czwartek, 25 maja 2017

a ty?

wybuch w manchesterze. mam tam kuzynkę. piszę do niej wiadomość, nie odpowiada. nie wytrzymuję, dzwonię do jej mamy, tu w polsce. wszystko jest w porządku, są bezpieczni. rozmawiam chwilę z ciocią. oczywiście pyta jak nataszka. opowiadam. ni stąd ni zowąd, z zaskoczenia, ciocia mówi do mnie: podziwiam cię, jesteś bardzo silna. nigdy się nie poddasz, prawda?

prawda, ciociu.
prawda, świecie.
nigdy się nie poddam. 
krew z krwi, kość z kości. 
moje serce. moje dziecko.

odkładam telefon, wracam do pracy.
akurat w tej chwili gram trudną rolę. morduję i kroję człowieka.
produkcja tania, mimo to staram się jak umiem najlepiej.

siedzę na nogach aktora, który gra, że umiera. gram, że czekam, aż przestanie oddychać. "stupor" - słyszę - "magda, stupor". gram stupor najmocniej, jak potrafię. za bardzo się angażujemy. reżyser wstrzymuje zdjęcia. ekipa milczy. za chwilę klaszcze. przerwa. kto pali szlugi, ten idzie zapalić. kto widzi, że jestem spocona i ledwie stoję, przynosi wiatrak i wieje mi na ciało, włosy, na gorącą od tego wszystkiego głowę.
gosia gra, że ćwiartuje. nie daję rady być w tym samym pomieszczeniu. reżyser powtarza: to tylko film, bawimy się, to się nie dzieje, to nie wy.

scena, w której niesiemy torby ze zwłokami na niby, "upuść torbę, jak złapiesz światło" - słyszę. i: "stupor, magda". stupor mam chwilowo na drugie. dwa dni po czternaście godzin zdjęć. wszyscy jesteśmy zmęczeni. powtarzamy uderzenia, zamachy, stupory. upuszczam torbę w plamie zachodzącego słońca. wszyscy milczą. w moim stuporze zastygli.
taka robota.

nie, nie poddam się nigdy.
choćbym miała to zagrać.
choć nie jestem aktorką.
nigdy się nie poddam.

jestem kotem. nie podejdę, jeśli nie chcę, możesz mnie pogłaskać, ale mogę pokąsać, jeśli mi się nie podoba. leżę w słońcu, nieustannie grzeję futro. idę tam, gdzie chcę iść, tylko wtedy, kiedy chcę. jestem naprężona, kiedy poluję, jestem miękka i gibka, kiedy idę tam, dokąd idę. nikt nie wie dokąd. ścieżka prowadzi tylko mnie. 

jestem kotem. walczę o dzieci jak lwica, liżę rany i spadam zawsze na cztery łapy. czasem wydaje mi się, że ktoś mi przyczepił do grzbietu chleb z masłem, wyrzucił mnie przez okno i patrzy czy spadnę na cztery łapy, czy pierdolnę masłem o ziemię. za każdym razem udaje mi się jednak wywinąć. zjadam wtedy z satysfakcją kromkę z pleców. ostentacyjnie zlizuję masło i prycham światu w okrągłą twarz. 

jestem kotem. jestem wolna. zanim drasnę kogoś na zawsze, jeszcze się z nim pobawię, jeszcze dam mu poczuć, że coś może, kiedy ja dawno wiem, że nie.

jestem kotem. czasem w klatce, którą - kiedy ktoś zdoła otworzyć - opuszczam powoli, ale zaciekawiona. ciekawość zawsze zwycięża u kota. 

jestem kotem. dzikim, wolnym, ciekawym kotem. 
nie poddam się nigdy.

a ty?

sobota, 20 maja 2017

mój meksyk.

nie umiem opisać meksyku.
nie umiem go opisać bez zachwytu, bez łez, bez tęsknoty, która od samego powrotu wierci mi dziury w ciele i duszy.

zachłysnęłam się światem.







będzie chaotycznie, nie po kolei. pierwszy raz w życiu nie potrafię czegoś opisać.

***
stoję na dziobie katamaranu. pierwszego dnia skradałam się po nim rękami i nogami, niczym człowiek pająk, przerażona brakiem stabilności, ogromem żywiołu pod spodem, bujaniem. teraz stoję. trzymam się foka nawiniętego na sztag, na którego jeszcze przed chwilą mówiłam "ta rurka z przodu". patrzę w wodę przed nami, bo głębokościomierz pokazuje siedemnaście metrów, a mapa ponad sto. chwilę później podskakuję piszcząc, nie mogąc złapać tchu, serce chce mi wyskoczyć z piersi, euforia wyrywa się z gardła. najpierw fontanna, później grzbiet, na końcu ogon wieloryba. wieloryba! wieloryba!!! ola, która jest najspokojniejszą z nas, najskromniejszą, po prostu damą, mówi swoim cichym, delikatnym głosem: ja pierdolę!


ja nie jestem damą.
ja pierdolę wniebogłosy, krzyczę, wiję się, tupię, jestem dzieckiem. dzikim dzieckiem. wieloryby, bo jest ich kilka, odprowadzają nas aż do portu. czekaliśmy na nie cały rejs. przybyły.

pierwszego dnia w morze wyprowadzają nas delfiny. prawdopodobnie grindwale. nie wiem. trzęsę się. trzy grzbiety z płetwą, które sprawiają, że się trzęsę. nie przestanę do końca wyprawy.

dzień wcześniej ocean.
przyjęłam meksyk całym ciałem. euforycznie.
prawdziwy wielki pacyfik zalał mi mózg i koszulkę, spodenki, majtki i serce. zalał mi włosy, oczy, nawpuszczał piasku we wszystkie otwory, pod powieki, do serca, do brzucha, sromu. ogrom i huk, moc, żywioł, potęga, bryza, mgła, słoność wdzierająca się przez moją skórę do środka, do całej matkijedynej, do kości, mięśni, krwi, do duszy. ocean wdarł się we mnie, oczarował, wydrążył dziurę i szumi w niej do teraz.




ławica latających ryb dzwoni. nie wiedziałam. wyskakując z wody dzwonią, jakby ich skrzydłopłetwy były ze srebra. tak też wyglądają. za dzieciaka wrzucałam pęczak do jeziora, wpadał stopniowo, ziarnko po ziarnku, latające ryby wpadają w wodę, jak pęczak. moje skojarzenia są małe i biedne. z polski. latające ryby błyszczą jak moje oczy, kiedy na nie patrzę.

co i rusz z każdej strony burty widać wyskakujące z wody płaszczki. machają skrzydłami, jakby chciały latać. śmiejemy się, że nurkują. mają szkółkę chyba. nie wiedzą, że płaszczki nie latają. albo my nie wiemy. kto z nas jest pod powierzchnią, a kto nad? patrzę na nie, zachwycam się i myślę, czy jak u nas pada, to dla nich jest brzydka pogoda? z tym że u nas nie pada. znów myślę po polsku.


po całym morzu korteza pływają maluśkie kaczuszki. zastanawiamy się jak to możliwe, żeby takie małe kuleczki utrzymywały się na takim wielkim morzu? wiele z nich ginie. trupki unoszą się na wodzie, turlają po plaży. wieczorami te żywe zbijają się w stada, jak my. raźniej. milej. nam też. my wieczorami w swoim stadzie siedzimy na siatce, rozmawiamy, pijemy, żartujemy, albo wręcz przeciwnie. nie wiemy czy gapić się w niebo, czy na fluorescencyjny plankton. na siatce wygrało jednak niebo. plankton ma branie w toalecie. aż żal było spuszczać, tak ładnie wygląda świecąca kupa.


kapitan dynda w hamaku na pokładzie. pozazdrościłam, dostałam swój hamak na jedną noc. nasz cały świat stanął na głowie. patrzymy na księżyc, z którego polski twardowski niechybnie by zjechał, na mleczną drogę, na orion, na wielki wóz jadący zupełnie gdzie indziej. ja też jadę już zupełnie gdzie indziej. czwarta, albo piąta rano. śpisz? nie. to patrz na wenus. i na delfiny.
znowu się trzęsę. i to nie dlatego, że noce na pokładzie są zimne.



pustynia. kaktusy wielkości drzew. cykady dzwoniące jak piła łańcuchowa. a może motorowa. dźwięk wibruje i rozchodzi się w suszu. w gorączce. wszystko ceglasto-miedziane. gorące powietrze wbija się w płuca, usta, głowę, brzuch. boję się. boję się pustyni. ale chcę tam być. lasy kaktusowe, rezerwat największych na świecie kaktusów. zero ludzi. tylko my. czy wypada nam być tu ludźmi? znowu zachwyt. jestem mała.





boję się wejść do wody. oni pływają z maskami i rurkami, ja bardzo chcę, ale się boję. "chodź, bo będziesz żałowała" słyszę. tak, żałowałabym. to, co się ukazuje moim oczom, już kiedyś widziałam. pan disnej narysował w bajce. rozgwiazdy (zoja mówi orazgwiazdy) i ryby są kolorowe. bardzo kolorowe. są żółte, cytrynowe, fioletowe, pomarańczowe, niebieskie, czarne, czerwone, pasiaste, kropkowane, grube chude, smukłe, obłe, kolczaste, ładne, straszne, fascynujące. niektóre są jak nadmanganian potasu, w którym kąpałam nataszkę. jestem mała i z polski. nie umiem w masce, ale umiem w okularach. wynurzam się tylko na ułamki sekund, by łyknąć powietrza. szkoda czasu na niebycie pod wodą. jestem bardzo mała.


popłynęłam z ojcem jedynym wpław do brzegu. sto metrów. bałam się, ale dałam radę. moje lekcje pływania nie poszły na marne. wtem krzyczą do mnie z łódki czy chcę buty w góry, bo płyną pontonem. chcę. dźwięk nie dociera do nich. chcę!! krzyczę, ale mnie nie słyszą. myślę sobie, że chcę też koszulkę. ojciec jedyny płynie do łódki po moje buty. tylko, że ja o tym nie wiem. zostałam sama na wyspie. nie chcę być sama. chcę być ze wszystkimi. więc wracam. za dużo jak dla mnie. nie tonę tylko ze wstydu, chwytam bojkę, którą dla bezpieczeństwa ciągnę za sobą, mam atak paniki, zawał i krótki oddech. widzę całą bandę, która patrzy na mnie, nie wiedzą, że właśnie umarłam ze strachu. jestem trupem, który płynie chyba tylko siłą rozpędu. mąż i kapitan przed moimi oczami bacznie na mnie patrzą. obaj pytają czy mi pomóc. moja godność nie pozwala mi na to. oraz fakt, że jak kiwnę głową na tak, to się zachłysnę i utopię naprawdę. nigdy się tak nie bałam. zwijam się potem w kłębek i płaczę. wtedy chcę być sama. jestem mała.


cały czas obok nas krążą pelikany. są tak niezgrabne, jak mój dzisiejszy opis. nie pasują do tego świata. ja czasem też. śmieszne, nieforemne, jednocześnie idealne. na swoim miejscu, w swoim czasie, umiejętnie i zgrabnie uderzają dziobami w wodę. natura wie lepiej. pelikan nurkuje obok głowy krzyśka, kiedy krzysiek pływa obok lwów morskich. ja nie weszłam. cała wyspa niezwykle zwinnych w wodzie lwów morskich z osiemsetkilogramowym samcem alfa na czele to dla mnie za dużo. jestem z polski.


złowiliśmy tuńczyka. jest wielki i niebieski. mam wachtę kuchenną, więc trzymam go za ogon, kiedy waldek go filetuje. ciepła krew płynie po moich wegetariańskich rękach. mogę nie patrzeć, ale mam trzymać. mięso jest bordowe i ponoć smaczne. jedzą go na surowo, w tatarze. 



siedzę wtedy na dziobie i czytam książkę. też miło.


odpoczywamy. pierwszy raz od kilku lat z ojcem jedynym odpoczywamy. ciałem, głową, duszą.


co dwa dni z becią i waldkiem biegamy. po powrocie bieganie jest dla mnie podtrzymaniem.
tam biegamy po bezludnych wyspach, albo po wyspach z pięcioma domami. biegamy po pustyniach, obserwujemy kozy, jaszczurki i kaktusy. wychodzimy w góry. "nie łapcie grzechotników za grzechotki", mówi waldek. w razie gdybyśmy chcieli.

jesteśmy. po prostu wszyscy jesteśmy.


tu biegam po lesie i raz udało mi się nie nadepnąć zaskrońca. jestem z polski.

dopływamy z martą pontonem na plażę. będziemy kręcić teledysk. mamy rum i telefon. oraz wolne głowy. martę poznałam na tej wyprawie. nie chcę pamiętać czasu, kiedy jej nie znałam. siska. czuję, jakbym siedziała z nią w jednym brzuchu u jakiejś matki. prawdopodobnie matki ziemi. zbieramy muszle i żałujemy trupków, chodzimy w góry i całujemy kaktusy. pływamy w dmuchanych kółkach i śpiewamy te same piosenki. razem głupio żartujemy i razem płaczemy na koniec wyjazdu.








powrót do rzeczywistości jest trudny. choć bardzo mocno się staram. moje serce zostało w meksyku. przynajmniej kawałek. wciąż pamiętam jak pachnie jedzenie, powietrze, jak słońce ogrzewa ramiona, jak wiatr na łodzi owiewa głowę, chłodzi myśli, jak słońce wszystko uspokaja, jak woda buja łódź i to, że podczas sztormu mogę po prostu ze strachu nie wyjść z kajuty.

pamiętam jak smakuje kaktus i dojrzałe awokado. mango i papaja.


przez dwa tygodnie moje życie czytała krystyna czubówna.
było mi ciepło i bezpiecznie. beztrosko i pięknie.

teraz jestem w polsce. i mam tylko jedno, jedyne - może złożone, ale naprawdę jedno - pytanie do kapitana: waldek, co ty mi zrobiłeś - jak ja teraz pojadę do rewala?!




ps zdjęcia z powierzchni ojciec jedyny, zdjęcie podwodne i nasze wspólne martson.pl (dos!)

czwartek, 11 maja 2017

kot stefan, ogród botaniczny i dotrzymywanie słowa.

co tydzień odwiedzamy kawiarnię i sklep z zabawkami oraz grami planszowymi, gdzie moje dzieci doświadczają edukacji w zakresie przeróżnym metodą powszechnie poważaną. na montessori znaczy.

co tydzień chcą, żeby im coś kupić. a ja co tydzień lawiruję między wymówkami, bo zwyczajne "nie przychodzimy tu, by co tydzień coś kupować" nie działa. dziwne, bo przecież bystre są. wymyślam zatem fortele na niekupowanie rzeczy. natasza upatrzyła grę, kota stefana i bardzo, ale to bardzo chciała ją mieć. co tydzień. co tydzień a to zapominałam portfela, a to nie miałam gotówki, a to nie miałam karty, a to nie miałam pieniędzy und zo wajta.

obiecałam natomiast, przed wielkanocą, że być może zając będzie na tyle sprytny i zorientowany w temacie, że może tego kota stefana jakoś, nie wiem, zdobędzie, podrzuci, przyniesie i zostawi. taki zając to hoho. on jest jak mikołaj święty i uszy ma duże i wszystko słyszy. obiecałam.

sprzedawałam farmazony ciesząc się w głębi matki jedynej, że mam pomysł na prezent dla nich.

zając się spisał, kota stefana zdobył, spał sobie podrzuciwszy uprzednio prezenta pod dziecięce łóżka i wtem. 

nadranek.

wpierw słychać szepty, następnie tętent czterech maluśkich stópek, do sypialni wbiegają dwie poczochrane kulki emocji, łuna aż bije od ichniejszego rozedrgania oraz świat pięknieje od szczebiotu: mamo! nie uwierzysz, mamo! zając przyniósł nam kota stefana! I TO CAŁKIEM ZA DARMO!!!

bardzo lubię dotrzymywać obietnic. nawet jeśli są malutkie, jak te stopy, co robią ten taki gigantyczny tętent. nie zawsze to, co dla nas małe, małym jest dla kogoś. lubię. 

tak więc, od kilku dni mówiłam, że jak będzie niepadać, to idziemy do ogrodu botanicznego karmić daniele, kozy i owce kameruńskie, bo takie rzeczy się właśnie robi w ogrodzie botanicznym. i dziś nie padało.

szał ciał, fikando, kozia ślina na całych rękach, ekselent. dużo dzieci, dużo dorosłych, dużo rozsypanego owsa i tych kulek dla kóz, co to nigdy nie wiem czy one są przed zjedzeniem, czy może już po. kijanki wyciągane ze stawu tylko żeby popatrzeć i odkładane natychmiast, żeby sobie jeszcze popływały. pulsowało życie.

w pewnej chwili mój wyostrzony zmysł obserwacji podsunął mi przed mózg obrazek zapłakanej babci. siedziała na ławce. wodziła wzrokiem za chłopcem. chłopiec to się bawił, to zerkał na babcię, babcia zaś ewidentnie nie tego.

empatia plus dwieście, wyobraźnia w kosmosie, "nieszczęśliwi" myślę. czemu ta babcia płacze. że co się stało. że może podejdę, a może przyszła tu odpocząć. ale od czego odpocząć. może od pytań: co się stało. o jezu, jaka biedna. zmęczona? smutna? a to dziecko takie jakieś niebiegające. czy ono nie jest głodne? czy zaopiekowane? co robić? co robić? 

mój mózg drukował kazylion rozwiązań do być może nieistniejącego problemu, ale może właśnie to nieistnienie tak ją boli, dopadło tu na ławce, w słońcu. i te łzy skrzą się bardziej takie rozświetlone, że może normalnie nie widać. ale normalnie to przecież nie ma łez. czy ja mam się rzucić na pomoc? walczę ze sobą, trochę jeszcze obserwuję, kiedy słyszę.

- kamil! - głośno do chłopca. - kamil! idziemy do domu! kamil!! a pod nosem: bo coś tu babci zajebiście pyli.

dotrzymujcie słowa. 
to się pyli. 
opyla znaczy.

piątek, 7 kwietnia 2017

czego i komu zazdroszczę.

zazdroszczę ci tej błogości.
zazdroszczę ci tego, że jesteś niewyspana i tylko tyle.
że nad wyraz zmęczona, bo „ona mi wstała dziś o piątej, rozumiesz beata”.

zazdroszczę ci kłopotów, że słoiczek zjadła za szybko, za późno, za dużo, za mało.
zazdroszczę ci tego wkurwa, że ona cię oblizała po policzku, po twoim świeżo rozprowadzonym, idealnie dobranym podkładzie, którego jeszcze szczątki widzę za hybrydowym paznokciem w hitowym kolorze tego lata.

zazdroszczę ci, że „zasrała, rozumiesz beata, tego bodziaka od karoliny herery”. i że będziesz musiała prać to ręcznie też zazdroszczę, bo „żaden, rozumiesz beata, wanisz nie pomoże”. to nie wystarczy polać plamy i włożyć do pralki, ten idealny tips będzie skrobał między włóknami bawełny, którą zapewne średnio opłacony chińczyk dla pani herery pozyskiwał w upale i pocie czoła drżąc o własne dzieci, albo sam dzieckiem będąc, albo przy boku swojej mamy, a może on/ona/ono w ogóle nie ma mamy, bo on nawet nie wie „ile pani herera karolina kasuje za jednego, wyobraź sobie beata, bodziaka”. albo może inaczej. ja nie mam pojęcia jak się pozyskuje bawełnę. tak czy owak, w jej włóknach, beata, jest kupa. i wiem, że wiesz i że sama skrobiesz. widzę, że też masz zrobione paznokcie. pokaż, ładne.

zazdroszczę ci twojego braku wątpliwości, kiedy wiozłaś swoją nadię, nastkę, nasturcję na przekłuwanie uszu, zazdroszczę ci tego braku wirowań w głowie tych słów: dezynfekcja, krew, wuzetwu typu be, niepotrzebny stres, ból, a po co.

zazdroszczę ci twojej swobody w dawaniu pięciomiesięcznemu żołądkowi wafelka, lodów, tiramisu, mięsa i pesto z restauracji, bo „ona, rozumiesz beata, zawsze jak jestem w restauracji, to mi wyjada”.

zazdroszczę ci, że twoje dzisiejsze dylematy to czy ta chustka z tą kokardą będzie pasowała do tych leginsów, a nie, przepraszam, dżeginsów, katany i botków emo w rozmiarze kurwa dwanaście.

zazdroszczę.

że nie wróciłaś wczoraj z drugiego końca polski ze szpitala i że nie musisz liczyć który to był wyjazd i że już ponad sześćdziesiąty.

że nie niosłaś jej śpiącej, twojej nadii, nastki, nasturcji razem z dwiema walizkami, w deszczu z samochodu do hotelowego pokoju. że siku robiłaś ty i twoja dziewczynka, rozumiesz, w domu. że się wykąpałaś, choćby szybko i z przerwami. że nie siedziałaś za kółkiem przez pięć godzin udając, że nie jesteś zmęczona, znużona, zdenerwowana, przestraszona i załamana.

że nie niosłaś lodówki turystycznej pożyczonej od przyjaciół, która z impetem i z lekami dla twojej nastki, nadii, nasturcji pierdolnęła ci o kamienną podłogę w szpitalu i ten moment na kolanach, kiedy próbowałaś tę przyszłość twojego dziecka wyzbierać z podłogi był jedynym momentem, w którym pozwoliłaś sobie przy dziecku spuścić głowę i na chwilę załkać.

że nie musisz odkupić lodówki, choć to bzdura.

zazdroszczę ci, że zasypiała ci wczoraj, rozumiesz beata, chyba z pół godziny. wrzeszczała i takie tam.
że nie musisz jej kłuć codziennie, że nie rysujesz z nią strachu czarnymi kredkami, któremu nadajesz imię, rysujesz hamburgery i próbujesz oswoić. że nie musisz chwytać za najmniejsze fałdy jej skóry na brzuchu, ramionach, udach i tam wbijać igły, bo to boli mamo, proszę, ja tego nie wytrzymam, nie rób mi, nie.

to jest dziwne, bo zazdroszczę ci zdrowego dziecka, chociaż nigdy, przenigdy nie zamieniłabym się z tobą.

rozumiesz beata?




piątek, 24 marca 2017

w czepku urodzona.

jak byłam dzieciakiem, to miałam taki chitry plan, że tata nauczy mnie pływać. tata powoził mnie w wodzie na własnych plecach, albowiem sam pływa dobrze. wprawdzie miejscówka na karku była ekscytująca, a tata śmigał delfinem powodując dodatkowo mój chichot, ale jednak chciałam umieć pływać, żeby nie okazało się to chichotem losu.

mój chitry plan postanowiłam zrealizować bystro a nonszalancko, zagadując tatę: tata, nauczysz mnie pływać? na co on, że tak. potem powiedział: zanurz głowę pod wodą i otwórz oczy, ja, że nie, a tata, że to nie. i po nauce.
i tak ze trzy lata z rzędu.

gdyby były mistrzostwa świata z dydaktyki, motywacji i zagrzewania do walki, to myślę, że tata mógłby być drugi. pierwszy byłby mój wykładowca z uczelni, który próbował nauczyć mnie dydaktyki, ale nie nadawaliśmy na jednych falach. to znaczy być może nadawaliśmy, ale aktualnie mieliśmy tsunami. i kiedy powiedziałam mu, że okej, pan mnie nie lubi, ja pana nie lubię, załatwmy to jakoś, pan doktor zwyczajnie miał ochotę mi zdzielić z liścia. jak to potem opowiadałam tacie, to powiedział, że szkoda, że mnie nie zdzielił, bo by poleciał z roboty, a ja bym zaliczyła semestr. no i chyba tata mi się tym samym wysunął na prowadzenie.

w tajemnicy przed tatą zdarzało mi się otwierać oczy pod wodą i widzieć wielką zieleń, bo woda w jeziorze zawsze była zaglutowana.

no i coś tam pływałam, żabką turystyczną, taką trochę potrąconą, co ma jedna nóżkę bardziej.

w wodzie najbardziej przeraża mnie głębia, ogrom, czarna czeluść. jak jest przejrzysta woda, to mogę ewentualnie się pomoczyć.

na studiach miałam rok basenu w ramach wuefu. rok basenu! z kolejnym psychopatą, który widząc pięćdziesiąt polonistek aż furczał, żeby ta lekcja trwała w nieskończoność. poniżał nas, no. kilka zajęć przeleżałam gołym bebzolem na kafelkach imitując ruchy takie jak przy pływaniu i brałam na klatę wszystko to, co żyje na basenowej posadzce. istne grzybobranie.
przepłynęłam jednak na koniec roku siermiężnym kraulem jedną długość basenu, dostałam czwórkę i emocjonalną zapaść.

ojciec jedyny zaś to człowiek wody. miłośnik. jakby był, to by miał zestaw mały żeglarz. raz mnie zabrał kajakiem na randkę, a raz na rower wodny, oba razy niepotrzebnie.

no ale w końcu postanowiłam, że nauczę się pływać, żeby wakacje na katamaranie nie były dla mnie życiową traumą, a przygoda życia nie polegała na przerzyganiu i przesraniu dwóch tygodni w kajucie, ale na drugim końcu świata.

no i poszłam na lekcje. 
oczywiście na początku była kwestia kostiumu. jednoczęściowego nie mogę mieć, bo mam taką figurę, że na plecy mogłabym sobie wrzucić jeszcze worek kartofli, a one jednak mają słabą pływalność. część majtkowa w jednoczęściowych robi mi z dupy cztery pośladki, a ja nie jestem z tym widokiem zżyta.

bikini fikuśnie wiązane po bokach nadaje się do ponętnego leżenia na piachu, a nie wyczynowego pływania, nawet jeśli jest to styl rozpaczliwy, jaki mam opanowany do perfekcji, ale jednak wyczynowego, bo że wlazłam do wody to już duży wyczyn.

wzięłam więc dwuczęściowy sportowy kostium, a instruktor kazał jeszcze czepek i okulary. okulary mam w domu, czepek musiałam kupić, a ponieważ okazało się, że zapomniałam z domu okularów, to trzeba je było zakupić, w związku z czym budżet na czepek drastycznie zmalał. wybrałam pomarańczowy, bo wydawało mi się, że kostium mam w takich kolorach i faktycznie, wydawało mi się. różowy z pomarańczowym komponuje się tak, że jak rzucam się na taflę wody w brodziku, to wyglądam jak wielki żarzący się wkurw. dzieci płaczą, starcy się rozsuwają. ekselent.

pomijam fakt, że często nim jestem, bo po pierwsze, depiluję się dwadzieścia minut przed basenem ze słowami "okurwa, zapomniałam", po czym pocięta na nogach, opuchnięta w okolicach bikini, czyli również pod pachą, bo my całe stanowimy okolice bikini, z wrośniętymi kłakami to tu, to tam wbiegam na basen, a to po pierwsze piecze, po drugie nie wygląda. ale jebać to. przecież przyszłam się nauczyć pływać, mam prawie czterdzieści lat, dwójkę dzieci, jak na to wszystko - spoko ciało i - co najważniejsze - trenera z wadą wzroku.

no ale ten czepek. job twoju mać pomarańczowy. dziś zobaczyłam się w lustrze. i on jest chyba jakiś nie taki. bo przecież nie ja.

on mi jakoś tak obciska ryj, uszy przykrywa, jak próbuję odsłonić uszy, to mi się zsuwa na czubek łba i ta guma wyrywa mi kłaki, a dodam, że i tak nie mam dużo.

ja mam rożne kompleksy - ciekawe i mniej, ale jakoś nigdy nie czepiałam się swojego czoła, aż do teraz. bo w tym czepku to ja muszę upychać skórę z czoła, jak cycki w staniku. niedługo będzie jakaś czepkofitterka, co będzie radziła jak upchnąć tam łeb, żeby było schludnie. ja dziś zebrałam całą skórę z czoła nad oczami i już to powodowało, że wyglądałam jak komandor ze star treka, z tym że  - mówiąc eufemistycznie - zdenerwowany. jak dołożyłam do tego okulary, to się okazało, że ta skóra z czoła robi mi daszek nad oczodołami i fajnie, bo jak idę na bicze wodne, to mi do oczu nie leci, ale niefajnie, bo kiedy - jak to ładnie określa trener - szybuję na wodzie, to się gubię, bo mi ta skóra na oczy nachodzi. taka powieka zewnętrzna, nad którą nie masz kontroli.

ja wiem, że ten czepek nie był drogi. 
ale ja też wiem, że nie kupię innego.

coraz częściej zastanawiam się nad założeniem sobie na czaszkę reklamówki z biedronki - uroda podobna, a jak nabierze powietrza, to przynajmniej - kiedy się utopię - będzie mnie zajebiście dobrze widać.

środa, 8 marca 2017

jak żyć w kłamstwie? praktyczne porady.

znałam kiedyś dziewczynę, która żyła w kłamstwie. od lat. zmieniali się ludzie wokół i kłamstwa, ale niewiele poza tym. miała oczy dookoła głowy - zawsze, nie chodziła w pewne rejony, chowała się w sklepach, bramach, krzakach. z kimś gadała, z kimś nie. półsłówka, tajemnicze zdania. paranoja. 

zawsze myślałam jak tak można. i po co. jak żyć, jak zapamiętać co się komu nakłamało, co się komu powiedziało, a czego nie i przede wszystkim dlaczego.

być może psychologia ma na to jakąś swoją szufladkę, nie wiem.

nie mogłam sobie z tym poradzić, dlatego od niemal dwudziestu lat kręcę w tym temacie głową na boki, aż mi się poluzowała i dynda, jak piesek w samochodzie.

bo ja jestem na tyle gadatliwa, że wygadam wszystko, zwłaszcza w domu, ale.

przez prawie rok okłamywałam mojego męża.
który to mąż jest moją najbliższą przyjaciółką. 
jedynie jak chcę na niego posapać, to dzwonię do brata.
bo brat jest moją drugą najlepszą przyjaciółką.

tak więc z każdym z nich rozmawiam o tym samym, przy tym mężowi kłamię. kłamałam, bo już nie.

było to dla mnie uczucie tra-gicz-ne. wokół jednego dużego kłamstwa musiałam zbudować sieć nowych, malutkich, związanych z dużym. musiałam chować telefon, mejle i czyścić historię w komputerze. musiałam wymyślać kłamstwa na poczekaniu. pociłam się jak szczur i kręciłam w rozmowach. mąż czuł oczywiście, że kłamię, a ponieważ się nie kłócimy, to rozumiał, że nie chcę o czymś mówić, co jest dziwne samo w sobie, bo ja cały czas coś mówię.

uszy mnie piekły i głowa bolała przez kilka miesięcy od tego napięcia.

w końcu pękłam. nie wytrzymałam. musiałam podejmować kolejne decyzje za nas dwoje, co było już dla mnie zbyt trudne. 

"muszę ci coś powiedzieć" - drżącym głosem powiedziałam.
ojciec jedyny zbladł.
"nie wiem jak zareagujesz" - ciągnęłam. nie wiedziałam jak zacząć.
podszedł do mnie powoli, naprężony, jak ja przez ostatnie miesiące.
"bo ja...", "bo ja...", "ja cię od jakiegoś czasu okłamuję".
mój mąż bardzo ciężko milczał.
"bo ty masz w tym roku czterdzieste urodziny i ja ci szykuję niespodziankę".
złapał oddech.
"lecimy do meksyku, a stamtąd płyniemy w rejs katamaranem po zatoce kalifornijskiej i po oceanie spokojnym. urlop masz załatwiony, sprzęt i bilety też. musimy jeszcze parę rzeczy zorganizować. i ja już nie mam siły sama tego ogarniać". rozpłakałam się. ciśnienie wybiło mi oczami, trysnęłam, jak wieloryb z grzbietu. wdech mojego męża świsnął jak wesoły delfin. prawie czuć było wakacje. niemal udławił się tlenem.

milczał do końca dnia. tulił mnie i milczał. całował moje oczy, ręce, twarz. milczał. wieczorem powiedział, że milczy, bo nie wie co powiedzieć, ale w środku cały się trzęsie.

sami na urlop pierwszy raz od sześciu lat.
pierwszy raz tak daleko.
pierwszy raz taka przygoda.

warto było knuć.
dziękuje wszystkim, którzy mnie wspierali w tym knuciu przez niemal rok. zwłaszcza mojemu bratu, teściówce, rodzicom, współpracownikom męża.

ponoć woda jest tam tak słona i ma taką wyporność, że nie dam rady utonąć, jednak biorąc pod uwagę fakt, jak bardzo boję się wody, pod prysznic też będę chodziła w kapoku.

ahoj.

poniedziałek, 27 lutego 2017

ona. ona.

postawiliśmy ją w pokoju, w którym do tej pory mieszkały koty, w foteliku samochodowym.

wyjęłam ją stamtąd.

położyłam na sofie.

to był jej pokój.

co teraz? pytaliśmy siebie nawzajem i patrzyliśmy na nią. ona na nas. co teraz?
przesiedzieliśmy tak trochę. kwiliła. popiskiwała. stękała, jak tylko delikatnie stękać potrafią niemowlęta. mówią nosem. knychają. ruchami żółwia rozpatulają się z kokonów, w które je z uporem maniaka zawijamy.

jeść chce. pić chce. nie wiem co chce. pierś chce. mnie chce. nie wiem. nie wiem.

zanieśliśmy ją do naszej sypialni. przystawiłam do piersi. ssała i oddychała, oddychała i ssała. jak to wspaniale współgrało. cisza w domu. absolutna cisza nie licząc pomlaskiwań i fuknięć.

co teraz? tkwiło w nas cały czas.

położyliśmy się obok niej. ona na kocyku, na pieluszce, wypranej, wygotowanej, wyprasowanej, wygniecionej, by była miękka, a potem znów wyprasowanej, żeby równa. zbyt długie rękawy body z napisem 56 na metce podwijałam drżącymi rękoma. chude, bordowe nóżki i rączki ruszały się we własnych rytmach. kręciły, wierciły, nie ustawały w mozolnej pracy odkopywania się ze wszystkiego. paluszki, nad którymi nie miała władzy, wystający język, kiedy w końcu nauczyła się trochę głośniej skrzeczeć. trochę mi zajęło, nim zaczęłam zakładać skarpetki pod śpiochy, a nie na, co zostawiało jej pogniecioną skórę na cienkich nóżkach. i tak nóżki się wyślizgiwały i stópki były zimne, podczas gdy skarpety zwisały smętną kulą oplatając końcówki śpiochów. rączki zaciśnięte na buźce, drapiące oczy, ślepy kot, kret, żółw. nie spaliśmy i spaliśmy jednocześnie. dzień zlewał się z nocą, ranek z wieczorem, jeść, pić, spać, wydalać. całą trójką. przez miesiąc.

kąpiel była jak trzymanie pajęczyny. jak próba dotknięcia motyla dłonią. jak łapanie jedwabiu. 

zachłystywaliśmy się sobą nawzajem. pięknem, zapachem, krztusiliśmy się. ona mlekiem, my łzami. przeciągaliśmy przez małe otwory ubrań jej delikatne ręce, nogi, głowę. 

zgadywaliśmy czym są sapnięcia i uczyliśmy się siebie.

co teraz?

teraz jest sześć lat później. nadal się siebie uczymy, nadal się sobą zachłystujemy, już we czwórkę. wieczorami chwytam jej bose stopy, głaszczę po miękkim brzuchu, drapię po plecach. głaszczę po włosach, trzymam za policzki, całuję usta, palce. czyszczę nos, uszy. szepczę to samo, co od sześciu lat. przynoszę wodę, okrywam kołdrą, podsuwam pluszaki. i słucham. to się nie zmieniło. jej spokojny, cichy oddech, to moje spokojne, uciszone serce.

wszystkiego najlepszego. kocham cię nataszko.

kocham cię, zoju. i już do ciebie idę.