poniedziałek, 1 lutego 2016

skąd.

jak się tłumaczy dzieciom, skąd się biorą dzieci, to jest to całkowicie odarte z emocji. czy na przykładzie pszczółek, motyli, czy bardziej, lub mniej fizjologicznie w oparciu o ludzi, to zawsze jest patyk w dziurkę i nasionko. 

a gdzie ten cały hormonalny armageddon z chwili przed?

gdzie to ocieranie się, te powłóczyste spojrzenia, wwąchiwanie się w zapach tej drugiej osoby, gdzie delikatne, bądź mniej, gładzenie swoich ciał, gdzie pojękiwania, gdzie szramy na plecach, podarte gacie, kropelki potu, potargany fryz, gdzie w końcu siniak od futryny na kręgosłupie? 

gdzie kleszcze z trawy/siana, gdzie ukradkowe zerknięcia, gdzie napięcie w oczekiwaniu czy zadzwoni, gdzie nasmarowane balsamem ciała i wyskubane brwi? gdzie psikanie perfumami w spodnie, gdzie fryzjer, mycie zębów, golenie pach, torsów i obsesyjne nerwowe wyduszanie pryszczy na twarzy/plecach na krótko przed?

gdzie przysięgi, szepty, wyładowania atmosferyczne? gdzie zakwasy na języku albo ślady na pośladach? gdzie wstydliwe przymierzanie pozornie erotycznej bielizny, która i tak zostanie skulkowaną niedbale w trymiga? gdzie rozkminy typu: kiedy zdjąć wkładkę higieniczną, bo bez wkładki będzie nieelegancko? kiedy się podmyć, bo przecież sikałam? 

gdzie to wahanie czy ogoliłam dziś nogi i bikini? i pewność, że nie ogoliłam, no i chuj? gdzie strach, że jadłem fasolę i się mogę spierdzieć w ekstazie? gdzie to krępujące kupowanie prezerwatyw, które się nie przydały? gdzie kwiaty, kolacja, wino, spacer, tańce, kto wie, może i nawet narkotyki?

gdzie żarty, poczucie, że właśnie teraz, właśnie on, właśnie ja, zawsze i na zawsze, a przynajmniej dzisiaj? gdzie zapierdalanie z odkurzaczem cały dzień, pucowanie srebrnych sztućców, żeby potem efektownie pierdolnęły z szafki potrącone kozakiem? 

gdzie peeling gruboziarnisty, wydłubywanie wrośniętych włosków, malowanie paznokci, albo w niektórych przypadkach chociaż obcinanie? 

gdzie wiersze, filmy, popcorn, orzeszki, rzewna muzyka? albo techno, gumy do żucia, niepokojące sreberka?

gdzie te wszystkie wyobrażenia, wrażenia, trzęsawki, motyle w brzuchu, a czasem nawet wściekłe trzmiele?

gdzie, wreszcie, ja się pytam - orgazm?

no przecież na początku każdego dziecka stoi (nomen omen) orgazm! 

każdy człowiek zaczął się od przynajmniej jednego orgazmu.

nawet prezes.

niedziela, 31 stycznia 2016

nie wolno.

mam naderwane rękawy, ręce i nogi od wiszenia dzieci na nich. ale nade wszystko mam naderwane poczucie czy robię dobrze.
robię najlepiej, jak umiem. teraz.
być może jutro będę umiała lepiej, lub choćby inaczej, ale to jutro.
dziś już zrobiłam to, co miałam zrobić.
na ten przykład niepotrzebnie podniosłam głos.
potrzebnie podniosłam dzieci do przytulania.
niepotrzebnie przejęłam się, że stłuką kubek.
potrzebnie posprzątałam szkło.
niepotrzebnie nastraszyłam, że wyrzucę zabawki.
potrzebnie nauczyłam sprzątać.
niepotrzebnie zrobiłam rano kanapki.
potrzebnie dobrze się odżywiam zjadając po dzieciach.

przez ostatnich kilkanaście miesięcy co rano daję sobie dosłownie wejść na głowę najmłodszej.
dziś - jak idiotka - powiedziałam, że nie wolno. jak to?

nie wolno bajek w nadmiarze, nie wolno wchodzić na stół, nie wolno wkładać ręki w drzwi, nie wolno skakać po komodach, nie wolno zjadać flamastrów, choćby były nie wiem jak pachnące oraz plasteliny i grzebać całą ręką w maśle. co innego jednym palcem i oblizać. nie wolno psikać sobie do nosa czymkolwiek samodzielnie i nie wolno wkładać sobie patyczków do uszu. nie wolno psuć komuś zabawy, psuć czyjejś pracy, nie wolno rzucać jedzeniem, nie wolno mnie ciągnąć za kłaki, nie wolno nie umyć rąk po przyjściu z dworu, nie wolno wchodzić obcym ludziom do chaty. nie wolno.

wiem, że to wszystko jest na maksa ekscytujące, ale nie wolno.

każdego dnia wynajdę mnóstwo rzeczy, których nie wolno.

co one o mnie myślą? czy ja jestem nie wolno? 
a skoro tyle nie wolno, to może jednak jest coś, co wolno? wolno malować mazakiem po mojej ręce, a co mi tam. wolno wykonywać skok z rozpędu na przytulaka. wolno się schować i wyskoczyć znienacka, bo umiem się bardzo śmiesznie przestraszyć. wolno mnie wołać po nocy, bo zawsze przyjdę. wolno mi zadawać pytania, bo odpowiadam na nie. tak, jak umiem najlepiej. wolno się ciekawić światem i odczuwać, nawet jeśli to jest "miałaś mi pokazać groby, a tu są tylko jakieś wielkie płaskie kamienie".

wolno, bardzo wolno myślę wieczorami czy dobrze zrobiłam.
i że źle.
że mnie poniosło, że niepotrzebnie, że to są dzieci.
ale.
robię to wszystko po to,

by za trzydzieści lat, kiedy wrócą z nart ze swoimi dziećmi, po przekroczeniu granicy polskiej, zadzwoniły do mnie opowiedzieć jak było. i że mówiły moim wnukom czego nie wolno.
i że też nie słuchały.

czwartek, 21 stycznia 2016

taxi driver.

moje życie nie różni się niczym od życia każdego. trwa.

kiedy akurat nie wiszę między drzewami, na których rośnie melancholia, niemoc, smutek, a o które wieczorami ociera się włochata depresja, wtedy następują eksplozje zdarzeń. supernowe przygód.

wychodzą spod ziemi osobliwe przypadki, a na smyczach trzymam skrajności i czasami w którąś stronę mnie szarpnie - a to euforia, a to zwykły, szczekający, gryzący po łydkach wkurw.

po prostu.

wczoraj przyleciałam z nataszą do warszawy. chciałyśmy wsiąść do taksówki korporacji, z którą zawsze jeździmy. patrzę, że kierowca ma zamiar zapalić papierosa, więc, żeby nie zmarnował szluga, lecę biegusiem powiedzieć, że chcemy jechać. a pan mi na to, że on nie jest pierwszy. dwie taksówki przed nami z innej korporacji. chcę z tą, bo jest najtańsza. pytam więc czy nie ma zamiaru nas zabrać. a on, że są inne taksówki. a ja, że chciałam mu dać pracę, której on nie chce. a on, że czemu krzyczę. a ja, że chcę jechać! a on, że krzyczę. a ja, że i chuj. 

nie mówię tak przy dziecku. zresztą, przy minus sześć i pół zazwyczaj nie mówię nic. trwało to wszystko zaledwie parę sekund. wtem otwiera się okno następnej taksówki. z innej firmy. pan uprzejmym tonem mówi: proszę, niech pani wsiądzie z dzieckiem.

natasza usadawia się na siedzeniu, przypinam ją, pan, że chyba daleko nie jedziemy, ja że raczej daleko, bo do centrum zdrowia dziecka, natasza jęczy, że ją stopy swędzą, ja próbując rozebrać z kurtek siebie, ją, jakoś się rozpakować z tego wkurwa, zrzucam jej buty z nóg, drapię, ona jęczy, że nie tu, ja jęczę, żeby się sama drapała, pan kierowca dyskretnie ściąga jej buty z czyściutkiego dywaniku między siedzeniami, na który je niedbale rzuciłam. rozpakowałam barłóg, nawet kompaktowy plecak zajmuje trochę miejsca, ubrana jestem na cały dzień podróży i targanie po szpitalu nataszy, więc raczej dżinsy i bluza, wszystko mi wypada, wszystko próbuję upchnąć w plecaku, jedziemy. pan mówi, że zaostrzyły się przepisy i trzeba mieć fotelik dla dziecka, więc jak nas złapią, to on ma pięćset. w swojej wspaniałomyślności palnęłam z resztką wkurwa, żeby jechał tak, żeby nas nie złapali, na co pan w bardzo miły sposób mi odpowiedział, że ma przyciemniane szyby i nie widać kto jedzie. 
rozejrzałam się, ach tak. 
pan ma przyciemniane szyby, porządek, skórzane siedzenia, nienaganną fryzurę, białą koszulę, eleganckie spodnie i coś do powiedzenia.
"nie może być tak" - zaczyna - "żeby papieros był ważniejszy od człowieka. od matki z dzieckiem na mrozie".
natasza nadal jęczy.
pan daje jej kartkę, długopis i prosi, by narysowała jego taksówkę. natasza przeszczęśliwa rysuje. nic jej nie swędzi, mnie trochę swędzi, jak zobaczyłam nas ubłocone w bardzo eleganckim pachnącym wnętrzu z przystojnym mężczyzną za kółkiem.

od słowa do słowa zaczynamy rozmawiać. z plecaka w domu wyjęłam wszystkie zbędne rzeczy, na szczęście z głowy nic nie wypakowałam. mam głęboką nadzieję, że swoimi słowami nadrobię chaos, jaki wprowadziłam panu w życie od rana.

natasza skończyła rysować taksówkę. "ale ładna" - chwali pan. dziecko wtula się w moje ramię i zawstydzone pod pachę mi szepcze "dziękuję". jest naprawdę ładna. i taksówka, i natasza. jest uśmiechnięte słońce, jak w życiu. na dole podpis "natasza". 

pan pyta z klasą czy może wiedzieć co jej jest. ja, zwyczajnie odpowiadam, że onkologia. że chemioterapia od trzech lat. 

pan, trzymając jej rysunek, zamarł. "nie wiem co powiedzieć" - zaczął. "nic nie trzeba mówić" - uśmiecham się, jeszcze umiem - "żyjemy, radzimy sobie, jest dobrze".

"natasza" - mówi pan z taksówki - "powieszę ten rysunek w moim domu, żeby mi przypominał o tobie. i jeśli ktokolwiek będzie mówił, że mu źle i czegoś mu brak, to mu powiem, żeby nie marudził".

ja się wzruszyłam, pan ma szklisty głos. popłakalibyśmy sobie, ale może innym razem.

"wie pani, ja jestem anonimowym alkoholikiem i narkomanem." - opowiada - "dziesięć lat byłem na dnie. teraz każdy dzień zaczynam na kolanach prosząc boga, by działa się jego wola, bo moja już się działa i nie było dobrze. postanowiłem sobie, że codziennie będę robił dwa dobre uczynki. choćby to było podanie kurtki kobiecie. co dzień wysyłam znajomym jakieś dobre słowa. szukam odpowiednich myśli i wysyłam esemesy".

przez nas ma jeden naprawdę duży dobry uczynek za sobą.

jedziemy prawie godzinę, naprawdę jest o czym mówić. pan robi telefonem zdjęcia wisły, żeby pokazać mojej córce. ma dwóch synów, starszych niż moje dziewczyny. mówi, że chce napisać poradnik jak zarabiać na taksówce. że codziennie sprząta auto, zakłada do pracy białą koszulę, dba o fryzurę, o siebie, jest pachnący. nauczył się rozmawiać z ludźmi w taksówce. nauczył się słuchać. ma zaklejony plastrem palec - to blizna pośpiechu, kolejna, mówi. pan jest chyba młodszy ode mnie.

"wie pani, dobro wraca". wiem. bardzo to wiem. wszystko wraca. ja bardzo chcę, żeby było to dobro. "wczoraj wiozłem niewidomego, krótki kurs, jakieś tysiąc pięćset metrów. trzynaście złotych. postanowiłem, że nie wezmę od niego pieniędzy. że to będzie mój dobry uczynek. nie chciał się zgodzić, ja nalegałem. w międzyczasie kliknąłem w ciemno następne zlecenie. kiedy w końcu przekonałem go i wysiadł, sprawdziłem to zlecenie. kurs do włocławka za tysiąc złotych".

mam ciary na rękach, każde słowo zamienione z tym człowiekiem jest wartościowe. dostaję książkę z dobrymi myślami.

w końcu podjeżdżamy pod centrum zdrowia dziecka.
"ile pani płaci zwykle za kurs? bo moja taksówka jest klasy biznes".
teraz to widzę. nieskazitelny porządek, jakość, skóra, zapach, woda do picia dla pasażerów, dyskrecja, poziom rozmowy z panem, przyciemniane szyby i odpowiednia cena za kilometr.
mówię, ile płacę zazwyczaj.
pan chce ode mnie tyle samo.
zakładam swoją kurtkę, opatulam nataszę, plecaki na plecy, pan wysiada otworzyć nam drzwi, jest wysoki, przystojny, dobrze ubrany.
wieczorem orientuję się, że wydał mi o dychę za dużo. nie wiem czy to kolejny dobry uczynek, czy niedopatrzenie.

mówiłam, że o nim tu napiszę. jeśli tu zajrzy, to chcę podziękować. i obiecać, że jeśli chce, pomogę mu napisać książkę. tyle umiem, mogę i chcę zrobić sama.

bo dostałam od niego nie tylko bezpieczny, miły i dobry kurs taksówką, ale przyspieszony kurs rozwoju zakończony konkluzją: to od ciebie zależy, którym taksówkarzem w życiu jesteś.

niedziela, 17 stycznia 2016

a ty?

natasza uczy się zasypiać sama.
to chyba już czas. zaraz będzie miała piąte urodziny.
i już nie marzę o przespanej nocy, nie, nie przesypiam nadal, ale o tym, bym choć wieczorem pobyła sama ze sobą, sama z ojcem jedynym, z babcią gotując obiad na jutro, z książką, z telewizorem, z wanną, z pustym dokumentem tekstowym w komputerze, z pustą głową, z pustą kieszenią.
ale nie.
wyłazi toto z pokoju ichniego, oczy mruży, zabawkę za ucho dzierży, stoi w przedpokoju jak wyrzut sumienia. zawsze.
wyłazi kila razy.
z uporem maniaka kładziemy, głaszczemy, zapewniamy o miłości, a toto gra na czas.
pić (zawsze).
siku (czasami).
poprzytulaj (zawsze).
pośpiewaj (bywa).
opowiedz bajkę (raz po raz).

oraz

mamo, muszę ci coś powiedzieć (częściej niż zawsze).

po wykorzystaniu wszystkich opcji, dostaję apopleksji. szeptem, ponieważ w tym samym pokoju śpi zojka, syczę, że przegina, że nie jest głodna, spragniona, jest wysikana, wyprzytulana i że już bardziej nic nie można i że weź se - nie wiem - kolejnego pluszaka i śpij. na co słyszę, że nie mówi się se, tylko sobie. i że którego pluszaka, ona nie wie.
ja też nie wiem, w międzyczasie mam bezszelestny atak furii, ale książki mądre czytam, toteż wychodzę. z godnością i resztkami rozsądku powoli, spokojnie i po cichutku. w drzwiach słyszę: będziesz przychodzić?

udaję, że nie słyszę i wychodzę.
i czekam czy wyjdzie tym razem, czy nie.

są dni, że wychodzi mało, ze dwa razy. wczoraj wyszła. zaprowadziłam do łóżka, pyta czy przyjdę. przyjdę. zasiadłam już do kolacji/herbaty/pisania/czytania/siekania marchewki/darcia pierza i myślę sobie: zajrzę.

zaglądam.

bez sensu. minutę później by spała. cały misterny plan wziął w łeb. jezusmaria, po co? po co ja tam lazłam? szczebiot szeptem słyszę: mama! mama! 

całuję. wychodzę.

mama, muszę ci coś powiedzieć.

o, nie. nie musisz. jutro mi powiesz. - tak jest zwykle.
ale tym razem zbliżam ucho do małych ust ciepłej, kochanej, pachnącej córeczki.

"kocham cię. jesteś najlepszą mamą na świecie. nikt nie troszczy się o swoje dzieci tak bardzo, jak ty o nas". 

zostaję. nie mogę się ruszyć. nie chcę chlipać, a jednak chlipię. tulę, tulę mocniej. czuję swoje dziecko w moich ramionach.

ile razy wyszłam mówiąc "jutro"?

ilu rzeczy nie usłyszałam?

ile razy nie poczułam?

a ty?

poniedziałek, 11 stycznia 2016

w puszkach.

staramy się być dobrymi rodzicami, zamiast po prostu nimi być.

niemal każdego dnia zabieram dzieci gdzieś - blisko, daleko, by zobaczyły coś, coś poczuły i miały chęć zdobywania świata. chcę w nich pielęgnować ciekawość światem. i to, że jak się czegoś nie wie, można zapytać. i że to jest fajne. to pytanie. że dzięki niemu poznaje się ludzi. 

jak słyszę, jak ktoś w sklepie szuka ksylitolu, to mu pokazuję gdzie jest, mimo, że podsłuchiwałam. a nie wypada. ale uznaję, że bardziej wypada pomóc, niż nie wypada podsłuchiwać.

w niedzielę zabraliśmy dzieci do centrum, bo było napisane, że będą strażakówy. nie było. przyszliśmy zbyt późno.

ale było coś innego.

pochodzę z domu o skrajnie prawicowych poglądach. wdrukowano mi niechęć do owsiaka i orkiestry. przez wiele lat się jej poddawałam, choć skakałam pod scenami maści przeróżnych, machałam głową i odnóżami na koncertach, wrzeszczałam siema i bardzo mi bliskie do tej pory hasło róbta co chceta.
wiecznie w moim domu mówiło się o tym, jak mało pieniędzy z różnych fundacji trafia naprawdę do potrzebujących. i że lepiej dać potrzebującemu. tylko, że jakoś nigdy się nie szukało potrzebujących.
konformizm. ciepło w ciepłym domu, a nie popierdalanie na mrozie z puszkami. nie ma potrzebujących. a jak coś potrzebują, to zadzwonią.

wiele lat nie chodziłam na finał orkiestry.

prawda jest też taka, że wszystkie charytatywne imprezy, w jakich miałam okazję brać udział, były koszmarnie nieprzygotowane. tak, jakby szczytny cel imprezy miał wszystko tłumaczyć. wystarczyło chcieć choć minimalne pieniądze i wszystko było na miejscu. ale to nie dotyczy tylko orkiestry.

poszliśmy więc z dziećmi do miasta. i te moje szkraby dwa chciały wszystko. wszystko. pierniki, lizaki, zdjęcie na motocyklu z myszką miki, kolorować, przyklejać, tańczyć, śpiewać, łapać bańki i z piskiem biegać po deptaku. 

oklejone serduszkami. szczęśliwe. i kiedy wrzucały pieniądze do puszek swoimi małymi łapkami nie były świadome, że czynią dobro. a to jest zajebiste - bawiąc się czynić dobro. przed oczami stanęła mi natasza na rezonansie, który kupiła orkiestra do szpitala. "wzięłaś" - pomyślałam - "i możesz dać".

możesz oddać. bo ktoś inny potrzebuje.

z tego samego powodu noszę ubrania i zabawki do caritasu.

idąc po deszczowym, zimnym mieście spotkałam tłum ludzi, który chce czynić dobro. 
tłum, który jest względem siebie serdeczny.
ci, którzy nie chcą, nie muszą wychodzić z domu, nie muszą dawać, nie muszą pikietować swojej niechęci. wystarczy, że nie podzielą się dobrem zamknięci w swoich puszkach.
ja cieszę się, że po latach jednak tam byłam.

świadomość tego wszystkiego sprawiła, że rozpłakałam się w pięć sekund.
być może dlatego, że jestem tuż przed okresem. 
a skoro jeszcze go mam, to po to, by móc rodzić dzieci, którym pomaga orkiestra. 
jeśli przestanę go mieć, to będę potrzebować sprzętu orkiestry na geriatrii.

dla siebie to robię.

środa, 6 stycznia 2016

ukwiał na żwirze.

od dwudziestu minut patrzę na błazenki w ukwiałach i w ogóle gapię się w ukwiały na jutjub, ponieważ wydawało mi się, że ukwiał się chowa. że ma wiele ramion i się chowa. nie zauważyłam, żeby na jutjub jakikolwiek ukwiał się chował, a kiedy wpisałam w google, jakie zwierzę się chowa, oczywiście oprócz ślimaka i żółwia, bo to takie oczywiste, no może jeszcze oprócz pancernika i jeża, bo nie o takie chowanie mi chodziło, tylko oczywiście napisałam to jakoś krócej, to wyskoczyła mi ustawa o tym, kto odpowiada za zwierzę, i że ten, który je chowa.

mój demoniczno-destrukcyjno-depresyjny nastrój na chwilę zdurniał.
mój przytłumiony i niczemu niedziwiący się już łeb, lekko się jednak zdumiał i pomyślał: jak to?
przecież lubiłam zawsze biologię i ogólnie dużo czytam i wydawało mi się, że to wiem i że jestem jak ukwiał, który tak gwałtownie się chowa, a wychodzi tak jakoś zupełnie wolniej.

i że ja się też tak zapadam w siebie, jak ukwiał, albo jak oczy ślimaka. że cholernie łatwo toto zranić, a żeby zaufało, to już nie jest takie hop siup, a to przecież nie ma rozumu, a ja mam. więc mnie to w ogóle o wiele dłużej zajmuje, żeby, jeśli już jak ten ukwiał się zwinę, na powrót się rozwinąć.

i chuj trafił mój szlag. nie ma chowającego się ukwiału na jutjub. może nawet na świecie. nie ma.

pozostałam z banalnym okiem ślimaka, choć tak naprawdę nie zagrzebałam się już w czeluściach internetu, żeby sprawdzić czy to naprawdę oko ślimaka, czy może coś zupełnie innego, a jak zawiłe są ślimaki przekonałam się w ubiegłe wakacje, kiedy, dla zabawy, żartu i rozrywki, a także nieznacznego obrzydzenia, czytaliśmy na towarzyskim spotkaniu jak się rozmnaża ślimak. 

i, jak tak sięgam pamięcią, ślimak jest tak nieodgadniony, że możliwe również, iż potrafi się dygać okiem. jeśli to w ogóle oko jest, jak wspominałam.

chuj. nie wiem jak co się zwijam. jak ukwiał w mojej wyobraźni, jak domniemane oko ślimaka, nie wiem. chuj. 
całą powagę mojego ponurego nastroju trafił szlag.
już nawet stany depresyjne ze mnie kpią. co, do kroćset??

a tak się ładnie zapadłam w samochodzie ostatnio, jak ten jebany ukwiał.
a takie poetyckie myśli się rozjątrzyły pod czapką.
i siedziałam jak alanis morisette w rękawiczkach i we mrozie. tylko czapkę ponuraka dla niepoznaki miałam różową. i tak pięknie, jak ten ukwiał chciałam.

nie da się.

chciałam, że jak kawałek żwiru leżałam przy drodze dawno temu, a może nawet na drodze. i tą drogą szedł ktoś (z wielkiej litery) i znalazł ten żwir, bo coś mu tam zamigotało, się spodobało, rozbłysło, zgasło, ale ta metaliczna szarość została. ten zwyklak żwir taki. żwirus vulgaris, a nie żaden rex. i ten ktoś ten żwir wziął i wyszlifował dobrym słowem. i szlifował tak długo, aż ten żwir się wygładził i nawet dynda temu komuś u breloka przy sercu. i że to mój mąż znalazł mnie, ten żwir. i że ja się błyszczę. na szaro, ale błyszczę, a nie taka kanciata.

aż tu nagle chuj trafił mój żwir. bo mówię żwir, a na myśli mam koks.

a to jest bardzo inne słowo.

i co z tego, że ten koks z pieca jest, na dodatek wypalony, jednak jest to koks.
a to nie ja. ja to żwir, że ciężko to wypowiedzieć, a jak się ma dwie wady wymowy, nie żebym miała, to już w ogóle.

i znowu szlag trafił moje poetyckie doły. moje trafne porównania i emocjonalne wycieczki w głąb siebie.
w głąb oceanu.
w głąb matki gleby i bogactwa jej kruszyw.

bo żwir nie ma głębi, a w głębi oceanu nie wiem czy się chowa ukwiał.

cóż, jeśli idzie o głąb, to nadal jestem w czołówce.

piątek, 1 stycznia 2016

w nocy z wczoraj na dziś.

żeby droga była prosta, oświetlona, a nawet jeśli zawiła, to ciekawie, a nie przerażająco.

żeby zawsze był prąd. do tego oświetlenia, do działania, do działania i do działania.

żeby było ciepło. na dworze i w domu. 

w domu. żeby dom był. nie musi być z cegieł.

żeby się umieć uśmiechać bez powodu.

żeby mieć dobre powody do płaczu.

i rzadko.

mieć świadomość, że materialne potrzeby to tylko materialne potrzeby.

że są ważne, albo takimi być mogą, ale nie najważniejsze. i kto ustala rangę ważności. i że ja.

że jestem. ja jestem. i że wystarczy być. nie trzeba jakimś, ale być. chcieć być.

siać dobro. normalnie w spożywczym siać dobro.

myśleć dobrze o ludziach. i pamiętać, że jest się przede wszystkim człowiekiem.

pozwolić sobie być, takim, jakim się jest.

szanować naokoło. świadomie być w centrum swojego naokoła.

pozwolić sobie na głęboki wdech niezależnie od pogody. ducha.

biegać w deszczu i w słońcu siedzieć pod kocem, jeśli się chce tak właśnie.

pielęgnować bliskich i dać im się pielęgnować.

śmiać się na głos w samotności i płakać wśród ludzi.

czuć.

brać i dawać.

odwzajemniać i nie.

oraz zdrowia. zdrowia. zdrowia.

to są życzenia ode mnie dla mnie. ale wystarczy dla wszystkich. proszę się częstować.