni zapoznawałam się od nowa.

no mam respekt przed wodą. oprócz tej drobnej wady, mam jeszcze jedną przypadłość. otóż. bardzo rzadko pamiętam co mi się śni. w zasadzie nigdy. są ze dwa sny, które udało mi się w życiu zapamiętać.

tak więc kiedy kilka dni temu białe delfiny prowadziły mnie wśród granatowych, lodowatych, arktycznych wód na powierzchnię pokazując dziurę w lodzie, którą mam wypłynąć i zaczerpnąć orzeźwiającego powietrza, kiedy było mi zimno i otoczona byłam zewsząd wodą, to po przebudzeniu sprawdziłam, czy się po prostu nie posikałam do łóżka.

środa, 15 października 2014

marketingowy bełkot.

moja prababcia przysięgła w kościele, że jak uda jej się wydostać męża i dzieci z obozu koncentracyjnego, do końca życia w wigilię niczego nie zje. udało się. nie wiem jakim kosztem, nikt nie wie. nie wiem co prababcia zrobiła, rodzinę odzyskała. ślubów dotrzymała. z tego, co mówi mój tata, nie dało się z nią w wigilię porozmawiać, bo była głodna, a wszyscy jedli frykasy, ale słowa dotrzymała. 

pradziadek zaś konno pojechał na kongres wiedeński walczyć o polskość swojego regionu. dwa tygodnie jechał, dojechał, zawalczył.

moja babcia za młodu czytała tak wiele książek, że traciła poczucie czasu. postanowiła więc pewnego dnia, że już nigdy nie sięgnie po książkę. słowa dotrzymała. założyła rodzinę, urodziła dzieci, pracowała, wychowywała wnuki. raz dziennie pozwalała sobie na przeczytanie gazety.

moja młodsza córka nie ma zera. albo się śmieje pełną buzią, albo z taką samą siłą płacze. albo się emocjonuje, albo uśmiecha. jeśli nie śpi, jej twarz zawsze coś wyraża. mówi z impetem, robi coś z impetem, nie ma czasu dobrze wejść na zjeżdżalnię, usiąść, nie ma czasu zjeść, napić się, zawsze w biegu.

takie geny.

nie mam takich silnych zapędów w żadnej dziedzinie, jak żaden ze wspomnianych przeze mnie członków rodziny, ale nie wyprę się przodków. jak coś obiecuję, to tak jest. jak jest o co walczyć, to walczę. emocjonuję się, a jakże. oraz czytam. 

czytam etykiety, napisy, książki, gazety, co mi wpadnie w ręce. mam tę przypadłość, że doczytuję do końca, tak więc jeśli wpada mi w ręce słaba książka, ją również przeczytam.

jak jestem w sklepie, czytam składy na opakowaniach, jak pod prysznicem, to opisy na kosmetykach.

'wierzba od zawsze odgrywa ważną rolę w kulturze. podobno już przebywanie w jej pobliżu działa kojąco. a co dopiero trzymanie w ręce kosmetyku z wyciągiem z jej kory'. postanowiłam sprawdzić. wzięłam tubkę i mówię: moje dziecko ma nowotwór. i czekam. tubka nic. nie ukoiła. myślę sobie, może za duży kaliber jak na niedużą tubkę. mówię: kasa mi się skończyła, a pracy nie mam. patrzę na tubkę, wsłuchuję się w siebie. nie koi. myślę: to do włosów jest, może chociaż na to pomoże. więc trzymam tubkę i czekam czy da radę ukoić mój nerw, że mam przetłuszczone włosy, a nie zdążę się wykąpać przed wyjazdem do babci. 

nawet tego nie ukoiła. 

trzeba było umyć.

kto w tych korporacjach pracuje? kto to wymyśla? kto zatwierdza? kto kupuje - wiem - ja. ale weź pan, panie tołpa jeden albo drugi, choć raz poczytaj co tam dziewczęta popisały. bo jak by my byli w hameryce, to bym mogła pana do sądu podać, że podobno obiecałeś, a nie spełniłeś.

a obietnice dla mnie ważne. z dziada pradziada.

a szampon fajny. no.

poniedziałek, 13 października 2014

anatomia matki.

jeśli do momentu wydania na świat potomstwa miałaś ręce, nogi, tułów, grzbiet i inne takie, a z góry mówię, że nie chodzi mi o zmiany, jakie zachodzą w matce przez dziewięć miesięcy noszenia uroczego bobaska, co potwierdza popierdywanie oraz posikiwanie, na które nie masz wpływu, tak więc jeśli miałaś ręce, nogi i tak dalej, to od momentu, kiedy rozcięto ci wszystkie warstwy brzucha i wyszarpano stamtąd noworodka, lub też rozcięto coś innego, a noworodek wychynął sam rozszarpując cię tu i ówdzie znacznie, bądź mniej, nie masz nic z tych rzeczy, które byś sobie dała uciąć, że masz.

nagle stajesz się - na początku - wielką obręczą z ramion z przyczepionym do niej gigantycznym bufetem. obręcz dźwiga, nosi, trzyma, bufet, jak to bufet - karmi. dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. na miejscu. na wynos. jedzenie i picie. nieustanny refill. motel otwarte wrota zaprasza. bed and breakfast. od zmierzchu do świtu. tarantino na żywo. bufet karmi, obręcz nosi, przewija, rośnie do ziemi. najchętniej matka na ziemi zaległaby raz po raz, ale nie może, bo dostęp do bufetu musi być nieograniczony, tak więc padanie na ryj zabronione.

później nagle okazuje się, że matka jest w posiadaniu nóg. a rzeczone noszą. do lustra, do kuchni, do łazienki, na dwór, do okna, w górę, w dół. zależy jak bardzo ryczy to, co na obręczy i jak bardzo chce się z tej obręczy wywinąć. wówczas obręcz z lulającej zamienia się w unieruchamiającą. dziecko również uświadamia sobie, iż - jak mamusia - jest w posiadaniu nóg, którymi może wierzgać, trzepać, odpychać się i wykręcać, jednak obręcz, jeśli tylko nie jesteś mamą madzi, jest ze stali. z tytanu. w ogóle matka cała jest z tytanu. jeśli oczywiście nie jest z sosnowca.

kiedy smrol zaczyna jeździć w wózku, matka dostaje przykurczu obręczy. ręce ma stale ugięte w łokciach i przyklejone do tułowia. pozycja ta jest bardzo ergonomiczna i pozwala pędzić po bezdrożach z prędkością satysfakcjonującą mini trolla, który za dziki pęd odwdzięcza się bezzębnym uśmiechem, który jest waluta przetargową. za tę walutę matka jest gotowa zrobić wiele. więcej zrobi tylko za kocham cię mamo. ale kiedy następuje moment, kiedy dzieć jest w stanie wydać z siebie taki osąd, matka zyskuje pancerz, tudzież znieczulicę i potrafi wyparzać butelki lejąc wrzątkiem na smoczek, który trzyma w dłoni. nawet, jeśli zapomni smoczka. matka nie takie rzeczy po nocach wyprawia.

przykurcz do popychania wózka nie mija, albowiem, kiedy dziecko wyrasta z wózka, wchodzi w etap uwielbienia dinozaurów. i tu, jak zwykle, matka niczym t-rex, wstaje rano (rano?? w nocy, kurwa, wstaje) i ryczy, wyje niczym on. dzieć się cieszy. dzieć podskakuje. o jaka śmieszna mama. jutro wstanę jeszcze wcześniej.

równie nagle okazuje się, że nogi, z których po części składa się matka, potrafią też bujać. potrafią zmienić się w górę, na którą potrafią wgramolić się dzieci, że potrafią ganiać, chować się za drzewem, wyskakiwać zza drzwi czasem strasznie, a czasem śmiesznie, zaś nijak nie potrafią się schować na dłużej. czasami nogi siedzą na schodach i się nie ruszają, chociaż cała górna część matki dygocze, twarz udaje, że się uśmiecha, ale jest mokra i wtedy to dopiero trzeba się na matkę rzucić. albo z tych schodów. albo wejść na murek. byle gdzieś wysoko.

wówczas okazuje się, że przykurcz ramion wciąż działa, matka pochwytuje, pohukuje, posmarkuje, ale wyłapie, wygilga, a na koniec wyprzytula.

przez długi czas matka nie składa się z oczytania, wyspania, przemyślenia, zdolności analitycznych i śledzenia trendów odzieżowych. przez pewien czas w kwestii odzienia matkę interesuje jeno coś, co pozwoli doczołgać się do dziecka, coś, czego nie żal, kiedy dziecko po jedzeniu zdołało doczołgać się do matki i tym podobne praktyczne rzeczy.

matka składa się też w dużej mierze ze skóry. wcześniej matka miała biust, brzuszek i pośladki, części te zostały - wciąż mam ogromną nadzieję, że nie trwale - zastąpione skórą. skórę z biustu matka upycha w stanik. skórę z pośladków - w majtki, skórę z brzucha matka próbuje upchnąć w spodnie, lecz pod spodniami majtki, a tam już są pośladki. tak więc matka coś tam upchnie, ale raczej niedbale. no i dobrze, bo po tej skórze taki sześcio- czy ośmiomiesięczniak wspaniale uczy się siadać. matka sobie leży wygodnie o samej piątej rano, a dziecko świergocząc miłośnie ściska małą piąstką mięciutką mamunię i podciąga się do siadu. ach, jak uroczo, tylko nie rób zdjęć.

matka składa się bólu brzucha. z opadających powiek. z przetłuszczonych włosów. ogryzionych skórek. nieogolonych nóg.

i z serca.
a ja to nawet z dwóch.




środa, 8 października 2014

mój latawiec.

kiedyś kominek napisał tekst. niby o latawcu. ale nie o latawcu. 
przeczytałam.
już dawno.
a teraz chcę wypuścić mój latawiec.

byłam małą dziewczynką. tak małą, że najmniejszą w klasie. małą, zapadnięta w sobie. małą, bez wiary w siebie. we wszystko.

z mamą, której nie było. była, ale jej nie było.

nie wiem ile razy płakałam. łatwiej byłoby policzyć ile razy nie płakałam. tęskniłam. za mamą. jak tylko mała dziewczynka może tęsknić.

patrzyłam na nią i tęskniłam za nią.

nie umiałam przez wiele, wiele lat spojrzeć na nią jak na mamę. 

miałam czerwone rajtuzy ze stilonu, które były za duże. musiałam sobie zrobić dziurę i ściągnąć gumkę. miałam potargane włosy i krzywo uczesaną kitkę tam, gdzie dosięgałam ręką. miałam chleb z masłem i z jabłkiem, kiedy byłam głodna, bo to umiałam sobie zrobić. miałam ogryzione paznokcie i żal. żalu miałam dużo.

oj, dużo.

miałam mamę. której nie chciałam przytulić, której nie umiałam wybaczyć, której - teraz to wiem - było ciężko. ale miałam. miałam.

mój latawiec wysyłam teraz.

kiedy patrzę na moje jedyne z nią zdjęcie, kiedy mam dwa lata i bliznę na czole, kiedy przytula mnie jak ja swoje córki, kiedy patrzy na mnie z dumą i z miłością. kiedy i ja z miłością mogę na nią spojrzeć.

teraz ja wysyłam latawiec do ciebie, mamo.

dziękuję, że mnie tuliłaś, żałuję, że tego nie pamiętam.
dziękuję, że mi śpiewałaś, żałuję, że pamiętam tak mało.
dziękuję, że mi mówiłaś wiersze, żałuję, że nie potrafię ich powtórzyć.
dziękuję, że mnie kochałaś.
dziękuję, że urodziłaś.

mamo, masz wspaniałe dzieci. 
mamo, masz wspaniałe wnuki.

patrz na nas życzliwie.

dziękuję.


niedziela, 28 września 2014

kiedy podróżuję w czasie...

...widzę to tak.

jesteśmy dobrze ubrane, uczesane, nie ważne dobrze czy źle, po prostu uczesane. ja mam zadbane, dobrze obcięte włosy. dziewczynki tak samo. w co się ubrałam? jakoś zwiewnie. może i nawet odważyłam się na długą spódnicę. może być brudno-niebieska. albo nie, nie brudno. widzę to już w czystości. 

dziewczynki trzymają mnie za ręce. za wypielęgnowane dłonie. takie z manikiurem, takie nieszorstkie. na nadgarstkach grzechoczą mi subtelne, ładne bransoletki zgrywające się w elegancką całość ze strojem. do tej spódnicy włożyłam obcisłą koszulkę, zwykłą, bawełnianą, bo jest piękne, ciepłe lato. koszulka przylega do mojego płaskiego brzucha, piersi są jędrne, małe jak zwykle, ale jędrne. znów. 

brak rękawa przy koszulce zgrabnie podkreśla mój wyćwiczony biceps i subtelny rysunek tricepsa. coś mam na szyi. chyba bursztyny. lekkie, nienachalne. tak, bursztyny, wszak jesteśmy nad morzem. 

dzieci zagadkowo zerkają jedno w wodę, drugie w ziemię. moje dwa kochane żywioły. 

wiadomo, że jeszcze przed chwilą rozmawiałyśmy, albo już za chwilę porozmawiamy o czymś ważnym. 

powiemy sobie jakieś sekrety. 

przekażę im prawdę o życiu, taką miłą, ciepłą, spokojnym, stonowanym głosem. 

ustalimy wspólnie coś trudnego, ale pięknego. na przykład, że jedna wyjedzie grać na wiolonczeli do - być może - wiednia, druga, że zdecydowała się na to malarstwo w barcelonie. 

ja przytaknę im szczęśliwa, w zgodzie ze sobą, pełna poczucia bezpieczeństwa o nie, bo przecież dobrze je wychowałam. 

"jeszcze kilka lat, moje kochane" - tak im powiem uśmiechając się spod zmarszczek. tych, które ukochałam - kurzych łapek, tych od uśmiechu wokół ust.

ojciec jedyny robi to zdjęcie. 

jest uroczo kiczowaty zachód słońca. widać nasze szczęśliwe cienie. pstryknie fotkę i nas dogoni. przytuli mnie, pocałuje w szyję, dziewczyny poterpie po włosach, one się żachną 'tato!' i się roześmieją.

tak sobie będziemy spokojnie iść po piachu.
kiedyś.

na razie z tego wszystkiego jest dużo piachu.
a większość pod moimi powiekami.

czwartek, 18 września 2014

jestem piękny i puszysty, ojcem moim ratler bystry.

lubię zwierzątka. mam dwa kotki, chciałabym pieska. niemniej wiem, że na pieska sobie pozwolić nie mogę, gdyż pieska bym chciała rasowego, ale po pierwsze za dużo mnie w domu nie ma, a po drugie, dla siebie zbytnio czasu nie mam, a co dopiero dla pieska. 

ale zwierzątka lubię. moje dzieci też. chodzimy sobie do mini zoo, karmimy zwierzęta chrupkami albo owsem z automatu za złotówkę, głaszczemy co można, a czego nie można - podziwiamy z daleka. od dawien dawna natasza zwierzęta uwielbia, odróżnia geparda od pantery śnieżnej, wie kto mieszka w amazonii, a kto w serengeti.

pewnie kiedyś nadejdzie dzień, że zachcą pieska, ale jeśli będą na tyle kumate, żeby skonstruować taką prośbę, będą również na tyle kumate, żeby zrozumieć ogrom obowiązku, jaki się z tym wiąże, a jakim obarczę ich cudne okrąglutkie łebki.

z natury jestem wkurwiak. choleryk. emocjonalny wezuwiusz. homo nerwus. do szału mnie doprowadza głupota ludzka.

i dziś biegam sobie z córeczkami po placu zabaw, natasza uczy się zwisać z trzepaka, uczy się też wykonać dobry skok na glebę z tegoż, zoja dręczy konia na sprężynie. obie huśtają się na "koniku" tłukąc tyłkami w opony wkopane do połowy w ziemię i nie słuchając mnie, że brody wtedy z daleka od poręczy, bo sobie języki przytniecie. okupujemy także dwie huśtawki, na jednej natasza uczy się techniki samodzielnego huśtania i robi na odwrót, kiedy pokrzykuję "nogi w przód, plecy w tył", "nogi w tył, plecy w przód". obok zojka próbuje wyleźć z huśtawki krzesełkowej. wszystko w sielskiej atmosferze końca lata, pachnących sosenek i świerków, plonów z pobliskich ogródków działkowych. zoja zbiera szyszki, natasza ją rzuca żołędziami, normalne wyjście na plac zabaw.

aż tu nagle, a jakże.
w pewnym momencie kątem oka widzę, jak zojka sięga po coś. po coś nieznanego, po coś ciekawego, po coś niezwykle zajmującego. ponieważ przed chwilą znalazła i roztarła na sobie jakiś owoc wściekle czerwony, wzrok mam wytężony, żeby nie zeżarła czegoś, co jej zaszkodzić może.
jednym susem przyskakuję do niej i w ostatniej chwili odciągam ją od psiego gówna.
kurwa.

wystosowałam od razu na swoim fejsbuczku, jak pewnie większość czytała, króciutki tekścik, zapraszam, by się zapoznać.

nie wiem kto i dlaczego pozwala srać swojemu psu na placu zabaw. jakim imbecylem trzeba być, żeby wyprowadzać tam psa? co: sam ciągnął, a trawka taka ładna? i zadbane? i ławeczki? i te dzieci tak wesoło się bawią, no naprawdę, jakoś tak miło? no, miło, do zesrania.

jeśli już, właścicielu psa, zaprowadziłeś swojego pupila, żeby się wysrał na trawie albo w piaskownicy, gdzie siedzą dzieci, to chociaż po nim posprzątaj, brudasie. wiem, że nikt, kto nie sprząta po psie tego nie przeczyta, bo tu zaglądają ludzie inteligentni i na poziomie, ale muszę to wykrzyczeć, bo mi się jeszcze ręce trzęsą. 

weź się jeden z drugim zastanów, bo jak cię spotkam, jak srasz psem na placu zabaw, to cię chwycę za ryj i w tym gównie ci ten ryj umaczam, tak samo, jak pewnie ty uczyłeś swojego psa nie srać w domu.
kurwa!

a może to ja źle robię? może skoro zojka tak lgnie do nieznanego, to w ramach poznawania świata jutro powinnam pozbierać różne psie kupy, niech się dziecko wybawi do syta?
wrrrr!

poniedziałek, 15 września 2014

włos się jeży.

był taki moment w moim naonczas krótkim żywocie, że parałam się dwukrotnie pracą na bazarze. raz na granicy polsko-niemieckiej, a raz we stolycy państwa polskiego warszawie. ale nie że po razie, tylko po jednym okresie w życiu tu i tu. raz nosiłam pseudonim artystyczny 'ciasteczko', a raz 'sreberko'. nietrudno więc się domyślić czym handlowałam byłam, jednakowoż napiszę dla uściślenia, iż ciastkami i srebrem. a to niespodzianka. 

w przypadku pierwszym wyglądało to tak, że byłam szczylówą w liceum, kuzynostwo z braterstwem wymyśliło zaś jeden z interesów życia. mianowicie namówiło jedną z matek na pieczenie po nocach ciastek francuskich, babcię na uszycie fartuchów i szelek, siebie zmobilizowało do pomalowania na biało skrzynek i wstawania o czwartej rano i jechania dużym fiatem bez siedzeń (no bo skrzynki) do łęknicy na bazar, gdzie w rzeczonych paletach umocowanych na rzeczonych szelkach piętrzyło się siedemdziesiąt kilo rzeczonych ciastek na osobę. ja do tej pory mam metr sześćdziesiąt, ale dźwigałam te ciastka, woreczki, szczypczyki, złotówki i niemieckie marki, w słońcu, mrozie, deszczu i innych okolicznościach przyrody. a także we wszędobylskim didodede, didodede aj dont hew noł tajm for noł manki biznes. jest co wspominać. wmawialiśmy ludziom, że ciastko ma pół kalorii, więc można zjeść cztery, to będzie jak jeden tik-tak, na koniec dnia z umiłowaniem wymienialiśmy się resztą towaru z tymi, co sprzedawali ogórki kiszone (no bo ile ciastek można w siebie wepchnąć) i uczyliśmy się pić spirytus bez zapijania. ja się uczyłam, bo być może chłopaki już umiały. komenda była krótka: "ej, ciasteczko, chodź no tu" i wiadomo było, że idę po przygodę, a być może nawet i naukę. 

epizod warszawski był na pozór bardziej zorganizowany, można nawet rzec, że ekskluzywny, ponieważ z moim ówczesnym chłopcem (tak, tak, był ktoś przed ojcem jedynym) sprzedawaliśmy srebro. jechaliśmy na stadion, ten sam stadion, który zepsuli, bo teraz grają na nim w piłkę, kupowaliśmy taniej, sprzedawaliśmy drożej, ot, takie szczwane lisy. biżuteria była różna. tania, droga, ładna, brzydka, niekoniecznie w takich parach. tam wódki nie piłam, z nikim się na nic nie wymieniałam, ale nomenklatura obowiązuje, tak więc byłam 'sreberko'. zgrabiałymi rękami zimą wyciągałam malutkie kolczyki ze stojaków i takież same pierścionki. ach, urocze.

i tym przydługim wstępem wreszcie dochodzę do konkretu. otóż. na bazarach używa się liczby pojedynczej. pieczarka dzisiaj po ile? a w jakiej cenie banan? ziemniak jak stoi?

idąc dalej, matka jedyna ma włos.

no i to właśnie niekoniecznie jeden, ale i nie kilo. matka jedyna ma więcej, ale wygląda jak jeden. i ten jeden sobie matka lubi zaczesać jakoś chytrze. albowiem włos matki zdradliwym zdrajcą jest. tłustym, a lichym. chciałoby się powiedzieć, że na głowie matka staje, żeby nie było widać, ale to nieprawda jest, bo gdybym stawała na głowie, to miałabym przyklep totalny i to na płasko. jakoś półkula czaszki matki jedynej z tyłu też jest nie do końca okrągła, co z nazwy jednak powinno obowiązywać. oszukano mnie. dziś nawet matka jedyna chciała pójść za nauką dziecka starszego i wyrżnąć potylicą o jakiś kant, żeby się zaokrągliło, wówczas może ten włos by jakoś leżał. to znaczy właśnie nie leżał, może by się uniósł jakoś. a włos jest przyklapnięty jak uszko uszatka.

fryzjer matki dwoi się i troi, żeby matka zadowolona była (prawda?), no i zazwyczaj jest. czasami nawet matce się wydaje, że oho, włos dłużej wydawał się nie zwisać smętnie niż dwie godziny po myciu. może nawet dwie piętnaście.

matka się nie poddaje. wypróbowała już wszystkiego, przeczytała na temat wszystko i nadal się mizia po łbie z nadzieją, że coś wreszcie zadziała. smarowała się pachnącym, śmierdzącym, naturalnym, chemicznym, tanim, drogim. nic nie działa. dokonywała matka nawet szalonych połączeń drogie i śmierdzi oraz tanie i pachnie, bierze matka swój włos pod włos, a on nic. 
ale ja będę walczyć.
tak więc jak tylko widzę coś "do włosów z tendencją do przetłuszczania się", to kupuję bezwarunkowo. niedawno nabyłam drogą kupna szampon-maskę (!) do takiej koafiury i zastosowałam. smarując sobie czerep tłustą mazią nie wróżyłam sukcesu specyfikowi ani kłakom, bo jak można rozetrzeć sobie wosk na tłuszczu i oczekiwać że będzie sucho? błyszcząco może i owszem, ale sucho? że co, minus i minus dają plus? kręciłam z niedowierzaniem czerepem na boki i to chyba zadziałało, bo kłak jakby mniej tłusty! tu cię mam, psubratku! - pomyślałam i wielce zadziwiona funkcjonowałam jak dawniej biegając z ozorem przy ziemi.

kłak dał się przechytrzyć na trzy godziny. i to raz.

jutro się natrę purem balsamem, a poprawię fery ultra. może to zadziała. na brudne gary działa, to może na mój też?