wtorek, 27 września 2016

strefa komfortu.

zdarza mi się, że narzucam sobie różne rzeczy. i coraz rzadziej jest to koc na głowę, papierowa torba czy worek po ziemniakach.

tym razem postanowiłam sobie narzucić coś innego. w tym celu niezbędna jest opowieść o wujku tadziku i jego pierworodnym synu zwanym przez nas w latach szczenięcych malowniczo 'małpą'.

otóż zarówno jeden, jak i drugi mają dar, którego mnie brakuje. ja mam coś proporcjonalnie odwrotnego do ich daru. otóż oni zagadują ludzi. znają wszystkich na świecie i pamiętają ich oraz ich pochodzenie, rodziny dwa pokolenia wstecz, zainteresowania, wady, przywary i zalety.

niejaki małpa jest bohaterem wymyślonej przez nas anegdoty (mówiąc "nas" mam na myśli resztę mojego rodzeństwo-kuzynostwa, z którym w dawnych czasach dopuszczałam się wszetecznych bezeceństw przy użyciu alkoholu, innych środków psychoaktywnych, a także niczym nieograniczonej wyobraźni hej), która to brzmi następująco. wyobraź sobie wieś na końcu świata. opuszczoną, małą, otoczoną szarymi polami pobrużdżonymi zardzewiałymi bronami, po których (polach, nie bronach) wędruje anioł w zgrzebnym stroju i niesie kromkę czarnego chleba. no zwykła polska wieś. tylko że gdzieś daleko. i w tej wsi jest bar. drewniany, nieodnawiany, stary, zapomniany bar. w tym barze siedzą trzy osoby o aparycji nie zdradzającej ich płci. i gdyby do tego baru wszedł małpa, przynajmniej dwie z tych osób powiedziałyby: o, cześć małpa.

wujek tadzik, ojciec jedyny małpy, jest człowiekiem, który zagada każdego. dziecko chociażby pogilga, a obcemu psu włoży do pyska przynajmniej rękę. zaklinacz psów. i ludzi. ostatnio jechał z moim tatą daleko pociągiem, mój tata patrzyłby w okno przez sześć godzin, ale wujek tadzik postanowił zagadać panie, z którymi jechali. otóż były to trzy pokolenia dam: babcia, mama i córka, przy tym jak się w międzyczasie okazało, babcia jest osobą śpiewającą. przez pięćdziesiąt kilometrów wujek tadzik namawiał ją, żeby śpiewała, a ponieważ ona była raczej w typie mojego taty, co to przesiedziałby podróż z nosem w oknie, wujek wdarł się na wyżyny negocjacji, albo po prostu wymędził, żeby zaśpiewała. kolejne kilka godzin śpiewali wszyscy razem i tak im wesoło droga minęła, mimo że jechali na pogrzeb.

czemu ja to piszę. bo ja tego nie mam. postrzegam to jako talent, którego dopełnieniem jest pamięć, że człowiek, o którym nie masz pojęcia kim jest, a który ci właśnie powiedział cześć, jeśli wierzyć małpie, jest człowiekiem, którego razem spotkaliście w drodze do łęknicy w dziewięćdziesiątym trzecim, a który stał na stopa zaraz za żarami i miał plecak z naszywką flapjacka, a zatrzymał mu się czerwony fiat mirafiori. mówiłam - talent.

i ja narzuciłam niedawno sobie, że będę zagadywać ludzi. że będę robić coś, czego dotąd nie robiłam, że będę mówić, co myślę. że będę opuszczać ciepłe kapcie w bezpiecznych koleinach własnej strefy komfortu. że będę robić rzeczy inne, niż te, z których się znam. że założę te drugie słuchawki z szuflady, że włączę w nich tę muzykę, której nigdy nie włączałam, że pójdę ścieżką oddaloną od tej, którą podążam codziennie i że zobaczę dokąd mnie ona zaprowadzi.

ścieżki prowadzą mnie - o dziwo - do celu. przy czym samym celem bywają czasami te mikrowyprawy, które sobie urządzam. oczy otwieram szerzej, umysł też, zauważam rzeczy, których wczoraj tu nie było, nie mogło być, a przecież są.

wszędzie chodzę pieszo, by pobyć ze sobą i świadomie przeżywać swoje życie po kawałku. by być stopami na ziemi, a głową w powietrzu. by mnie owiewała moja własna rzeczywistość.

i w ten sposób spóźniłam się na spotkanie, bo zwyczajnie zgubiłam się we własnym mieście. byłam w parku, który zasadzili w tajemnicy przede mną pewnie przedwczoraj, przed kościołem, który nagle w tym parku podrzucili, byłam pod szkołami i przedszkolami, o których nie miałam pojęcia, że są i że jest ich aż tyle. szłam dziarsko chłonąc byt, tlen i orzeszki ziemne, bo tak się przygotowałam do drogi, aż tu nagle uświadomiłam sobie, że za długo krążę po niewiadomych i czas obrać azymut na spotkanie, czyli na botaniczną. ale, ale. gdzie jest botaniczna? postanowiłam użyć nawigacji, która powiedziała mi "kieruj się na wschód". no i zajebiście. wiem, gdzie jest wschód, wystarczy tylko sobie wyobrazić mapę polski i jak stoisz twarzą do morza, to po prawej stronie, gdzie kiedyś była rosja jest wschód, a tam, gdzie niemcy - zachód. reszta to bułka z masłem. pestka. orzeszek ziemny. południe. 

pozostało mi tylko dowiedzieć się twarzą do czego stoję. tak na marginesie - powinna być aplikacja "twarzą do czego stoisz app", ale nie ma. musiałam więc zasięgnąć wiedzy z czeluści swojego umysłu. chciałam najpierw odymić szkiełko i patrzeć na słońce, być może udałoby mi się dojrzeć gwiazdę polarną, która wskazuje północ, niestety nie wiem komu, kiedy i na jakiej półkuli, dodatkowo tarcie patykiem o patyk, żeby wykrzesać ogień odpadało, bo do spotkania było dziesięć minut, a według nawigacji iść będę siedemnaście. niestety, nawigacja nie uwzględnia czasu krzesania ognia za pomocą tarcia patykiem o patyk, choć na pewno by mi się udało, bo zajebiście szybko i dosyć często kręcę kwyrlejką ciasto na naleśniki. niestety krzemień, który nosiłam ze sobą, żeby pokazywać dzieciom iskry, zostawiłam w drugiej kurtce. z nim byłoby szybciej.

pozostało mi znaleźć północ za pomocą mchu, który obrasta kamienie. ponieważ szłam nowoczesną ścieżką z polbruku w czystym parku, wypatrywanie mchu wcale nie było łatwe. nie mogłam bowiem dojść do wniosku czy mech wie, że polbruk to sztuczny kamień i czy to ma wpływ na to, że jeśli już go obrasta, to czy nadal od północy. potem załamałam się, ze nawet mech kurwa wie, gdzie jest północ, a ja nie. 

tak czy inaczej byłam spóźniona i to, co przedsięwzięłam, to nie wyjście, a nawet wytruchtanie ze strefy komfortu. opuściłam ją w podskokach w miejsce bardzie cywilizowane, w którym nawigacja się połapała i zamiast "kieruj się na wschód", powiedziała mi po ludzku: "w prawo". dotarłam.

wobec powyższego nie poddałam się przeciwnościom i niezrażona niepowodzeniami postanowiłam dalej czynić sobie ziemię poddaną i dalej opuszczać strefę komfortu obserwując wszystko, co temu towarzyszy, nawet uczuciu zażenowania, kiedy mówiłam "ależ pan ma przyjemny głos" do kolesia, który mi sprzedawał kaloryfer.

w ten sposób trafiłam w miejsce, w którym znajdowała się piękna kobieta. i ja też tak pomyślałam: "jaka piękna kobieta". a potem pomyślałam, że muszę jej to powiedzieć, że właśnie się nadarza super okazja do tego, by powiedzieć co się myśli, opuścić swoje ciepłe kapcie i sprawić komuś przyjemność. więc zebrałam się w sobie, opanowałam pąs, który spłynął był na me lico i powiadam: "przepraszam, że się ośmielam, ale ostatnio postanowiłam mówić ludziom, co myślę, bo te myśli są fajne i chciałam pani powiedzieć, że jest pani niezwykle piękną kobietą". pani się uśmiechnęła, co uczyniło ją jeszcze piękniejszą, pąs przeszedł na jej lico, co odjęło jej tylko lat, bo jak się później okazało, pani była już babcią, a wówczas pani z całą swoją delikatnością i kobiecością powiedziała: "dziękuję. niestety nie mogę powiedzieć tego samego".

i co z tego, że pani za kilka sekund zreflektowała się, jak to zabrzmiało i wytłumaczyła mi, że nie jest jeszcze na tyle odważna, by mówić co myśli. 

ja już śmigałam w ciepłych kapciach po wygodnych koleinach i rechotałam komfortowo jak zwykle.

piątek, 16 września 2016

dziura.

nie wiem, jak to się dzieje, ale znowu musiałam komuś pomóc. starszy pan wlazł i nie umiał wyleźć. był już przy nim chłopak, który mu pomagał, ale sam nie dawał rady. pan przeciskał się przez szczelinę, nad którą nawet mój kot by się zastanawiał, ale pan był uparty i jak żółw cisnął wytrwale na północ, szurając obuwiem po podłożu. było trochę jak w bajce: pan się nie przesuwał, choć szedł i było to dla niego zastanawiające, jak dla mnie to czy tojtoje kiedykolwiek są nowe i pachną oraz a. jak on tam wlazł, b. po co. pan był za żywopłotem i siatką, niewysokie toto, gdzieś na metrze się kończyło, ale pan też był niewysoki, życie już starło mu część człowieczeństwa, a nogi, cóż, mniej rącze, niż onegdaj.

chłopak więc podstawiał mu tak zwany koszyczek, by pan poprzez niego wlazł na murek, pan dodatkowo haczył o siatkę w płocie i trzymając gazetę zwiniętą w rulon, to pacał nas znacząco w celu nie wiadomo jakim, to powiadał niewiele więcej, niż "czekaj pan". mnie jakby nie zauważał. ja skupiałam się na zachowaniu panowej odzieży w całości, chcąc odebrać go po lepszej części żywopłotu i siatki. wszystko to działo się w centrum miasta, a my z chłopakiem nad głową pana minami i ograniczonymi gestami (na rękach chłopaka stał pan, a ja jedną ze swoich wysupływałam druty z turkusowych spodni od garnituru) próbowaliśmy dojść skąd pan się tam wziął. 

na szczerze i wprost zadane przeze mnie pytanie, do zadania którego dodatkowo wyrwałam mu gazetę z ręki, żeby zwrócić jakoś na siebie jego uwagę: jak pan tam wlazł?? usłyszeliśmy tylko: czekaj pan.

nie wytrzymałam i po kolejnej nieudanej próbie tworzącej sytuację patową, postanowiłam otruchtać przestrzeń z siatką i żywopłotem, by znaleźć, do cholery, dziurę. znalazłam. pan wlazł dziurą przy schodach. próbował wyleźć identyczną, tylko przy drugich schodach, przy których ktoś postawił betonowy słupek, żeby nikt tam nie właził. albo na złość. kiedy zadowolona podbiegłam do pana i chłopaka, pan już szedł powoluśku na wolności wymachując gazetą, chłopak natomiast szedł w przeciwną stronę kiwając głową. życzyliśmy sobie wszyscy dobrego dnia i już.

niby i już. niby nic. ale jednak zaczęłam się zastanawiać. że może to jest znak, że powinnam iść gdzieś na wolontariat, że co ja tak cały czas pomagam, że co to za symbolika i o co w ogóle mogło chodzić. i wiem.

tak wygląda właśnie moje życie. problemy rozwiązują się same, dokładnie wtedy, kiedy ja szukam dziury w całym.

wtorek, 6 września 2016

klucze.

kochany pamiętniczku. dawno nie pisałam. ale na wstępie mojego listu pozdrawiam cię serdecznie.
co u mnie. hm. 
kiedyś to było lepiej. albo chociaż inaczej. a teraz? teraz jest tak. czy to dobrze? no sama nie wiem, bo wiesz...

dzieje się wiele. kiedyś z powodu tych wszystkich dziań miałabym nieustanną erupcję emocji, wulkan wybuchałby i gasł, żeby znów wybuchnąć. czasem czarnym, a czasem czerwonym. lawa lałaby się strumieniami, gorąca, wysycona czymś takim, że albo się w niej zatopić i zastygnąć, albo na ten tychmiast spierdalać, a i tak wszystko przykryje gruba warstwa szarego pyłu. kiedyś miliony zdarzeń, które występują na mojej pokrętnej drodze byłyby zaczątkiem czegoś. 
a teraz?
teraz idę, a zamiast wulkanu mam emocjonalną purchawkę, dojrzałą. nadeptuję, coś tam się niezbyt wysoko uniesie i opada. naokoło i niezbyt żyźnie. w chujni z grzybnią nie ma harmonii, akurat trochę więcej chujni. grzyby nie rosną, myśli nie kiełkują, a nawet, jak zakiełkują, to więdną, jak rozalka w opowiadanej przez babcie lusię bajce o liczyrzepie: "ech, ech - i zwiędła".

próbuję rozkrzesać te myśli, pocieram, pocieram cały czas czubkami palców o czubek głowy, coś tam się zajarzy, zaiskrzy i mokre, spocone od strachu ręce zatęchną każdą, choćby najmniej, a może najbardziej roziskrzoną myśl. śmierdzę, jak martwe zwierzę wtedy. jak opalana kura. gęś. jak pyszczek świnki nad gazem. skwierczę i śmierdzę zjaranym włosiem. na samą myśl mnie mdli, więc znów staram się nie myśleć, nie drapać w czubek, nie krzesać iskier. tak źle i tak niedobrze. niedobrze mi.

pojebały mi się bajki, taki trochę król midas z taką trochę elsą. czego się nie dotknę, zamieniam w lód. skostniałam. iksmen z niezrozumieniem swojej mocy. lub też raczej niemocy. moją mocą jest niemoc. tłusty, próżny midas ze mnie, tylko złota nie mam. mrożę, ale kibić mało disnejowska, oczka bardziej kaprawe, usteczka nie tak bardzo w ciup i ten warkocz do pół dupy. a ja tylko pół dupy. zza krzaka.

pani sopelek. zimna irlandzka ryba. królowa chłodu z mokrymi dłońmi. co jest kurwa?

kiedyś był pomyślunek, teraz pomylunek.

rodzina sukcesywnie wchuchuje we mnie trochę ciepła, każdego dnia. wytapiają mi przeręble w pokrywie, w osłonie i dziurkują zmrożone osierdzie wpuszczając tam wiązki ciepłej miłości - życia. tylko dlatego jestem. że oni są. że codziennie suszą mi ręce i moczą mi włosy. moczą mi oczy, gdy patrzę na nich. łzy, gorące łzy rzeźbią w lodzie zmarszczki. te już zostaną na stałe, nikt nie wynalazł emocjonalnego botoksu, nawet za pieniądze.

zarobiłam czterysta złotych. ucieszyłam się. uśmiechałam nawet. następnego dnia poszłam do dentysty i wydałam trzysta trzydzieści. zasmuciłam się, chciałam nawet rozpłakać, ale nie byłoby widać mojej wyczyszczonej po pięciu latach jedynki. warczałam więc idąc i myśląc, że szkoda, że nie jestem kimś innym. 

nie jestem. jestem sobą. jakże trudno to zaakceptować. kiedy już chciałam położyć się w kanionie słonego błota, w którym nieustannie grzęznę, do którego sukcesywnie dopłakuję hektolitry łez, pomyślałam, że nie. ni chuja. dosyć tego. dosyć tego chorowania, dosyć tego złego, co nie chce wyjść na dobre. dosyć emocjonalnej suszy i w ogóle dosyć.

miałam się tarzać w błocie, miałam mieć woodstock w żałobie, ale wyimaginowany skafander na mózg i do przodu.

brnę i patrzę: starsza pani. ledwie idzie. w środku miasta. ludzie mijają ją, ja nie mogłam. pomóc pani?
o tak, dziękuję.
co się dzieje?
słabo mi, czarno przed oczami, nie mam sił.
niech pani usiądzie, wezwę karetkę. 

wezwałam. rozmawiam z panią marią, patrzę na jej równiejsze od moich zęby, bielsze i droższe. "tylko życie jest ważne. zdrowie i życie. tylko." - myślę. pani maria dziękuje mi po wielokroć. swojej mamy nigdy tak nie trzymałam za rękę jak ją teraz. patrzę w jej wyblakłe, błękitne, uśmiechnięte oczy. w jej zmarszczki tak niepodobne do moich. biorę klucze od jej roweru i obiecuję, że zaniosę je córce, która tu w sklepie niedaleko pracuje, niech ten rower schowa. 

a może to już czas? pyta pani maria i patrzy na mnie.
nie, nie czas, pani mario. jeszcze nie. pani świeczka jeszcze się pali.

wyglądam karetki. nadjeżdża. 
pani maria wsiada, ja stoję z czerwonymi kluczami od jej roweru. ogląda się ostatni raz i mówi:

"pani się zjawiła, jak ja pomyślałam: znasz, boże, moje serce. pomóż".

stoję z kluczami.

"pani jest aniołem".

stoję. ale tylko ułamek sekundy. otrzepuję z siebie całe błoto z kanionu i idę.

a może frunę?

oddać klucze.

czwartek, 4 sierpnia 2016

szkoda? może.

z książki, jaką zalecił mi przeczytać dobry człowiek wynika, że dobrze by było, gdybym uprawiała jakąś formę ruchu oraz słuchała ulubionej muzyki, bądź śpiewała. ponieważ nie jestem aż tak odważna, by śpiewać publicznie, bo tak właśnie postrzegam śpiewanie w bloku z wielkiej płyty, słucham. a ponieważ z moich osobistych obserwacji wynika, że dobrze robi mi również poprzebywanie raz po raz w samotności, w związku z czym łączę tych kilka faktów i chodzę popracować pieszo ze słuchawkami na uszach. w ucho sączy się to, co akurat dziś jest moim ulubionym, do czego albo żwawo maszeruję podskakując i wymachując kończynami górnemi, albo niemrawo szuram jak kuracjusz w sanatorium na pożegnalnej potańcówce, któren wreszcie po dwóch tygodniach ośmielił się do panny krysi zalotnie podszurać i wyszeptać w uszko: pucio pucio.

nie da się ukryć, że jestem wówczas sama ze sobą, ale trochę też z otoczeniem. oraz idę popisać, wszystko więc składa się ku najlepszemu, toteż rozglądam się i myślę. nie przeszkadza mi w tym ni podskakiwanie, albowiem natenczas wszyscy się na mnie patrzą, a i ja zerkam odważnie (bo okiem odzianym w przyciemniany okular) w ich twarze i czytam sobie, interpretuję, dodaję i biorę, ani szuranie, bo wówczas patrzę w chodnik, przed stopy swoje, a wtedy mijam grafitti, które ktoś cwanie tamże zamieścił i raz po raz mijam słowa "sment". z całej siły staram się nie nadepnąć smentu, już linie na chodniku mi tak nie przeszkadzają, zresztą od czasu polbruku cała psycha w krzaki, nie da się iść nienadeptując, więc mijam sment. i tak sobie to życiowo tłumaczę. że mijam sment. omijam, nie dotyczy mnie. wiedzę go i mijam. brawo ja.

dziś tak idę trochę podskakując, ale nie zanadto, ponieważ plecak napakowałam dobrami z popularnej drogerii i ciążył mi niezwykle oraz rzegotał plastikiem o plastik, bo kupiłam te małe pojemniczki, co się do nich przelewa z tych półtoralitrowych butli, co są tańsze, bo megailość, a które też wzięłam, żeby mieć co i z czego przelewać do tych małych. kupiłam też mydło, ale to zupełnie nieistotne.

idę. i przede mną maluje się obraz. dwie dziewczyny. a resztę dopowiadam sobie sama, bo właśnie to widzę. dwie piękne, zgrabne, młode dziewczyny. tak młode, że w ramionach jeszcze szersze, niż w biodrach, nie jak ja, że jak macham rękami, to obijam się o biodra. one między smukłymi rękami a biodrami mają tyle miejsca, że spokojnie dorodny kabaczek przelezie, a może i nawet patison i to frontem. 

piękne. tyłem piękne, ale mój mój mózg stwierdza, że nie muszę widzieć przodu, jest równie piękny. to takie dziewczyny, co noszą modne spodenki z wysokim pasem i w tym wyglądają dobrze, a są na tyle szczupłe, że za pas od tych spodenek można spokojnie wcisnąć coś obszernego, nie że worek kartofli, ale taką - dajmy na to - paczkę krakersów to na luzaczku.

opalenizna piękna, wakacyjna, letnia, ale nie z leżaka, koca, ani ogrodu działkowego, o solarium nie wspominając, albowiem opalenizna jest z trzepaka, rolek, roweru, basenu ogrodowego, nienachalna i spontaniczna. 

włosy farbowane słońcem i czesane wiatrem, pasemka, jakich żaden spec od fryzur nie zrobi, niezależnie od tego ile godzin w worku na sobie, w jakimkolwiek salonie byś nie spędziła. ombre rasowe, zrobiło je zeszłoroczne słońce, przyklepała zima pod czapką, teraz mieni się kilkoma odcieniami blondu i ciepłego brązu. a piękne, że wyrwać by takiej kudły i zanieść do wspomnianego wcześniej salonu ze słowami: poproszę tak.

pupki wąskie, nogi długie, włoski na nich niewidoczne. o, obróciły się. twarze nieskażone przebarwieniami, pękającymi naczynkami, wąsem, regulowaną brwią, pudrem, tuszem, różem, ani widocznym dojrzewaniem.

po prostu piękne, naturalne nastolatki. wędruję za nimi w swoich trampkach z oszą, z działu dziecięcego, myślę o swoich dzieciach, przypominam sobie ich bose stópki, które wielbię, ich oczy, usta, nogi, włosy, dłonie, kolana, uszy. są idealne. myślę, że mamy tych nastolatek myślą o nich tak samo.

że piękne. że od zawsze piękne i że na zawsze piękne. niezależnie od tego czy i co oraz kiedy sobie na ciele na zawsze narysują, gdzie sobie zrobią dziury i przede wszystkim po co, co sobie narysują na twarzy, co uwydatnią i czym, zawsze będą piękne. jak moje dla mnie. córki. dzieci. krew z krwi.

szkoda. jak bardzo szkoda, że maszerując i obijając się rękami o własne biodra, szersze od ramion, a mimo to obiektywnie rzecz ujmując, w miarę wąskie, te same biodra, które wydały na świat moje idealne dzieci, nie myślę w ten sposób o sobie.

a może po to ten ruch, ta muzyka i to bycie ze sobą, żeby to podejście zmienić?

może.

może...

środa, 20 lipca 2016

mój patriotyzm.

nie jestem politykiem, ani dyplomatą. muszę jedynie wspólnie z mężem kierować budżetem domowym, reprezentować swoją rodzinę, żyć tak, żeby patrzeć w oczy dzieciom z godnością, ucząc jej jednocześnie.

nie jestem ekonomistą, muszę zerkając na konto zrobić tak, żeby wystarczyło na chleb, ziemniaki, mąkę niezależnie od tego jak bardzo zajebisty ekonomista rządzi tym krajem.

nie jestem matematycznym omnibusem, moja dusza raczej krąży wokół humanistyki, niż wiedzy ścisłej, choć swego czasu wygrywałam olimpiady z fizyki, a moim dziadkiem był genialny matematyk, ale oprócz tego, że skończyłam polonistykę, skończyłam również mat-fiz i wiem, że za prąd, wodę i gaz trzeba zapłacić i ile. wiem, że 500 plus dla naszych dzieci teraz, będzie dla nich  
jakieś 20 000 minus, kiedy będą wybierały profile swoich szkół.

nie jestem wybitnym specjalistą w żadnej dziedzinie, ale często bywam w warzywniaku i wiem, że pietruszka kosztuje 9,50. wiem, że żeby moje dziecko się dobrze czuło, musi jeść chleb droższy, niż najtańszy.

nie jestem wykwalifikowaną kadrą rządzącą, nie mnie zajmować się budżetem państwa, nie mam wiedzy, żeby decydować o czymś tak wielkim, jak pieniądze kraju, ale wiem, że pielęgniarki, które strajkowały w centrum zdrowia dziecka odeszły od łóżek pacjentów. widziałam tych pacjentów. widziałam ich powykrzywiane główki, nóżki, pompy wiszące zewsząd, kable wspomagające życie, worki na siku i kupę, a także odrastające włosy, puste szczęki, bo zęby wypadły, specjalistyczne kamizelki, buty, z dwudziestotrzyprocentowym watem. widziałam dzieci w piżamach, rajtuzach, chustkach na głowach, perukach, dresach, sukienkach, spodniach, kapciach tanich i drogich, butach kolorowych i szarych, jak twarze i oczy rodziców tkwiących przy tych dzieciach. myślących co kupić, kiedy, a także o tym, z czego mogę zrezygnować, żeby dziecku sprawić radość w chuj niewygodnymi bucikami z plastiku, świecącymi i grającymi, na widok których dziecku pierwszy raz od dawna rozbłysły oczy.

widziałam zmęczone matki, wyprutych ojców, porzucone noworodki z amputowanym okiem, płaczące, bez mamy, widziałam ojców odchodzących od szarych matek tych dzieci, ze słowami: "nie dam rady", widziałam wymiotujące dzieci, sine, z torsjami, w ramionach matek, ojców i tych pielęgniarek, o których przed chwilą napisałam, myślałam, że nigdy już ich nie zobaczę, a jednak buciki kilka dni później świeciły w ciemnościach szpitalnego korytarza.

widziałam w tym szpitalu snujące się matki jedzące suchy chleb z czyjegoś śniadania, bo nie miały pieniędzy na nic innego, którym słowo "praca" majaczyło jak jakiś jebany eden.

widziałam o wiele więcej. widziałam ludzi grzebiących w śmieciach w poszukiwaniu jedzenia, widziałam niewidomą staruszkę zbierającą w parku żołędzie i pytającą innej staruszki czy to co zebrała jest jadalne.

co dzień widuję młodzież w zbyt krótkich spodniach, z których wyrosła, ale rodzice nie kupują im nowych, bo i tak do szkoły trzeba będzie kupić.

widziałam umierających ludzi, którzy nie zdążyli z wizytą na nfz.

nie jestem żadną wyrocznią, żadnym specjalistą, żadną wyedukowaną personą. jestem kobietą, jestem matką, jestem człowiekiem, jestem polką.

i brzydzę się rządzącymi swojego kraju.

prezes nie ma dzieci, umrze i chuj. a moje dzieci będą żyły w tej rozjebce, spłacały pomysły rządu, chyba że zawczasu im poradzę, by się stąd zwijały.

jak to możliwe, że robert biedroń zwalnia rzecznika, bo sam da radę, nie przywłaszcza sobie jego poborów, tylko rzeczowo, z godnością i dystansem do siebie pełni swoją funkcję, a banda w moim odczuciu intelektualnych karłów, która za pięćset złotych kupiła głupszą część narodu chce okraść nas na naszych oczach, a my możemy tylko z wkurwa opluć telewizor i wyłączyć internet?

szanowni państwo posłowie, przejdźcie się wy po ziemi, po polskiej ziemi, z której jesteście tacy dumni, po tych dziurawych ulicach, zasranych chodnikach, śmierdzących bramach, zatęchłych przystankach, popatrzcie na żebrzących ludzi, na starsze osoby u lekarza, na głodne dzieci, idźcie sobie do jakiegokolwiek szpitala, powąchajcie zepsutą krew w obdrapanych murach, spróbujcie ich posiłków, postójcie na nogach kilka godzin bez waszych drogich, pięknych garniturów, garsonek i broszek. 

a potem oddajcie nasze, kurwa, pieniądze.

środa, 13 lipca 2016

to nic.

znowu gównoburza.
znowu wrzuciłam granat do szamba.
znowu mam swoje zdanie.

pytania: po co?
no: po co?

kiedyś miron białoszewski napisał "wywód jestem'u". kończył się tak: "każdy jest dla siebie najważniejszy, bo jak się na siebie nie godzi to i tak taki jest się jaki jest".

to mój manifest. zwłaszcza, że zaczyna się od "jestem sobie jestem głupi".

zamieściłam w instagramie zdjęcie, na którym jestem zmęczona, rozczochrana, zasmucona, niewypoczęta, niepomalowana. już nieważne, że tego dnia przebiegłam kilka kilometrów w dresie i w upale dla własnego fanu, a potem kilka kilometrów w dżinsach, trampkach i upale dla fanu dzieci. 

to nic, że zbudowałam sto babek z piasku, które na niby zjadłam. to nic, że huśtałam, wkładałam do huśtawki, wyciągałam, kręciłam na karuzeli z atrakcjami pokrzykując zdania typu: wszyscy pasażerowie lecący na planetę saturn proszeni są o zajmowanie miejsc, ustawianie foteli w pozycji pionowej i zamknięcie stolików. to nic, że najpierw kasowałam ulgowe i normalne z mleczy i puszków. 

to nic, że zatykałam dzieciom uszy, kiedy ukraińscy budowlańcy rzucali wiąchy na prawo i lewo z gatunku takich, co ich w myśli się czasem nie odważę wypowiedzieć, a nie przy dzieciach to raczej klnę. 

to nic, że zrobiłam w międzyczasie zupę i drugie. to nic, że się poparzyłam, a dziecko płakało, że tym samym zmarnowałam bułkę tartą, więc ono nie zje kalafiora. to nic, że wstałam o 5:40 dodatkowo wstając do dzieci kilka razy w nocy, ostatecznie kapitulując nad ranem po płaczliwych negocjacjach, że nie będą spały u siebie. 

to nic, że wstawiłam i wywiesiłam dwa prania i poskładałam, że poszłam z dziećmi do warzywniaka, że dzieci wyły, nie płakały, wyły przez cały dzień z powodów każdych. to nic, że przebrałam je ze dwanaście razy i nadal coś było nie tak. to nic, że rysowałam triceratopsa, choć nie umiem i dżungaripterusa, choć nie wiem jak wygląda, co też wywołało morze łez. 

to nic, że padam na ryj, mam dość, chce mi się wyć, a w międzyczasie byłam na budowie i trochę obkleiłam okna, to nic, że zamiast wybrać kafelki biegałam za dziećmi i łapałam w locie te, które strącały, bo chciały się do nich przytulać. to nic, że wszystkie rękawy mam do kolan, podobnie ręce. to nic, że czystych butów nie miałam na nogach od pięciu lat, że cały czas muszę gdzieś podbiegać, kogoś złapać, przynieść, wysikać, umyć ręce. 

to nic, że wiecznie ścieram masło z rąk, piasek z tyłka, włosy z oczu, czeszę zylion razy dziennie na półtorej minuty. to nic. w międzyczasie próbuję gdzieś zadzwonić, na czymś poleżeć, coś przeczytać (innego niż atlas dinozaurów, encyklopedia świata, dzikie zwierzęta czy kopciuszek), zrobić siku i nie poparzyć się herbatą. 

nie miałam pomalowanych rzęs. zła, zła matka.

niedziela, 3 lipca 2016

znowu te liczby. znowu trzy.

byłam jedenasty dzień na patologii ciąży. mój ginekolog wyjechał na wczasy i zalecił mi, bym przyszła do szpitala, by mieć opiekę, zwłaszcza że do szpitala miałam 60 kilometrów, w domu dwulatkę pod specjalnym nadzorem i bałam się czekać do ostatniej chwili. ponieważ miałam założony pessar na skróconą szyjkę macicy, byłam pewna, że urodzę przed czasem, szybko i byłam pełna nadziei, że bezboleśnie. to ostatnie było akurat głupie, przecież miałam jeden poród za sobą i wiedziałam, że to boli. jednak nadzieja umiera ostatnia. bo pierwsza umiera z bólu rodząca matka. o dziwo, tego naprawdę nie pamiętam. pamiętam, że bolało, ale oprócz tego, że w chuj, to nie pamiętam jak.
byłam zatem jedenasty dzień w nowiuśkim szpitalu, w którym ściany nie przesiąknęły jeszcze ani krwią, ani smółką, ani potem, który po wszystkim cieknie mamom, położnym i lekarzom. ojcom, oczywiście, również. z przejęcia, strachu, chęci pomocy i przerażenia, do tego stopnia, że z rąk wyślizgiwały się nożyczki mocujące się z twardą, grubą, jakby gumową pępowiną.

nie było mi źle. skurczów nie czułam, czatowałam na trakcie porodowym i wszystkim rodzącym gratulowałam, a tym, które jeszcze miały siłę na żarty, mówiłam, że halo, jest kolejka, ja tu byłam pierwsza i teraz ja rodzę, proszę się wstrzymać. wszyscy się ze mnie śmiali, że dostanę kawałek czerwonego dywanu, plastikowe kwiaty i pół etatu w służbie zdrowia, będę rozwijać dywan przed matkami wyjeżdżającymi na wózkach z porodówki, wręczać kwiaty, na końcu odbierać bukiet i zwijać dywan. pokusiłabym się również o sypanie kwiatów i trzaskanie pamiątkowych fot, ale nie każdej kobiecie do twarzy w sinoczerwonym zabarwieniu, sklejonych rzęsach, czy pękniętych w oczach żyłkach. za to każdej do twarzy z tym blaskiem, który wyziera zza całej sylwetki, mimo, że część tej sylwetki piecze, część boli, część krwawi, część się obkurcza, a część tryska mlekiem.

trzy razy wywoływano mi poród oksytocyną, bo już naprawdę nudziło mi się w szpitalu, moje starsze dziecię przyjeżdżało co dzień i prosiło, żebym urodziła już to dziecko, bo jej w ogóle na ręce nie biorę. nic z tego. przeszłam sto pięter w górę i w dół, przeszłam cały sulechów z północy na południe i ze wschodu na zachód i nic.
jak nic, to nic - powiedziała renia, moja cudowna położna - czekamy, ona wie kiedy przyjść.

i czekałam.

ten dzień nadszedł. noc nawet. wiedziałam, że to już. wiedziałam, że renia ma dyżur i nie będę musiała po nią dzwonić, wszystko zaczęło się dobrze składać, zwłaszcza ja. w okolicach piątoszóstej poszłam do reni. "chyba już" - mówię.

dzień wcześniej ojciec jedyny był z nataszą tam i z powrotem na chemii w warszawie. bardzo nie chciałam rodzić sama, ale wiedziałam też, że każdy miał swoje zadanie do wykonania. wrócili w nocy, tej nocy. 
nauczona doświadczeniem wiedziałam, że mąż mój zdąży się wyspać, zawieźć naszą starszą córę do babci, przyjechać, potrzymać mnie za rękę, a ja nadal będę w dwupaku. tymczasem o siódmej odeszły mi wody i renia powiedziała: "dzwoń po bartka, bo nie zdąży".
zadzwoniłam.

wręczył śpiące dziecko w piżamie babci w szlafroku pod blokiem i popędził do mnie.
zojka była w gotowości. wtedy było mi cholernie źle. cholernie chciało mi się spać. nataszę urodziłam na podłodze, nie dotykając ani razu łóżka. z zoją wdrapałam się na łóżko i chciałam spać. nie udało mi się wdrapać całkiem, głowa zwisała mi smętnie z boku, a z głowy równie smętnie sączyła się ślina. skurcze miałam rzadko, ale za to bardzo bolesne. renia spytała czy mi poprawić głowę. nie. czy mnie przykryć. tak. czy mnie odkryć. tak. czy mnie znowu przykryć. tak. czy mi wytrzeć twarz. nie. patrzyła na ekrany, mierzyła co trzeba, kazała spać, kiedy chciałam spać. po kilku obrotach powiedziała do mnie: "już wiem. ona jest zawinięta w pępowinę. jak masz skurcz, to jej spada tętno, a jak śpisz, to wraca do siebie. powiem ci, kiedy ją wyprzesz".

zojka się pcha, ojciec jedyny pędzi, ja wiszę szepcząc: nie mogę, renia ratuj, renia mnie uspokaja, prowadzi suchą nogą na drugi brzeg rzeki i nagle mówi: "nie idzie, czeka na tatę". "zoja, zlituj się, błagam" - myślę ja. nie. akcja stop. wchodzi tata. tulą się z renią, oglądają aparat fotograficzny z dyżurnym lekarzem, mam jeszcze siłę powiedzieć z półuśmiechem: "hej, tu się rodzi" i wtedy renia mówi: "idzie, przyj". przy spadku tętna każe mi wyprzeć zojkę, w ułamku sekundy odwija ją z pępowiny i tętno natychmiast wraca do normy.

piętnaście minut później sina, ale z blaskiem jadę z zawiniątkiem na swoją salę. po południu przyjeżdża natasza, patrzy na zawiniątko i mówi: "ach, to ty".
dopiero wtedy płaczę wzruszona.

dziś, dokładnie trzy lata później, patrzę na obie jak grają z tatą w bilard i łza jakoś sama płynie.

udanego życia, zoju.