piątek, 26 czerwca 2015

podwodny świat.

ileż to, ach ileż razy zrobiłam w życiu coś zupełnie niepotrzebnego. a do tego dużego w rozmiarach i z rozmachem. po co? ano po nic. a może właśnie po coś, lecz nigdy nie dojdę po co. być może właśnie po to, żebym miała jak zacząć teraz.

do bardziej spektakularnych rzeczy zrobionych w tematyce "po chuj", a wywołujących we mnie zażenowanie nawet teraz, choć od wydarzenia minęło 17 lat, a od początku wpisu półtora piwa mimo, że to dopiero czwarta linijka, jest mój egzamin do szkoły plastycznej, na który beztrosko z kuzynem wysłał mnie tata.

teczkę z pracami zrobiliśmy w dwa dni, zatem musiała robić wrażenie, chociaż niekoniecznie pozytywne. mam teraz pewnie tyle lat, ile ci egzaminatorzy wówczas, których pewnie za karę, za złe sprawowanie, za postawienie szmaty na półrocze dobrze zapowiadającym się malarzom, ilustratorom, kopistom, wysłała pani lub pan dyrektor, by nas przesiali.

geneza wydarzenia była głupawa i beztroska. tata pił sobie piwo z rodziną, do której przyjechaliśmy pewnie na jakiś weekend się wyluzować i tata tak się wyluzował, że powiedział, że może byśmy z kubą poszli na egzaminy do liceum plastycznego. że sam nas zawiezie. że będzie czad, że jesteśmy wyjątkowi i że skoro wujek skończył asp, to ktoś w rodzinie musi też mieć talent i kto wie czy to właśnie nie my. pojechaliśmy, bo ja chyba nawet w ten talent uwierzyłam. choć teraz, kiedy dzieci proszą mnie o narysowanie misia, kota, psa oraz dinozaura i wszystko wygląda tak samo, różni się tylko podpisem, wydaje mi się to dopiero żenujące.

pojechaliśmy na ten egzamin. oprócz teczki z pracami, trzeba było wykonać ileś zadań, które wykonywaliśmy ochoczo, bo mieliśmy po piętnaście lat i pierwszy raz trzymaliśmy w dłoniach zawodowe ołówki i węgiel, który trzeba było mieć na egzaminie, a które tata kupił nam rano. ja pierdolę.

jednym z zadań było wyklejenie świata podwodnego. drapałam się w niedoskonałą fryzurę oraz pryszczatą twarz i mimo, iż - teraz już to wiem - nie mam talentu, chciałam wypaść jak najlepiej. i miałam pomysł. chciałam wykleić nogi, mydło i gąbkę zanurzone w wannie, tylko, że (głupia) zapytałam dorosłego czy tak mogę. na co dorosły stwierdził, że to raczej nie jest świat podwodny (stawiam, że wcześniej oglądał moje "prace" w teczce). i zrobiłam to co wszyscy. rafa, rybki, tu i ówdzie wiecheć morszczynu. 

nie wiedzieć czemu, do liceum plastycznego wraz z kubą się nie dostaliśmy. ewidentnie się uwzięli i nie poznali na naszym talencie. byłam przekonana, że to przez ten świat podwodny. potem bowiem usłyszałam opowieść, jak to wcześniej wspomniany wujek po asp na egzamin miał namalować podróż i namalował pogrzeb. i zdał. liczy się pomysł. 

a jeszcze bardziej liczy się wiara w pomysł. i nietuzinkowość.

spotkałam się kilka dni temu z córką żony szwagra mojego męża. czyli jego siostry. ale nomenklatura obowiązuje jak wyżej. córka ma lat dziesięć, świadectwo z paskiem z powodu pięciu szóstek, marzenia, a co ważniejsze - oczekiwania. zapragnęła telefonu i wynajduje takie raczej drogie. rodzice nie mają jak odmówić, ale też nie chcą wydać dużo pieniędzy, ze względów wychowawczo-metodycznych. chcąc ulżyć chyba wszystkim, zaproponowałam dziecku, by poszukało konkursu, w którym można coś takiego wygrać. dziecko przepadło w czeluściach internetu wynajdując co lepsze kąski. skupiło się głównie na fotografii ("bo mam aparat") i designie ("no ileż to roboty zrobić opakowanie"). 

w pewnym momencie dziecko przybiegło z opinią, że jest fajny konkurs, ale ono nie weźmie w nim udziału, bo to, co by chciało, jest nagrodą za drugie miejsce, a ono przecież wygra i na co mu ten tablet.

nie hamowałam. śmiechu także.

wszak każdy ma swój podwodny świat.

sobota, 13 czerwca 2015

dlaczego płaczesz?

moje starsze dziecko zaczyna i kończy dzień płaczem. i jeszcze wypełnia dzień płaczem. i pomiędzy jednym a drugim płaczem czas wypełnia płaczem. zapewne odreagowuje coś. a ja odreagowuję momenty, kiedy zaciskam zęby, żeby na nie nie syknąć. aż nadchodzi dzień, że sykam i prawdą staje się głupawe powiedzenie bezradnych "bo zaraz będziesz mieć powód do płaczu". nie wiem co robić, czasem nie robię nic, czasem tłumaczę, czasem próbuję dociec, czasem się wkurzam, zwłaszcza, kiedy sama najchętniej zaczynałabym i kończyła dzień płaczem.

dziś również. ona, nie ja. i kiedy rozmawiałyśmy sobie i radziłam jej, żeby może jednak poszła się położyć na poduszkę i popłakać, a nuż zrobi jej się lepiej, bo mnie się robi, ona powstrzymując - nie do końca udolnie - łzy kiwała głową na lewo i prawo, a ja wnioskowałam z tego, że nie chce płakać, ale zapytana dlaczego płacze, bezradnie rozkładała ręce, a łzy same płynęły jej do oczu. 

być może to naznaczenie, że to moje córki. może zoja nie je owsianki na słodko, tylko na słono, jak ja, a natasza żyje nie na słodko, tylko na słono, we łzach, jak ja. może.

mimo wszystko staramy się jakoś zrozumieć i jakoś przetrwać momenty nieustannego płaczu. próbuję, jak dorosłemu, wytłumaczyć, że nie można tak żyć. że nie wszystko jest powodem do płaczu, że może by spróbowała inaczej. spotykam się z wielkim nie wiem, zupełnie, jakbym rozmawiała ze sobą.

i dziś. dziś bardzo chciała nie płakać. była ludzikiem z mangi, któremu drżą oczy, bo są mokre. nic nie kapie, nic ciurkiem nie spływa zahaczając o nos, tylko drży. świat jest zamazany i drży. nie wiedziałam już co począć.

i wtedy moja córka wzięła moją rękę i otarła sobie nią swoje łzy. a mnie porwała przeszłość.

siedziałam jako mała dziewczynka, może nie tak mała, jak natasza teraz, ale wciąż mała i wycierałam sobie łzy ręką taty. szorstką, ciepłą, wielką ręką taty. nie musiało być niczego, chusteczki, rękawa. musiał być tata. i jego dłonie. kilka razy wzniosłam się na wyżyny aktorstwa, żeby nie pójść do szkoły, żeby tata był przy mnie. udawałam, że zasnęłam tak twardo, że nigdy nie wstanę, że nic mnie nie obudzi. byle tylko tata mnie przeniósł do łóżka. zawsze ciepłe dłonie, w których mieściłam się cała. wpadałam. było mi tam ciepło. stawałam się calineczką, mościłam gniazdo w dłoniach taty i świat mógł sobie wirować.

miałam piętnaście lat, albo i dwadzieścia, a chodziłam z tatą za rękę. rzucałam mu się na szyję, wciąż jak mała dziewczynka. już tego nie robię, choć często bym chciała. teraz moje dziewczyny biegną do niego i się przytulają. teraz moje małe i zimne dłonie są dla nich duże i ciepłe, jak dla mnie dłonie mojego taty.

i choć nie mówimy sobie tego zbyt często, właśnie dziś uświadomiłam sobie, dzięki jednemu gestowi nataszki, że moje dłonie zawsze są wyciągnięte w stronę moich dzieci, tak, jak dłonie mojego taty w moją.

dziękuję, tato. prawie czterdzieści lat mi to zajęło, ale wreszcie zrozumiałam. 

i nie płacz, wystarczy, że ja płaczę.

środa, 10 czerwca 2015

mafia cioteczek.

byłam kiedyś sławna. nie żeby gajos, ale też nie krzak, co to w cv sobie może wpisać, że grał w pianiście trupa sześćdziesiątego od lewej, tego twarzą do ziemi, co się przemazuje w pięćdziesiątej minucie na czternastym planie.

gdzieś pośrodku byłam. jestem. bywam. miałam kiedyś zespół. który był samorodkiem. złotą grudą w kupie błota. choć wtedy tego błota było o wiele mniej. byłyśmy zjawiskowe. zadziwiające. głośne. zabawne. nie brałyśmy jeńców. naszą dewizą było krótkie, acz pełne wyrazu: wyjść, zajebać i zejść. byłyśmy młode, pryszczate, pyskate, silne, pewne siebie i potrafiłyśmy się kłócić jak nikt na świecie. bardzo często byłyśmy pijane, rechotałyśmy razem, płakałyśmy razem, obgadywałyśmy się nawzajem za własnymi plecami. ale w większości byłyśmy nieświadome. i to była nasza największa siła.

postanowiłyśmy pozakładać rodziny. a w zasadzie nie miało to nic wspólnego z postanowieniami. mówiłam, nieświadome. rzeczy się działy. i były to cały czas dobre rzeczy. zespół nam się rozpadł. ale spotykamy się razem na wakacjach.

upływ czasu mierzą nam tylko urodziny naszych dzieci. bo nadal jesteśmy pyskate, nierzadko pryszczate, wieczorami pijane, rozrechotane i spłakane. jakby czas stał w miejscu. nadal nie musimy dokończyć zdania, żeby wiedzieć co dalej. nadal między nami jest taka nić, że śmiejemy się z żartów, które jeszcze nie padły. nadal jesteśmy tak blisko, że siedzimy sobie nawzajem w głowach i wyobraźniach.

spotykamy się o szóstej trzydzieści na śniadaniu, umordowane, ze śladami stóp naszych dzieci odbitymi na twarzach, gniazdach z włosów, już ze świeżym jedzeniem na koszulkach. o dziewiątej siedzimy nad wodą, pod wodą, w wodzie, o dwunastej mamy zdarte gardła od "zostaw", "nie wchodź", "puść go", "puść ją", "oddaj jej", "czy ty nie słyszysz", "jak tam zaraz pójdę", "albo razem, albo wcale" i "bo zaraz naprawdę".

patrzymy na siebie zmęczonymi oczami i rechoczemy. a potem płaczemy. a potem jedna drugiej przypilnuje dzieci. a potem to ty się zdrzemnij, ja z nimi posiedzę. a potem kto idzie z ciocią na kombajn? a potem znów za rok.

a za rok przypomnimy sobie co je matka: skórki i pestki z winogron i pieprz co jest naokoło wędliny. więc doprawdy nie wiadomo skąd ta dupa rośnie.

będę tęsknić, cioteczki.


ps to nie do końca ten skład, dlatego


wtorek, 26 maja 2015

mamo.

poniedziałek. czwarta rano. córeczko, wstawaj, musimy jechać do warszawy. dobrze, mamo.
córeczka wstaje. córeczka jest wspaniała.
w samochodzie. córeczko, pośpij, bo przed nami ciężki dzień. córeczka śpi.
dziesiąta rano. córeczko, zjedz rosół, bo potem nie będziesz mogła jeść, ani pić, bo masz zabieg.
córeczka je. pije wodę pod korek.
córeczko, chodź, pobierzemy krew. córeczka idzie do zabiegowego.
jedenasta. mamo, mogę pić? nie możesz. nie pije.
dwunasta. mamo, mogę pić? nie, córeczko. nie.
trzynasta, czternasta, piętnasta, szesnasta. mamo, mogę jeść, pić? jestem głodna, mamo. nie, córeczko, nie możesz.
kroplówka.
jestem głodna, chcę pić.
już, już, córeczko, wytrzymaj jeszcze trochę. zaraz będziesz miała zabieg. 

zaraz przeciąga się do 22:36. do tej pory dziecko płacze z głodu, z pragnienia. w tym czasie inne dzieci pod czujnym okiem chirurga, na którego czekamy, walczą o życie i zdrowie. 
jest 23:30, wciąż poniedziałek. córeczka się wybudza. jest bardzo dzielna, znosi wiele już od dwóch lat, jednak i ona ma swoje granice. popada w rozpacz. narkoza, ból, płacze, krzyczy, prosi. nie mogę otworzyć oczu, mamo, a tak chcę, jestem głodna, boli, nie trzymaj mnie za ręce, to boli, bardzo boli, mamo, bolą mnie nawet łokcie. nie mogę wstać, chcę wstać. mamo, przytul mnie, ale mnie nie dotykaj. 

nie może oddychać z płaczu. idziemy na swój oddział. 
wracaj już do nas, dziecko, proszę. uspokaja się na pół minuty, bo jest wspaniała. za chwilę znów popada w płacz. krzyczy. nie mogę jej przytulić, nie mogę jej wziąć na ręce, nie mogę jej dotknąć, żeby nie sprawić jej bólu. nie dostała przeciwbólowych. nie wiem dlaczego, powiedziano nam, że dostała. gdybym tylko wiedziała, pozwoliłabym jej płakać i krzyczeć jeszcze głośniej. po lekach przestaje ją boleć. nie może złapać tchu przez kilka godzin. tak mija nam noc. 

wtorek rano. boli. mamo, boli. 
jeszcze trochę, córciu, wytrzymaj. 
wytrzymuje. aż do zmiany opatrunków. wtedy ból bierze górę i moje dziecko, moje przecudowne dziecko, które potrafi znieść wszystko, wyrywa się, kopie i rzuca z bólu. trzeba zmienić opatrunki. więc na jej krzyki "mamo, ratuj mnie, mamo, ratuj mnie, mamo, ratuj mnie", jedyne, co robię, to trzymam jej ręce, żeby się nie mogła bronić. twarz wykrzywia mi grymas bólu. boli mnie dusza. boli mnie, że musimy z ojcem jedynym ją trzymać, żeby ktoś mógł jej sprawić jeszcze większy ból. dla jej dobra. 

idziemy na zupę. zasypia podczas dwuminutowego marszu. ręce podkłada pod brodę, wtedy nie boli. śpi mi na rękach. jest mokra od łez i potu. ja też. 
w międzyczasie, w zasadzie pomiędzy jednym bólem, a drugim, wręcza mi laurkę, na której narysowała siebie i swoją młodszą siostrę. 
wszystkiego najlepszego, mamo, to jest to, co najbardziej lubisz. 
zasypia, patrzę na tę kartkę i mogę się wreszcie naprawdę rozpłakać. jeszcze tylko pięćset trzynaście kilometrów w samochodzie i będziemy u babci. 

wtorek wieczór. jesteśmy u babci.

wchodzę do ciemnego pokoju, patrzę na wspaniałą śpiącą młodszą córeczkę. 26 maja. moje święto.

myślę o swojej mamie. nawet nie miałam kiedy pojechać na cmentarz.
łzy kapią mi na policzki. 

ratuj mnie, mamo. ratuj mnie, mamo. ratuj mnie, mamo.

sobota, 23 maja 2015

sinusoida.

sinusoida mojego życia podpowiada mi, że jednak nie można ileś lat leżeć i jęczeć, płakać, rwać i tak już mizernych włosów z głowy, smętnym wzrokiem zerkać w pustą przestrzeń, pociągać nosem i czekać współczucia zewsząd. otóż ludziom zwisa ile już trwa moje iście pod górkę, tak więc nikt nie zwraca uwagi na me powłóczyste spojrzenia, westchnienia i znaczące chrząknięcia przeplatane sapnięciami. przestałam być wiarygodna w swojej niewygodzie nawet dla siebie.

sinusoida podpowiada, że coś być musi do cholery za zakrętem i że może i ostry ten zakręt, jednak po raz kolejny mnie nie wyjebało na bandę i jadę na tym swoim skuterku z tym żwirem w kolanie/oku/sercu, bo jednak trochę mnie na jedną stronę przechyliło. szczęśliwie co rano wdziewam swój pancerzyk z lęku, troski i resztek godności tudzież honoru, do tego trochę poczucia humoru i mogę się dalej turlać po życiowych zakrętach.

zerkając na siebie w lustrze zmęczonym okiem dostrzegłam bowiem prawdę życiową, że nikt o mnie nie zadba, jeśli nie zrobię tego sama. eureka. tadam. mama nie żyje, tata nie dzwoni, sama muszę. boże boże bożenko, naprawdę tylu lat życia trzeba było, żeby ta prosta, acz bolesna prawda dotarła do tej mojej opuchniętej ostatnio głowy? że się jednak nie zrobi. że leżenie w bezruchu owszem, przynosi zmianę, ale zmianę z żywego na nieżywego. że ja jednak muszę działać, coś przedsięwziąć, nie wiem, może na początek nieśmiało zerknę na siebie przychylnym okiem. 

i może by i to nie było złe, jednakże jak już mię oświeciło, to mię od razu poraziło i zerwałam się do lotu jak bocian w sierpniu, bo winter is coming. zaczęłam ja wobec tego nie delikatnym ruchem wprowadzać zmiany, ale rozebrałam się do golca i rzuciłam w basen. dopiero lecąc dmuchałam rękawki, bo pływać nie umiem i zastanawiałam się czy w basenie jest woda, ale nie zerknęłam, bo co to za różnica, skoro i tak lecę. trudno, najwyżej w trybie przyspieszonym przejdę kurs jak pływać w basenie bez wody. oraz jak po raz kolejny pierdolnąć o glebę i się nie zabić.

zaczęłam dbać o ciało i ducha. ducha karmię ćwiczeniami z ważnej książki oraz pogadankami z terapeutą, ciało zaś karmię ciastem, potem wyrzutami sumienia, a potem ćwiczeniami.

biorąc przykład z ładniejszej połowy narodu, fikam sobie z panią chuda-kowską. zaczęłam od prościzny, konkludując, iż naprawdę nudzi mi się to machanie rączkami i następnym razem sobie chociaż hantle wezmę, bo ani połowy zakwasu nie mam. mija któryś dzień, a ja dopiero mam siłę pomyśleć ćwicząc, bo mi pot oczu nie zalewa. najpierw sobie myślę, że jak ona tak ćwiczy i gada. że jak ja bym miała w tym czasie gadać, to jedyne, co bym z siebie wycisnęła przez zęby, to 'kurwa, kurwa'. że nie mam lustra i patrzę w ekran, jak w lustro, a tam smukła blondyna z długim włosiem, spokojna i uśmiechnięta. że najtrudniejsze zadanie to oddychaj miarowo i że tak naprawdę dysząc i robiąc brzuszki przyglądam się plamom na dresie zgadując czy to zupa czy drugie danie i że przysięgam, jestem prawie identiko jak pani ewa.

cóż, dam sobie jeszcze trochę czasu, aż sinusoida mnie zwolni z tego dbania o siebie, bo jeszcze trochę i się zacznę uśmiechać.

poniedziałek, 11 maja 2015

głupi pomysł.

raz po raz strzeli mi do łba jakaś myśl i ją zrealizuję nie wiedzieć czemu. spośród pierdyliona myśli, jakie nieustannie mi przemykają przez głowę wybiorę akurat tę jedną. z tych tysięcy mentalnych eksplozji wybieram sobie swoją supernową i czekam na spektakularne pierdolnięcie. i raz po raz okazuje się, że intuicja bywa upośledzona, miała kaca albo wczasy. 

na przykład przycięłam sobie w podstawówce grzywkę. nie dość, że na mokro, to jeszcze naciągając ją na maksa, a biorąc pod uwagę, że była to prawdopodobnie jedna z pierwszych grzywek w moim życiu, tak więc wyglądałam jak krystel karington, z tym, że na wiejskiej potańcówce. głupi pomysł.

żeby sobie przyspieszyć przebiórki na scenie, układam sobie raz po raz ciuch w taki sposób, żeby tylko w niego wskoczyć i wyjść do ludzi. niestety nigdy nie pamiętam jak sobie poukładałam i zanim znajdę górę, dół, przód, tył, albo cokolwiek, co może pomóc mi zidentyfikować co to jest i co mam z tym zrobić, mijają długie sekundy, a ja jestem zamotana w szmatę i rozrywając ją na jakimś szwie, wychodząc bez ładu i składu, powtarzam w środeczku w kółko: głupi pomysł.

choć wstyd się przyznać, za dzieciaka związaliśmy psu przednie łapy szmatkami i patrzyliśmy jak sobie poradzi. skakał. bardzo głupi pomysł. i nie tłumaczy nas nawet to, że pies był nasz i raczej głupawy. głupi, głupi pomysł.

robiłam gorsze rzeczy, na których wspomnienie mnie telepie. głupie, kretyńskie pomysły.

poszłam w sobotę na pocztę. w małym mieście. głupi pomysł. wszyscy przyszli.
kiedy stałam w długim ogonku, rozejrzałam się po ludziach. mój socjologiczny samozwańczy nos się wyostrzył i jął węszyć. pan, pani, spodnie, buty, gorąc, powolne ruchy pani w okienku, która - jestem pewna - przez cały ten dzień powtarzała sobie 'dyżur w sobotę - głupi pomysł'.

dwaj mężczyźni. młodzi. chłopcy wręcz. tacy, co po nich widać, że cały tydzień było dużo pracowane, a wczoraj dużo pite. włosy z nutrii na głowie, gęste, nieszczotkowane i nieprzycinane dawno, takie z kędziorami na karku. dresy ortalionowe i widać, że siedziane na murku było. i ci dwaj mężczyźni podchodzą do okienka i mówią 'dzień dobry, my zamawialiśmy paczkę z internetu, na stronie jest napisane, że od wczoraj paczka jest u was, a do nas nie doszło awizo, a tam jest biżuteria, bo nasza mama ma dzisiaj urodziny'. uśmiechnęłam się i skarciłam.

ocenianie ludzi? bardzo głupi pomysł.


sobota, 2 maja 2015

moja inicjacja.

kilka rzeczy dostałam od taty - na przykład piwne oczy czy panieńskie nazwisko, a kilka od mamy - na przykład głośny rechot na śmiesznych książkach czy niechęć do ogrodu. od obojga dostałam lęk przed nowym oraz poczucie humoru. kilka rzeczy dostałam też od macochy, na przykład prace w ogrodzie mimo mojej szczerej niechęci do ogrodu. szczera niechęć to w ogóle zbitka-klucz na dawne czasy oraz tamte stosunki i wzajemnie możemy sobie takie plakietki przyczepić. tamte czasy minęły, niechęć do ogrodu została, niestety wspomnienie zbieranych do słoika stonek z ziemniaków także.

mam dzieci. starsze z nich marzy o ogródku. jako, że matka ze mnie może nie tyle dobra, ile niegłucha, postanowiłam zrobić dziecku przyjemność i drugi rok błagań o ogródek zwieńczyć grządką.

teściowa moja, ogrodnicze guru, powiedziała jak to zrobić i nastał maj, więc nie dało się dłużej uciekać, żeby nie zmarnować sadzonek, które babcia wnuczkom obiecała.

wykopałam dziś grządkę. przekopałam kawał ziemi. wydepilowałam planetę z dwudziestocentymetrowej darni, wyrwałam jej gęste zielone włosy, zrobiłam jej laser szpadlem. i tak wiem, że gnoje odrosną, tak więc będę stała na straży i robiła to, czego nie znoszę. mianowicie w kucki, klęczki, z pochyloną głową będę grzebała w ziemi.

dzieci, a jakże, towarzyszyły mi. podjarane grządką. myślę, że trochę mogły być mną ubawione, jak skakałam na szpadlu w trampkach, pod różnymi kątami ustawiając ów, tak, by choć ruszyć ze dwa centymetry tej ziemi, a jak już wbiłam szpadel, to okazywało się, że utknęłam, ale żal mi było wyjąć szpadel, ponieważ te dwa centymetry kosztowały mnie zbyt wiele wysiłku.

zaczęłam bowiem od kretowiska uznając, że skoro czarny koleś wielkości świnki morskiej wykopał dziurkę, to i ja zdołam. jedyne, co mnie w tej chwili z kretem łączyło, to ślepota. musiałam być ślepa, że nie zauważyłam tej plątaniny trawy, którą zamierzałam przetrzebić. rany. w życiu się tak nie spociłam. nawet na maturze. nienawidzę grzebać w ziemi. nie znoszę. ponoć do tego się z wiekiem dojrzewa. no cóż, jestem w ogrodniczym przedszkolu. już nie w żłobku, albowiem odkopując dżdżownicę odrzucam z wrzaskiem narzędzia już tylko na półtora metra, nie na dwa, już nie rzygam na widok larw, mam tylko odruch wymiotny, a korzeniom przestałam odpuszczać. dzieci sprawiły, że jestem twarda.

jednak na wkurwie ma się siłę oraz determinację, wbiłam się zatem w ziemię, dzieci pomogły mi o tyle, że natasza klepała mnie plastikową łopatką w twarz, a zoja pytała w kółko: co to jest? i odpowiadała sobie: nie szpadel, łopata. z czym niestety nie mogłam się zgodzić, ponieważ był to szpadel. tak więc kłócąc się z niespełna dwulatką oraz prosząc ją co dwadzieścia sekund, by zeszła ze stołu/studni/ocynkowanej wanny oraz błagając czterolatkę, by nie klepała mnie już łopatką po twarzy oraz nie wynosiła tą samą łopatką tej ziemi, którą w pocie czoła pozyskuję, zasypując dżdżownice i larwy, po kilku godzinach walki, zrobiłam grządkę. 

na sześćdziesięciu arach ziemi wykopałam pasek siedemdziesiąt centymetrów na półtora metra i uznałam, że "bedzie". resztę dnia, zamiast triumfować, spędziłam na utulaniu w płaczu czterolatki, że nie ma roślinek oraz że nie zasadzę jej tam jabłuszka, ani brzoskwini, ani makaronu.

teraz zaś postanowiłam, co następuje. jest grządka. będą warzywa. trzy selery i pięć porów, jedna cukinia i dwie fasole, ale będą. będę plewić. a niech mi która nie zje tego selera, pora oraz cukinii, to naniosę stonki i każę zbierać do słoika.

taka ze mnie flanca.