środa, 20 lipca 2016

mój patriotyzm.

nie jestem politykiem, ani dyplomatą. muszę jedynie wspólnie z mężem kierować budżetem domowym, reprezentować swoją rodzinę, żyć tak, żeby patrzeć w oczy dzieciom z godnością, ucząc jej jednocześnie.

nie jestem ekonomistą, muszę zerkając na konto zrobić tak, żeby wystarczyło na chleb, ziemniaki, mąkę niezależnie od tego jak bardzo zajebisty ekonomista rządzi tym krajem.

nie jestem matematycznym omnibusem, moja dusza raczej krąży wokół humanistyki, niż wiedzy ścisłej, choć swego czasu wygrywałam olimpiady z fizyki, a moim dziadkiem był genialny matematyk, ale oprócz tego, że skończyłam polonistykę, skończyłam również mat-fiz i wiem, że za prąd, wodę i gaz trzeba zapłacić i ile. wiem, że 500 plus dla naszych dzieci teraz, będzie dla nich  
jakieś 20 000 minus, kiedy będą wybierały profile swoich szkół.

nie jestem wybitnym specjalistą w żadnej dziedzinie, ale często bywam w warzywniaku i wiem, że pietruszka kosztuje 9,50. wiem, że żeby moje dziecko się dobrze czuło, musi jeść chleb droższy, niż najtańszy.

nie jestem wykwalifikowaną kadrą rządzącą, nie mnie zajmować się budżetem państwa, nie mam wiedzy, żeby decydować o czymś tak wielkim, jak pieniądze kraju, ale wiem, że pielęgniarki, które strajkowały w centrum zdrowia dziecka odeszły od łóżek pacjentów. widziałam tych pacjentów. widziałam ich powykrzywiane główki, nóżki, pompy wiszące zewsząd, kable wspomagające życie, worki na siku i kupę, a także odrastające włosy, puste szczęki, bo zęby wypadły, specjalistyczne kamizelki, buty, z dwudziestotrzyprocentowym watem. widziałam dzieci w piżamach, rajtuzach, chustkach na głowach, perukach, dresach, sukienkach, spodniach, kapciach tanich i drogich, butach kolorowych i szarych, jak twarze i oczy rodziców tkwiących przy tych dzieciach. myślących co kupić, kiedy, a także o tym, z czego mogę zrezygnować, żeby dziecku sprawić radość w chuj niewygodnymi bucikami z plastiku, świecącymi i grającymi, na widok których dziecku pierwszy raz od dawna rozbłysły oczy.

widziałam zmęczone matki, wyprutych ojców, porzucone noworodki z amputowanym okiem, płaczące, bez mamy, widziałam ojców odchodzących od szarych matek tych dzieci, ze słowami: "nie dam rady", widziałam wymiotujące dzieci, sine, z torsjami, w ramionach matek, ojców i tych pielęgniarek, o których przed chwilą napisałam, myślałam, że nigdy już ich nie zobaczę, a jednak buciki kilka dni później świeciły w ciemnościach szpitalnego korytarza.

widziałam w tym szpitalu snujące się matki jedzące suchy chleb z czyjegoś śniadania, bo nie miały pieniędzy na nic innego, którym słowo "praca" majaczyło jak jakiś jebany eden.

widziałam o wiele więcej. widziałam ludzi grzebiących w śmieciach w poszukiwaniu jedzenia, widziałam niewidomą staruszkę zbierającą w parku żołędzie i pytającą innej staruszki czy to co zebrała jest jadalne.

co dzień widuję młodzież w zbyt krótkich spodniach, z których wyrosła, ale rodzice nie kupują im nowych, bo i tak do szkoły trzeba będzie kupić.

widziałam umierających ludzi, którzy nie zdążyli z wizytą na nfz.

nie jestem żadną wyrocznią, żadnym specjalistą, żadną wyedukowaną personą. jestem kobietą, jestem matką, jestem człowiekiem, jestem polką.

i brzydzę się rządzącymi swojego kraju.

prezes nie ma dzieci, umrze i chuj. a moje dzieci będą żyły w tej rozjebce, spłacały pomysły rządu, chyba że zawczasu im poradzę, by się stąd zwijały.

jak to możliwe, że robert biedroń zwalnia rzecznika, bo sam da radę, nie przywłaszcza sobie jego poborów, tylko rzeczowo, z godnością i dystansem do siebie pełni swoją funkcję, a banda w moim odczuciu intelektualnych karłów, która za pięćset złotych kupiła głupszą część narodu chce okraść nas na naszych oczach, a my możemy tylko z wkurwa opluć telewizor i wyłączyć internet?

szanowni państwo posłowie, przejdźcie się wy po ziemi, po polskiej ziemi, z której jesteście tacy dumni, po tych dziurawych ulicach, zasranych chodnikach, śmierdzących bramach, zatęchłych przystankach, popatrzcie na żebrzących ludzi, na starsze osoby u lekarza, na głodne dzieci, idźcie sobie do jakiegokolwiek szpitala, powąchajcie zepsutą krew w obdrapanych murach, spróbujcie ich posiłków, postójcie na nogach kilka godzin bez waszych drogich, pięknych garniturów, garsonek i broszek. 

a potem oddajcie nasze, kurwa, pieniądze.

środa, 13 lipca 2016

to nic.

znowu gównoburza.
znowu wrzuciłam granat do szamba.
znowu mam swoje zdanie.

pytania: po co?
no: po co?

kiedyś miron białoszewski napisał "wywód jestem'u". kończył się tak: "każdy jest dla siebie najważniejszy, bo jak się na siebie nie godzi to i tak taki jest się jaki jest".

to mój manifest. zwłaszcza, że zaczyna się od "jestem sobie jestem głupi".

zamieściłam w instagramie zdjęcie, na którym jestem zmęczona, rozczochrana, zasmucona, niewypoczęta, niepomalowana. już nieważne, że tego dnia przebiegłam kilka kilometrów w dresie i w upale dla własnego fanu, a potem kilka kilometrów w dżinsach, trampkach i upale dla fanu dzieci. 

to nic, że zbudowałam sto babek z piasku, które na niby zjadłam. to nic, że huśtałam, wkładałam do huśtawki, wyciągałam, kręciłam na karuzeli z atrakcjami pokrzykując zdania typu: wszyscy pasażerowie lecący na planetę saturn proszeni są o zajmowanie miejsc, ustawianie foteli w pozycji pionowej i zamknięcie stolików. to nic, że najpierw kasowałam ulgowe i normalne z mleczy i puszków. 

to nic, że zatykałam dzieciom uszy, kiedy ukraińscy budowlańcy rzucali wiąchy na prawo i lewo z gatunku takich, co ich w myśli się czasem nie odważę wypowiedzieć, a nie przy dzieciach to raczej klnę. 

to nic, że zrobiłam w międzyczasie zupę i drugie. to nic, że się poparzyłam, a dziecko płakało, że tym samym zmarnowałam bułkę tartą, więc ono nie zje kalafiora. to nic, że wstałam o 5:40 dodatkowo wstając do dzieci kilka razy w nocy, ostatecznie kapitulując nad ranem po płaczliwych negocjacjach, że nie będą spały u siebie. 

to nic, że wstawiłam i wywiesiłam dwa prania i poskładałam, że poszłam z dziećmi do warzywniaka, że dzieci wyły, nie płakały, wyły przez cały dzień z powodów każdych. to nic, że przebrałam je ze dwanaście razy i nadal coś było nie tak. to nic, że rysowałam triceratopsa, choć nie umiem i dżungaripterusa, choć nie wiem jak wygląda, co też wywołało morze łez. 

to nic, że padam na ryj, mam dość, chce mi się wyć, a w międzyczasie byłam na budowie i trochę obkleiłam okna, to nic, że zamiast wybrać kafelki biegałam za dziećmi i łapałam w locie te, które strącały, bo chciały się do nich przytulać. to nic, że wszystkie rękawy mam do kolan, podobnie ręce. to nic, że czystych butów nie miałam na nogach od pięciu lat, że cały czas muszę gdzieś podbiegać, kogoś złapać, przynieść, wysikać, umyć ręce. 

to nic, że wiecznie ścieram masło z rąk, piasek z tyłka, włosy z oczu, czeszę zylion razy dziennie na półtorej minuty. to nic. w międzyczasie próbuję gdzieś zadzwonić, na czymś poleżeć, coś przeczytać (innego niż atlas dinozaurów, encyklopedia świata, dzikie zwierzęta czy kopciuszek), zrobić siku i nie poparzyć się herbatą. 

nie miałam pomalowanych rzęs. zła, zła matka.

niedziela, 3 lipca 2016

znowu te liczby. znowu trzy.

byłam jedenasty dzień na patologii ciąży. mój ginekolog wyjechał na wczasy i zalecił mi, bym przyszła do szpitala, by mieć opiekę, zwłaszcza że do szpitala miałam 60 kilometrów, w domu dwulatkę pod specjalnym nadzorem i bałam się czekać do ostatniej chwili. ponieważ miałam założony pessar na skróconą szyjkę macicy, byłam pewna, że urodzę przed czasem, szybko i byłam pełna nadziei, że bezboleśnie. to ostatnie było akurat głupie, przecież miałam jeden poród za sobą i wiedziałam, że to boli. jednak nadzieja umiera ostatnia. bo pierwsza umiera z bólu rodząca matka. o dziwo, tego naprawdę nie pamiętam. pamiętam, że bolało, ale oprócz tego, że w chuj, to nie pamiętam jak.
byłam zatem jedenasty dzień w nowiuśkim szpitalu, w którym ściany nie przesiąknęły jeszcze ani krwią, ani smółką, ani potem, który po wszystkim cieknie mamom, położnym i lekarzom. ojcom, oczywiście, również. z przejęcia, strachu, chęci pomocy i przerażenia, do tego stopnia, że z rąk wyślizgiwały się nożyczki mocujące się z twardą, grubą, jakby gumową pępowiną.

nie było mi źle. skurczów nie czułam, czatowałam na trakcie porodowym i wszystkim rodzącym gratulowałam, a tym, które jeszcze miały siłę na żarty, mówiłam, że halo, jest kolejka, ja tu byłam pierwsza i teraz ja rodzę, proszę się wstrzymać. wszyscy się ze mnie śmiali, że dostanę kawałek czerwonego dywanu, plastikowe kwiaty i pół etatu w służbie zdrowia, będę rozwijać dywan przed matkami wyjeżdżającymi na wózkach z porodówki, wręczać kwiaty, na końcu odbierać bukiet i zwijać dywan. pokusiłabym się również o sypanie kwiatów i trzaskanie pamiątkowych fot, ale nie każdej kobiecie do twarzy w sinoczerwonym zabarwieniu, sklejonych rzęsach, czy pękniętych w oczach żyłkach. za to każdej do twarzy z tym blaskiem, który wyziera zza całej sylwetki, mimo, że część tej sylwetki piecze, część boli, część krwawi, część się obkurcza, a część tryska mlekiem.

trzy razy wywoływano mi poród oksytocyną, bo już naprawdę nudziło mi się w szpitalu, moje starsze dziecię przyjeżdżało co dzień i prosiło, żebym urodziła już to dziecko, bo jej w ogóle na ręce nie biorę. nic z tego. przeszłam sto pięter w górę i w dół, przeszłam cały sulechów z północy na południe i ze wschodu na zachód i nic.
jak nic, to nic - powiedziała renia, moja cudowna położna - czekamy, ona wie kiedy przyjść.

i czekałam.

ten dzień nadszedł. noc nawet. wiedziałam, że to już. wiedziałam, że renia ma dyżur i nie będę musiała po nią dzwonić, wszystko zaczęło się dobrze składać, zwłaszcza ja. w okolicach piątoszóstej poszłam do reni. "chyba już" - mówię.

dzień wcześniej ojciec jedyny był z nataszą tam i z powrotem na chemii w warszawie. bardzo nie chciałam rodzić sama, ale wiedziałam też, że każdy miał swoje zadanie do wykonania. wrócili w nocy, tej nocy. 
nauczona doświadczeniem wiedziałam, że mąż mój zdąży się wyspać, zawieźć naszą starszą córę do babci, przyjechać, potrzymać mnie za rękę, a ja nadal będę w dwupaku. tymczasem o siódmej odeszły mi wody i renia powiedziała: "dzwoń po bartka, bo nie zdąży".
zadzwoniłam.

wręczył śpiące dziecko w piżamie babci w szlafroku pod blokiem i popędził do mnie.
zojka była w gotowości. wtedy było mi cholernie źle. cholernie chciało mi się spać. nataszę urodziłam na podłodze, nie dotykając ani razu łóżka. z zoją wdrapałam się na łóżko i chciałam spać. nie udało mi się wdrapać całkiem, głowa zwisała mi smętnie z boku, a z głowy równie smętnie sączyła się ślina. skurcze miałam rzadko, ale za to bardzo bolesne. renia spytała czy mi poprawić głowę. nie. czy mnie przykryć. tak. czy mnie odkryć. tak. czy mnie znowu przykryć. tak. czy mi wytrzeć twarz. nie. patrzyła na ekrany, mierzyła co trzeba, kazała spać, kiedy chciałam spać. po kilku obrotach powiedziała do mnie: "już wiem. ona jest zawinięta w pępowinę. jak masz skurcz, to jej spada tętno, a jak śpisz, to wraca do siebie. powiem ci, kiedy ją wyprzesz".

zojka się pcha, ojciec jedyny pędzi, ja wiszę szepcząc: nie mogę, renia ratuj, renia mnie uspokaja, prowadzi suchą nogą na drugi brzeg rzeki i nagle mówi: "nie idzie, czeka na tatę". "zoja, zlituj się, błagam" - myślę ja. nie. akcja stop. wchodzi tata. tulą się z renią, oglądają aparat fotograficzny z dyżurnym lekarzem, mam jeszcze siłę powiedzieć z półuśmiechem: "hej, tu się rodzi" i wtedy renia mówi: "idzie, przyj". przy spadku tętna każe mi wyprzeć zojkę, w ułamku sekundy odwija ją z pępowiny i tętno natychmiast wraca do normy.

piętnaście minut później sina, ale z blaskiem jadę z zawiniątkiem na swoją salę. po południu przyjeżdża natasza, patrzy na zawiniątko i mówi: "ach, to ty".
dopiero wtedy płaczę wzruszona.

dziś, dokładnie trzy lata później, patrzę na obie jak grają z tatą w bilard i łza jakoś sama płynie.

udanego życia, zoju.

niedziela, 19 czerwca 2016

sześć.

mój dziadek dorek miał wszystko policzone. wydawało mi się, że jako humanistka nigdy nie będę niczego liczyć, z wyjątkiem sprawdzania sylab w trzynastozgłoskowcu z nadzieją, że może się jednak pan mickiewicz gdzieś jebnął. tudzież odnajdywania stopy metrycznej typu trochej, daktyl i jamb, chociaż to raczej bez zrozumienia.

tymczasem dzisiaj mamy sześć. lat. po ślubie.
z ojcem jedynym. to jest rocznica, o której zdarza nam się zapomnieć, albowiem prapoczątek jest bardziej pra, niż sześć. prapoczątek jest piętnaście. i tu jest co celebrować. niemniej nie celebrujemy szalenie.

albowiem zdarza nam się celebrować środy, piątki oraz pół godziny w porcie nad odrą w samotności. zdarza nam się celebrować ciepły wieczór pod kocem, pieczątkę urzedową przybitą nieoczekiwanie oraz gwałtowne i nieplanowane wybiegnięcie na nowych iksmenów w trzy de.

tym razem jesteśmy wszyscy na wyjeździe u rodziny, a o rocznicy przypomniał mi fejsbuczek.
na chwilę przed tym, jak złapałam w garść najmłodsze wymiocinki spowodowane nie wiadomo czym, całkiem możliwe, że emocjami po ujrzeniu szwów nad oczodołem i towarzyszącym im skrzepom krwi starszej siostry.

na swoim blogu i swoim profilu fb jestem gwiazdą. błyszczę to blaskiem chwały i sławy, to sukcesu, to łzami, to kropelkami potu zraszającymi miejsce po wąsie, o którym już należałoby sobie przypomnieć lub zwykłym potem, co to po dupie cieknie. od drapania się w dupę z powodu, że nie wiadomo naprawdę w co ręce wsadzić, rozciera się go na zmęczonej twarzy. więc zawsze błyszczę.

ja i ja. u mnie. ze mną. we mnie. myślę, czuję, wiem, nie wiem. ja.

tymczasem obok mnie zawsze stoi on. mój mąż. ojciec jedyny naszych dzieci. miłość, której tak w życiu pragnęłam. opoka. skała. kwiat lotosu na tafli jeziora. ramię w ramię. na dobre i na złe. moje 'tak'. pewność i niepewność. szacunek i troska. mężczyzna.

gdyby moje serce miało kształt polski, to mój ukochany byłby helem. najpiękniejszym miejscem, z niezwykłymi chmurami, głową owianą orzeźwiającym wiatrem, żółtymi drobinkami piasku w butach, o których się nie zapomina, niczym niegraniczoną przestrzenią z każdej strony. wolnością.

kocham.
i sześć.

wtorek, 31 maja 2016

zabiegana.

pojechałam do przyjaciółki, która bardzo jest zabawna. bardzo. najśmieszniejszy człowiek na świecie. 
byłam przekonana, że przesiedzę na krześle/kanapie/fotelu półtora dnia oraz że raczej uronię łzę, niż zerwę się z krzesła/kanapy/fotela, by wypluć łyk zielonej herbaty z ananasem (czy cokolwiek innego) ze śmiechu.
nie umiem się śmiać. boli. bolało. zabolało. śmiałam się, a jakże, wyplułam herbatę. nigdy w życiu śmiech mnie tak nie bolał. zapomniałam jak się śmiać, mój organizm charczał, połykałam śmiech i metaliczny posmak dobrej zabawy, prawie zwracając go za chwilę. głowa pierwszy raz nie szła mi w górę, tylko w dół ze śmiechu. kładłam ją na stole i śmiałam się. obcy dźwięk mojego własnego rechotu. płytki oddech plus krztuszenie. nie mogłam przestać się śmiać, ani nie mogłam utrzymać własnej głowy. bardzo mnie to bolało. w głowę, w gardło i w serce. 

dzięki temu okazało się, że jeszcze mam głowę, gardło i serce.
przyjaciółkę znam mnóstwo lat, przeżyłyśmy razem setki historii i aż dziw, że tej jednej nie znałam. historia nie ma znaczenia teraz, nie opowiem jej, bo boję się, że znów się roześmieję, a jeszcze nie umiem.

na razie płaczę profesjonalnie. profesjonalnie drżę i zupełnie nieprofesjonalnie nie potrafię tego skryć.

pękam przez telefon i bez niego. ciężkie dni wypełnione jeszcze cięższym niczym. pierwszy raz w życiu pustka waży tonę. a ja tonę. w takim momencie dzwonię do ojca jedynego, zachłystuję się pustką, tylko on jest w stanie mi podać pomocne słowo, kiedy tak bardzo się szamoczę. nie odbiera. powoli osuwam się w czarną wodę, przestaję walczyć, podejmuję ostatnią próbę. brat.

"biegnij" mówi. wystawiam głowę ponad. jak boja. nadal mam boja. ale ciągle jestem. dryfuję.

wiszę nad kolacją, nad plastrem wędliny sojowej i seropodobnym wyrobem w kolorze żółtopodobnym. dziobię widelcem moje substytuty jedzenia z pomidorem.

"idę pobiegać" mówię.

biegnę. zwykle nie biegam. po czterystu metrach, podczas których prawdopodobnie mam zawał, świąd jestestwa, zapaść, zanik mięśni i obite uda od miarowo klepiących w nie pośladków, okazuje się, że mogę biec ile chcę. 
im bardziej jednostajnie biegnę, tym bardziej ubijam watę z mojej głowy, wata przemieszcza się w kierunku, skąd mogę ją wydalić. czy jeśli ją wydalę - zniknie? biegnę.

postanawiam dotykać dłońmi liści. tam jest życie. nad moją głową jest życie, wystarczy podskoczyć. 

to, co wypłakałam w ostatnim czasie, w postaci deszczu wpada do moich otwartych ust.
krople chcą zamknąć mi powieki.
jeszcze nie.
tamte nie zamknęły, te też nie dadzą rady.

biegnę.
jeszcze dokądś dobiegnę.

wtorek, 17 maja 2016

wszechogarniający bezwład.

coś myślę. powiedziałabym nawet, jednak zanim otworzę usta, dopada mnie myśl, że nie ma sensu. dyskutuję sama ze sobą. zawsze byłam o krok do przodu, teraz jestem dwa.

zwiędłam.

jak tam? co tam? 

e.
ee.
eee.

koniec wydobycia. słaby ze mnie górnik. im bardziej kopię w sobie, tym więcej wykopuję e.

chce mi się i nie chce.

jestem jak szermierz z paraliżem. niedowładem. udarem lewej strony.
idę walczyć, w prawej ręce dzierżę szpadę, ale powłóczę lewą nogą. lewa ręka zwisa bez życia. ani gardy, ani pomocy. tu z prawej niby coś tam napierdalam, wymachuję szabelką, nawet czasami uda mi się podskoczyć. prawą stroną twarzy coś wyrażam, zdarza się coś niewyraźnie wyartykułować z prawego kącika ust. 

lewa strona nie żyje. nie czuje. nie działa. stagnacja. noga nie idzie, ręka nie głaszcze, nie czesze, nie łaskocze. ani nie walczy, ani nie broni. lewe oko jest matowe, lewy kącik ust opadł jak moje siły.

prawa strona jeszcze trochę chce. 

prawa ręka łapie za lewą, ustawia ją tak, by osłaniała serce. ale jak nadejdzie cios, to ani ta ciężka nie obroni, ani ta lekka nie odeprze. to nie ma sensu. więcej siły potrzeba, by utrzymać bezwład lewej, niż opuścić prawą z rezygnacją. rozpaczliwy taniec zombie. tani horror. 

lewą stroną tak bardzo haczę o życie, zakotwiczyłam się w glinie, nie mogę wyjść, zwłaszcza, że muszę się ciągnąć. kalosz na zimnej nodze zapada się w lepką czerń, którą prawe oko chce widzieć jako żyzną ziemię. obie półkule myślą, że to bzdura.

jak to się dzieje, że jeszcze stoję?
nie wiem. 

środa, 4 maja 2016

piękna.

chcę sobie kupić buty.
takie, że do spódnicy, choć musiałabym prawdopodobnie i spódnicę kupić, ale na razie buty. na co dzień, ale nie że sportowe, to znaczy trochę sportowe, ale jednak takie też trochę neutralne.
no i czarne. rzadko miewam czarne buty.

nie mam ciśnienia, ale jak stałoby się tak, że są, to chciałabym je kupić.
stopę mam w rozmiarze dziecięcym oraz okrągłą. że w bok tyle samo co wzdłuż. szeroką w sensie.
no i halluks w toku. 

buty muszą być płaskie i wygodne oraz czarne. nie sportowe, ale i nie eleganckie, skórzane, takie, że jak na nie spojrzę, to powiem "o".

idę sobie ulicą, patrzę - sklep, wchodzę. buty. łażę, odpycham się oczami, miną, a w końcu słowem od "może w czymś pomóc". zawsze w ten sam sposób odpowiadam, czuję się skrępowana tym, że ktoś za mną leci, a także tym, że mam katar i zanim dobędę chusteczki, ciągnie mi się biały lub zielony glut łaskocząc niemożliwie okolice górnej wargi, więc jak rozdziawiam japę, by odpowiedzieć "dziękuję, rozglądam się, jak będzie czegoś trzeba to zawołam", zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że zeżrę gnoja. a nie chcę. ciągnąć nochem też nie chcę, bo to nieeleganckie, a w tych sklepach na ogół ciepło, cicho i pachnie. idealne warunki dla cieknącego gila. wypełza popatrzeć.

no więc weszłam, odgoniłam miłą panią, wydmuchałam nos i sięgnęłam po buty idealne. 
naprawdę ładne. wygodne jak kapcie, własnie takie "o". przechadzam się, myślę, że chyba kupię, że wygodnie, że czy do wszystkich spodni pasują, że spódnicę trzeba będzie zanabyć, miła pani pyta czywygodne, ja żebardzo, ona że w końcu to klarksy, ja że faktycznie oraz a ile kosztują. ona że bardzo wygodne.

wszystko wygodne, poza ceną. zawsze jak mnie na coś nie stać, to mówię, że przyjdę z mężem i zdecydujemy. zdjęłam z żalem, wyszłam.

rozejrzałam się po ulicy i stwierdziłam, że nie może być tak, że buty kosztują czterysta złotych. po prostu nie może. to znaczy może, ale że nie powinno. że są bardzo ładne, a także wygodne, a na mnie jest naprawdę bardzo ciężko kupić buty i że żal mi, ale nie zapłacę tyle pieniędzy za buty.
i że miał to być taki zwyczajny zakup, a nie jest.

pomyślałam, że każdy wciąż coś kupuje: buty, ubrania, torebki, biżuterię po to, żeby ładnie wyglądać. rzeczy.

że każdy wychodząc z domu stara się, by zerknąwszy na siebie w lustrze, poczuć "łał", "nieźle", "dobra", tudzież "no i chuj". nikt patrząc na siebie w lustrze nie chce czuć: "o kurwa, w tym nie wyjdę" i wychodzić.

każdemu z nas zależy, by podkreślać swoje zalety, ukrywać wady, czuć się dobrze, nawet jeśli dziwnie, inaczej, albo przeciwnie: tak jak wszyscy, z katalogu, z żurnala, z reklamy, z wystawy, z ulotki. po prostu dobrze.

no to teraz rozejrzyj się wokół.
każdy. tak, ta baba w skarpetach frotte wciśniętych w sandały też. ta w dekolcie większym niż krater etny też. ten koleś w za krótkich spodniach też. i drwal, co w życiu siekiery nie trzymał oraz wszystkie balerony wbite w legginsy. każdy. wszystkie nakrycia głowy były kupione z myślą "ładne". plastikowe torby, siaty, torebki maści wszelakiej zostały wybrane spośród innych, mniej ładnych.

zatem: po co mi buty za czterysta złotych? we wszystkich będę jednakowo piękna.