poniedziałek, 14 lipca 2014

czterdzieści.

trzyletnia dziewczynka siedzi na biurku. dynda nogami. jest wysoko, ale nikt nie patrzy. tylko on. on przy biurku siedzi i, choć nikt mu nie kazał, odrabia lekcje. ubrani są śmiesznie. on w sztruksowe spodnie. za krótkie. ulubione. ona w sweterek granatowy. po nim. z jego imieniem wyhaftowanym na piersi. jedli dzisiaj chleb z masłem. chyba. jedli? wchodząc na taboret rano odkluczali drzwi. on odkluczał. do szkoły. ona trzymała go za sztruksy. "nie idź.", "nie zostawiaj mnie tu.", "te spodnie są brudne." - mówi ona. on milczy. "a co ty w tej szkole robisz? musisz iść?" - znów ona. on milczy. on zawsze milczy, chociaż wszystko wie. ale ona wie dlaczego on milczy. 
więc ona siedzi na biurku, patrzy na niego i prosi. poczytaj mi. on nie wytrzymuje milczenia. "sama sobie poczytaj!". normalnie by się rozpłakała. ale wie, że to nie działa. nie na niego. on jest inny. jest twardy. jest dobry. jest mądry. więc ona patrzy, jak on pisze. jak on odrabia lekcje. i ona uczy się czytać. ma trzy i pół roku. i czyta.
a potem już zawsze patrzy na niego. co on mówi, co on lubi, co on rysuje, co on uważa. trwa to na tyle długo, aż on uczy ją, że umie i może myśleć sama.
mówi jej to w pociągu, jak jadą sami te kilka godzin. on ma lat osiem, albo dziewięć, ona pewnie z cztery - pięć. to on ją zabrał do dziadków. na pewno im dadzą jeść. dali.
mówi jej to w tramwaju. 
mówi jej w sądzie. 
mówi jej w szkole.
mówi jej w nowym domu.
mówi jej w internacie.
na koncertach.
w jarocinie.
na komendzie.
przez telefon.
przez zęby.
przez całe życie.
MYŚL!

jestem, kim jestem tylko dzięki niemu.

kocham Cię, Bracie.
bądź szczęśliwy.

nigdy nie zapomnę, co dla mnie zrobiłeś.

dziękuję.
nie mam nic więcej, by Ci dać na urodziny, niż miłość.

czwartek, 10 lipca 2014

dziś twój wyjątkowy dzień, bardzo wyjątkowy dzień.

tak sobie z ojcem jedynym wymyśliliśmy, nie żeby specjalnie, ale jak się zaczęło, to postanowiliśmy kontynuować, że. robimy sobie zdjęcia. w tym samym miejscu, co miesiąc od narodzin nataszy, przez rok. a potem co roku. a potem nadeszła zoja i znowu co miesiąc. siadamy, cykamy i mamy. pamiątkę. natasza urodzona 26 lutego. równiutko co miesiąc, każda fota zrobiona. a zoja urodzona 3 lipca. nigdy, przenigdy nie zrobione kolejne zdjęcie trzeciego. ale się staramy! 

czym się różni pierwsze dziecko od drugiego? ano tym, że nie rycz. jak coś chcesz, to chodź. tym, że nie wymuszaj, przecież widzę, że krzywda ci się nie dzieje. tym, że poczekaj, muszę teraz dać jeść nataszy. tym, że jak wujek samolotem leci nad głowami, to macham z nataszą wujkowi, a zoja ryczy pod bzem, bo hałas. tym, że najwyżej ją kot udrapnie. tym, że jak się nie da zjeść, to wypluje, tym, że kładę ją spać i wychodzę. tym, że zna jedną kołysankę i przy niej zasypia, a nie że wszystkie i nie zasypia wcale. tym, że nie ma zabawy, póki nie ma siostry w pobliżu. tym, że jak jesteś głodna to jedz, co jest. tym, że jaki ona ma rytm dobowy? nie wiem. tym, że ile razy w nocy wstała? a ile butelek jest brudnych?

zoja skończyła rok. proszę mnie nie pytać kiedy, ja nie wiem. chociaż odkąd sobie urodziłam liczniki, to łatwiej mi się liczy. i trudniej godzi z liczbami.

każdego dnia, co rano, mój mąż wybiega do pracy. tuli dzieci, tuli mnie i wybiega. zostaję w piżamie, z tłustym włosem, przewracająca naleśniki. wącham łunę za nim i zostaję. tęsknota pachnie. dzieci też nim pachną. wącham dzieci. i czekam na powrót. w międzyczasie obiorę sobie gotowane mięsko z kurzej nóżki, poczytam, poskaczę, posmażę, pokopię w piachu, popchnę wózek, pozbieram, znowu pozbieram i znowu pozbieram. nie pozwolę, wymięknę, pozwolę, pogilgam, zabronię, wytrę łzy, zmienię pieluchę, schowam się za drzwiami, wypiorę, umyję sobie coś, popłaczę. zapomnę, dość często zapomnę, uprasuję, pojadę, wrócę, zjem, pouciekam, połapię, pośpiewam, polulam, pomyję. i za każdym razem się zdziwię kiedy ten rok minął. 

przyjęcie robimy w sobotę. pojutrze. nie mam nic. a zwłaszcza pomysłu na prezent.

przecież zoja ma nataszę, to czymże ją zaskoczę?

środa, 2 lipca 2014

opiniotwórczy blog matki jedynej.

wystarczyło smagnąć batem prominentów. końcóweczka batoga boleśnie liznęła ich dupy i te dupy prominentów załatwiły mi wszechspływającą pomoc. dupy prominentów nie dość, że prominentom nakazały nieść mi ratunek, to nakazały to - jak mniemam - swoim koleżankom, mamom, ciociom, babciom, kuzynkom, taksówkarzom, etceterom.

szłam jak lord, a tłum mnie nieomal niósł. może pomogę? pomóc pani? może wezmę? może zaniosę? to proszę usiąść, a ja przyniosę. tak, tak, tak. pasłam się w wypasie. o ile wypasem można nazwać truchtanie z torbami i dzieckiem po szpitalu.

łapałam uśmiech każdego człowieka oddany w stronę mojego dziecka, a trzeba wiedzieć, że dziecko mam niezwykłe, toteż każdy się doń uśmiecha, tak więc każdy uśmiech łapałam i przekuwałam w dobry uczynek. a to drzwi, a to schody, a to ustąpienie miejsca, a to podanie tacy, widelca. jak wierzycie w niebo, to pójdziecie do nieba. moja wdzięczność was tam zaniesie.

muszę też obiecać, skoro już taką mam moc sprawczą, a blog tak niezwykle opiniotwórczy, że nie przestanę. będę brać. brać ile wlezie. a jak nie dacie, to sama wezmę. jak od tego pana, który dziś uśmiechnięcie się do mnie i nataszy przypłacił wyniesieniem worka z jej siuśkami do śmieci.

dzięki, polska. jesteście zajebiści.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

zapraszam w podróż.

powróciło cotygodniowe latanie do warszawy.
jest nawrót.
albo nie było wyzdrowienia.
nikt nie wie.
zdaje się, że jest czworo dzieci z histiocytozą z komórek langerhansa w polsce.
no i leczenie jest macaniem się z chorobą.
takie mam wrażenie.
już nawet nie wiem, co czuję. był wkurw, była beznadzieja, było opadnięcie z sił, było szamotanie się w kolejnych działaniach, było ruszenie świata, by nam pomógł, była bezsilność, łez nie było, bo łzy są, wpisane w wieczór. w co wieczór. ja nie wiem. czekam. jedyne, co mogę, to żyć z dnia na dzień licząc, że tosięchybasamowszystkokiedyśzrobi.

ale ja zupełnie nie o tym. nie trzeba już mnie przytulać, przykrywać kocem, wręczać mi kubka z herbatą, tulić zaocznie, kiwać głową, wydmuchiwać nosa też na odległość. nie trzeba mi mówić, że będzie dobrze, że ona jest silna i że muszę wierzyć. to, co ja muszę, to ugotować dziewczynkom obiad i nie płakać przy nich.

latamy sobie więc do warszawy co tydzień. wstajemy o piątej, jedziemy na lotnisko, wsiadamy do saaba 340, wysiadamy, wsiadamy do autobusu, jedziemy na terminal, wysiadamy, wsiadamy do taksówki, jedziemy do centrum zdrowia dziecka, wysiadamy, idziemy założyć przedłużkę do browiaka, pobieramy krew do badań, idziemy na korytarz, czekamy na swoją kolej - godzinę lub dwie, czasem zdążymy pójść coś zjeść, a czasem nie. nie szkodzi, mamy torbę, a w niej kanapki, owoce, desery, wodę, soki, ciastka, przekąski, chrupki, ubrania na zmianę, cieplejsze rzeczy, koc, poduszkę, nocnik, dokumenty szpitalne, książki, naklejki, łamigłówki, zabawki. tam na korytarzu się bawimy, jemy, oglądamy bajki, jeździmy samochodzikiem, próbujemy bawić z innymi dziećmi, czytamy, ganiamy, płaczemy, śmiejemy się i czekamy, czekamy, czekamy. potem, jak już są wyniki badania krwi, idziemy do pani doktor, badamy się, bierzemy receptę na chemię, zanosimy do zabiegowego i znów czekamy. godzinę albo dwie. na korytarzu, albo w pokoiku z telewizorem, albo na patio, jak jest ładna pogoda, ale ja na patio nie mogę, bo tam nie słychać kogo wzywają, a natasza na patio sama się trochę nudzi, a do stawu jej nie pozwalam iść. czasem zdążymy na obiad, to idziemy. na stołówce zjadamy kaszę z sosem i wracamy. kiedy już wszystkie dzieci są po podaniu leków, przychodzi kolej na nas. sala fotelowa, cztery fotele w przechodnim pokoju, kabel z lekarstwem, ukochane "ciocie" dają "paliwko", potem ściągają przedłużkę, zawijają "babę" i do domu. do taksówki, na lotnisko, do czekinu i na bording. 

w taksówce najczęściej natasza zasypia. pada. jest bezwładna. zmęczona. osłabiona. niosę na jednym ramieniu torbę ze wszystkim, na drugim śpiącą ją. odprawiamy się, ona wisi na moich rękach. przechodzimy przez bramki, ona śpi. ze śpiącą na rękach trzylatką wypakowuję z torby płynne rzeczy, rozbieram się z wierzchniego ubrania, paska, butów, wyciągam potrzebne dokumenty, za chwilę to samo w drugą stronę. dziecko się przelewa. przytula. nie jest w stanie się utrzymać. śpi, kiedy czekamy na odlot, na moim brzuchu, śpi w autobusie, śpi w samolocie. dopinamy jej pas, a ona śpi. spada jej głowa. niezliczoną ilość razy podnoszę torbę, rozpakowuję i zapakowuję ją, wchodzę i schodzę po schodach. wciskam torbę pod kolejne siedzenia, wszystko z ukochaną starszą córeczką na rękach.

samolotem latają urzędnicy i politycy. prominenci. i my.

czy ktoś kiedykolwiek pomógł mi wnieść torbę?

raz.

prezydent miasta.

piątek, 27 czerwca 2014

ogłoszenie niedrobne.

aaa pilnie przyjmę w posiadanie wdupizm. wpiździzm. wnosizm. gdziesizm. 

chcę nie myśleć wciąż o dzieciach, że spadną, że nie spadną, że muszą zjeść, że nie mogą zjeść. że czy zabrałam leki. że nie zabrałam leków. że pasta do zębów się kończy. że wylała na siebie wodę z kociej miski. że zjadła piach. że zimno jej w tej piaskownicy. że gorąco jej w tej piaskownicy. że mamo, gdzie dziś jedziemy. że nigdzie. ojej, a ja chciałam jechać. że do babci. ojej, a ja chciałam być w domu. że do warszawy. ojej, a ja chciałam do babci. że ciastolina wtarta w podłogę. że ta mała ją zje. że pieluch nie kupiłam. że po śmietanę muszę pojechać. że jak z nimi dwiema, to kiedy, przecież ta musi spać, a ta zjeść. że wody nie wzięłam. że wakacje. że gdzie je zabrać, że o boże, nigdzie. że pranie powiesić. że wyprasować. że nie zdążyłam. że przeczytaj, mamo. że siku. że czy to już czas na lekarstwo. że teraz nie może, bo zjadła. że co lepiej dać, jeść czy lek. że czy mleko czy kaszę. że przespała zupę. że nie poszła spać. że kapci nie ma. że pacnie, jak się tak uczy chodzić. że pacnie, jak biegnie i nie patrzy pod nogi. że nie właź na kamienie. że nie skacz ze studni. że nie skacz po piaskownicy. że nie mam nic w zamian. 

a więc pilnie przyjmę. kupię. tylko nie mam czym zapłacić. 

chyba, że ktoś reflektuje na wory pod oczami. na siny kolor cery. na utracone z nerwów kilogramy. na lęk. na lęk. na jeszcze więcej lęku, tego mam a mam. na frustrację. na biedę. na niepewność. na bezsilność. na nie wiem. na ogryzione paznokcie. i skórki. na garba. na ciężkie ramiona. na kręcenie głową w poprzek. na łzy. na smutek. na brak perspektyw. na brak pracy. na niewyspanie. to mam.

mam jeszcze trochę pomidorówki z ryżem.

ktoś...?

poniedziałek, 23 czerwca 2014

karuzela z madonnami.

biorąc pod uwagę moje poalkoholowe ekscesy, nie jestem pewna czy powinnam zacząć od: ja to potrafię się upić, czy przeciwnie: ja to nie potrafię się upić. przychodzi na każdej imprezie czas, kiedy zaczyna się "a pamiętasz, jak...", "albo to...", "to jeszcze nic, mój kumpel z lubania...". niestety, albo stety właśnie, nie potrafię się do końca określić, nader często biorę udział w dalszych ciągach tych opowieści, choć nie powiem, znam lepszych. no tu akurat nic nie poradzę. nieustannie woła mnie przygoda zawadiackim 'ahoj', a ja jej odpowiadam 'ahoj', choć czasem powinnam czymś podobnym w brzmieniu, a odmiennym w znaczeniu.

zdarzyło się kilka razy. kilkanaście. kilkadziesiąt. kilkaset. nie wiem, jestem humanistką, nie liczyłam.

opowieści są prawie zawsze miękkie, może poza tą, kiedy mnie dyscyplinarnie usuwano ze szkoły i internatu, kiedy pełniłam zaszczytne funkcje zastępców przewodniczących obu instytucji. nie byłoby tak źle, gdyby nie oskarżono mnie o palenie amfetaminy, co usłyszawszy prychnęłam dyrekcji w twarz, albowiem było to wierutną bzdurą. nie paliłam. 

przyłapano mnie na piciu wina w parku w dzień wagarowicza i oto, co. wielkie mi mecyje. wszak rok już minął od poprzedniego usunięcia, kiedy pijana wjechałam taksówką do internatu. nie ma się czym chwalić. usunięto mnie w końcu, ale ja zawsze będę powtarzać, że się uwzięli, w końcu w katyniu na początku też inteligencję zlikwidowano. myślących ludzi się usuwa. a o czym myślałam pijąc wino w biały dzień będąc nieletnią szczeniarą, tego niestety nie pomnę. honor mi kazał nie uciekać. no i przyjęte płyny.

potem na studiach byłam. to już się nie doliczę.

ale wówczas zdarzyła mi się wesoła taka anegdotka, co to ją dzieciom opowiem, jak je będą usuwali ze szkoły czy internatu. obudziłam się z poczuciem nienajlepszym. i w głowie, i w sercu, i na żołądku. jakoś tak niemrawo mi było. i tłustego mnie się zachciało. pomyślałam, że po tłustym żołądek ruszy, o głowie mogłam zapomnieć. to znaczy nie do końca właśnie mogłam zapomnieć, niemniej spisana była na straty, jeśli idzie o pomyślunek, budowanie zdań złożonych oraz panowanie nad odruchami typu wciąganie wiszącej śliny. ponieważ poranek spędziłam na czułych uściskach z klozetem, byłam, mówiąc krótko, śmierdząca. ale i głodna. oraz zdesperowana. założyłam na piżamę dres, na szyję szalik, na głowę czapkę, bo o myciu włosów nie było mowy, okulary przeciwsłoneczne na ryj i poszłam. i kiedy skończyłam składać zamówienie wysypując z mokrej piąstki ostatnie pieniądze usłyszałam: 'ojej, można prosić o autograf?'. 

do tej pory nie wiem czy ten chłopak mnie nie pomylił z madonną.

piątek, 20 czerwca 2014

kundel bury fajny pies.

nigdy, przenigdy nie sypałam kwiatków w boże ciało. ani w ogóle kiedy indziej. nigdy. a zawsze chciałam. chciałam mieć kręcącą się spódnicę, kiteczki, białe skarpetki, czarne lakierki, koszyczek i sypać te jebane kwiaty. nie musiało być pod kościołem. nikt u mnie nie chodził do kościoła. musiało być czysto, schludnie, zadbanie, z poświęconym dziecku czasem. 
nie było.
ja jestem kundel.
w spodniach, z chłopakami, po pachy brodząc w rzece i łowiąc kiełbie rękoma, wygrzebując z mułu monety, które ludzie powrzucali 'na szczęście' - na szczęście je powrzucali, więc mogliśmy kupić lody i jeść je na moście. mokrzy. plując do rzeki pestkami z ukradzionych czereśni i śliwek.
musiało mi to odpowiadać. nie miałam komu powiedzieć, że chcę, by jakiś dorosły zdobył dla mnie kwiaty, skubał je misternie z płatków, rano wstał ze mną, misternie uczesał włosy, uprasował spódnicę i mnie ją włożył. mogłabym drzeć się wniebogłosy, że ja nie chcę, nie pójdę i że czemu ja, ale tak naprawdę bardzo chciałam, żeby ktoś mi ten czas poświęcił.
boże ciało kojarzę z domem dziadków. pewnie byłam tam podrzucana częściej, niż pamiętam, częściej, niż bym chciała i częściej, niż chcieliby dziadkowie. mieli nas więcej, więc wszystko jedno ile stópek tupało po domu, ile ciałek szukało miejsca wieczorem w ciepłej pościeli. nie było źle. było dobrze. ale chciałam inaczej.
kundel sobie poradzi wszędzie. zje, co zostało i skuli się, gdzie nie pada.
jak ktoś chce mnie wprowadzić w niepokojące 'nie wiem', niech mnie spyta skąd jestem. nie wiem. kundel nie ma domu. urodziłam się w jednym mieście, pomieszkałam w nim 7 lat z mamą, potem na wsi, 7 lat z tatą, potem zwiałam. internat, akademik, stancje, mieszkania. ze sobą zawsze tobołek i zeszyt. w tobołku rzeczy, w zeszycie ja.
aż znalazł mnie mój mąż. potem znalazły mnie dzieci. kundel zaczął się zadomawiać. nie stał się może francuskim pudlem, raczej sapiącym wiecznie mopsem, ale póki co, ogon w górze. 
i kiedy tak już całkiem się kundel zadomowił, kiedy w misce ma dobre, kiedy legowisko uprane, przyszedł czas na nowy dom. matka - nomadka. tobołek i zeszyt. 

czy się martwię? czy żałuję? czy boję?

nie.

dom to nie mury i dach.
dom to my.