poniedziałek, 18 września 2017

jak już będziesz starą babą, jak już będziesz starym dziadem.

nie nadążyłam z ostrością. często za nimi nie nadążam.

jedziemy w windzie w sześć osób. trzy z tych osób to ja i moje córki. dawno temu. jedna w wózku, druga na rączkach. do wózka zagląda - nazwijmy go dziad - i tiutia do malizny zionąc dorosłością, a więc niemytymi zębami po każdym posiłku, kawusią, szlużkiem, może nawet próchnicą, paradontozą, życiem. bardzo miło i wesoło coś mówi. starszyznę, również niewielką, zaczepia takoż, werbalnie. sztywnieję. dwa metry kwadratowe nie zmieszczą mojej eksplozji z gatunku "nie dotykaj moich dzieci, nie chuchaj na nie, nie pieść się do nich, nie sepleń, nie szczebiocz", patrzę na szybę w drzwiach, za którą migają numerki: trzy, dwa, jeden, zero, wytrzymam. bliska mi osoba mówi: niech pan nie zaczepia dzieci, one się boją. sztywnieję jeszcze bardziej. nazwijmy go dziad mówi: niech pani im nie wmawia, że się boją.
zero. wysiadka. mam rozkminę na kolejnych kilka lat. z jednej strony chciałam panu klaskać, z drugiej chciałam pana pacnąć.

idę z dziećmi na spacer do tłumnie uczęszczanego przez inne rodziny z dziećmi miejsca. dzieci, jak dzieci - interesują się wszystkim i na dwie sekundy. i biegną dalej. wszystko jest jak w zabawie "komórki do wynajęcia". biegną od zabawy do zabawy. klik, następna, w kółeczko. kto odpada, znajduje sobie sam zajęcie, żadne dziecko nie ma z tym problemu. chłopczyk właśnie porzucił rower i biegnie do czegoś nowego. jego babcia pokrzykuje za nim: weź rowerek, bo dziewczynki ci zabiorą! - to o moich. moje dziewczynki zatrzymały się i patrzą na panią. na mnie. nie rozumieją. nauczyłam się reagować. proszę pani, mówię spokojnie, ale głośno, moje dzieci nie kradną, mają swoje rowerki i nikomu niczego nie zabiorą. "oj, my tylko tak mówimy". to nie mówcie, bo moje dzieci nie kradną, to jest kłamstwo. patrzę na panią długo. nie rozumie, jak moje dzieci jej zarzutu.

restauracja. dziecko się wije. dwadzieścia minut siedziało spokojnie, limit się wyczerpał. nadchodzi jedzenie. ale już za późno na skupienie, koncentrację, jedzenie, bezruch. jak nie będziesz grzeczny, to pani cię zabierze. kurwa mać. kiedyś wstanę, podejdę i jebnę takiemu rodzicowi w ryj. dziecko nieruchomieje, owszem. a lęk, jaki się w nim budzi będzie przerabiało za gruby hajs na terapii dwadzieścia lat później. dlaczego boisz się iść do sklepu, jak jakaś ciamajda? no weź zadzwoń, to przecież tylko telefon. dlaczego nie idziesz na imprezę? ale z ciebie frajer. 
dlaczego? bo nie mogę myśleć tego, co myślę, bo to jest, kurwa, niegrzeczne. bo obcy kradnie, zabierze mi coś, świat jest zły i trzeba być cały czas w pogotowiu. i najlepiej w samotności, bo wtedy wiem co się wydarzy.

siedzę w autobusie z dziećmi. to bliźniaczki? - pada często od nazwijmy ją, baby. nie, dwa lata różnicy jest między nimi. a ile mają lat? sześć i cztery. ojej, to ta starsza malutka. moje dziecko robi się jeszcze mniejsze. kuli się w sobie. "mamo, dzieci mi nie wierzą, że mam sześć lat. kiedy będę dosięgała do roweru? a do światła, mamo? dlaczego ja jestem taka mała?". wzrost nie ma żadnego znaczenia, córciu. ani kolor włosów, ani skóry, ani ubranie, ani język, w jakim mówisz. nie mają znaczenia rzeczy, które masz i których nie masz, samochody, domy, to nie ma znaczenia. liczy się to, co masz w sercu, jakim jesteś człowiekiem. mówię głośno, choć nie wiem czy to ją przekonuje.

w tym samym autobusie: jaka ładna dziewczynka! jaka do mamy podobna! a jakie oczka czarne, jak węgielki! przepiękna! uśmiecham się do starszej i tulę z całego mojego matczynego serca tę błękitnooką, młodszą, bardziej zachowawczą, która gaśnie na siedzeniu, która patrzy i słucha, która chłonie świat, której czegoś właśnie zabrakło. szepczę jej do ucha: jesteś piękna, córeczko, piękna i mądra. bo jest. wysiadam i tulę, tulę. ona nie pyta. ona już usłyszała, że siostra jest piękna.

w domu próbuję to odrobić. każdego dnia próbuję to odrobić. dać im pewność siebie, siłę i przekonanie, że są wystarczające. ale tak bardzo widzę, kiedy gasną.

dlatego postanawiam sobie, że kiedy będę starą babą, a to już niedługo, nigdy, przenigdy nie będę taka głupia. czego i tobie życzę.


poniedziałek, 4 września 2017

jestem?

mój boże jak ja się pięknie smucę.

jak ja smaruję się czarnym klejem do tapet od środka, jak ja się od wewnątrz starannie wykładam stęchlizną.

jakie myśli tłuste, złe lęgną się we mnie, jak je pasę gorzkim miodem.

jak gęsto od śluzu, co kapie z serca. jak gęsto od oszczerstw, wykrzykników do mnie samej.

jak ja się potrafię wyraziście nie szanować. jak zabrać sobie wszystko.

jak ogryźć skórki i paznokcie, i kołysać się jak wtedy, w dzieciństwie, na kanapie koło pieca w dużym pokoju. sama. ze wszystkimi, a sama.

jak ja dobrze znam ten ból, jak on we mnie uruchamia lawinę złego. jak kamienie sypią się na mnie, śliskie, zimne głazy jak zasypują mnie aż tracę dech. jak leżę przygnieciona, mimo że idę, ze spuszczoną głową, ale idę. zagrzebana w lepkiej czeluści. gdzie jest góra wiem tylko, kiedy splunę. spluwam więc często, na siebie, żebym wiedziała gdzie ta góra i żeby tam nie iść. nie daję rady iść w górę, spadam z obłych, oblepionych strachem kamieni, zjeżdżam raniąc także ciało.

wtedy czuję, że mam ciało. obite. poezja wylewa się ze mnie zieloną, parującą gnojówką. czarna dusza, zło, zło. boli mnie skóra, włosy. boli mnie to, co pod skórą. mam pod skórą śrut, ktoś strzelał do mnie, jak do kota przyjaciół. ocieram się o beton z mojego wnętrza właśnie w tych miejscach, gdzie pod skórą śrut. w powstałe rany płaczę gęstymi łzami, żeby piekło. piekło.

w tym samym momencie biegnę uśmiechnięta dziesięć kilometrów. trenuję od miesiąca, chcę złamać godzinę, biegnę pięćdziesiąt trzy minuty. nie odczuwam żadnej satysfakcji. po chuj ja biegnę? jak w życiu. co ja chciałam złamać? duszę?

czytam 100hrmax przed biegiem: biegnij tak, jakbyś w dłoniach miał motyle. to jest w ogóle ładne porównanie. postanawiam tak żyć, jakbym miała w dłoniach motyle. niestety jako siewca zła zmiażdżyłam wszystkie. w mokrych, spoconych, zapłakanych i zaciśniętych pięściach niosę już tylko kolorowe truchła, których nie mam nawet odwagi wyrzucić. niosę śmierć i zagładę. głównie sobie. kiedyś byłam motylem, całkiem niedawno, chciałam poderwać się do lotu, ale życie mnie ścisnęło w swojej kościstej, zimnej dłoni. odrodziłam się wątłą ćmą. lgnę do światła, a ono mnie zabija.

mój boże, jak ja pięknie umieram. każdego dnia. w białych butach na instagramie, w różowych butach w lesie, w nowym, niebieskim kasku na rowerze. umrę kolorowa z roztartymi na czole ciałami motyli, delikatnymi, których nie doniosłam.

moje dziecko kiedyś wymyśliło, że chce kredkę ciemnoczarną. śmiałam się. teraz ja cała jestem ciemnoczarna. bolą mnie pogryzione palce, krew sączy się z oskubanych skórek, nie mogę nawet dobrze i kompulsywnie rozdrapywać strupów na twarzy i głowie, kiedy wyrywam sobie w ciszy włosy i brwi. w tym samym czasie jestem w telewizji i na scenie. uśmiecham się do zdjęć i nie odbieram trudnych telefonów. w jednym czasie rozlewam się pod kocem, moje ciało, moja dusza gnije i puchnie jak trup w rzece oraz robię dzieciom pod tym samym kocem bazę i gadam głosem robota. śmieją się.

nie wiem kim jestem.
jestem?
jstm.
brakuje mi wszystkiego.
nawet samogłosek. 

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

dzik w tajemniczym ogrodzie.

to jest wszystko bardzo dziwne, bardzo bardzo dziwne, bardzo dziwne, bardzo bardzo bardzo dziwne, jak śpiewał artur andrus.

albowiem jakoś się budzę do życia, jakoś wstaję, jakoś funkcjonuję i to nawet radośnie, ale ostatni czas absolutnie w ogóle ani trochę radosny nie był. nie wiedzieć czemu.

ja bym chciała wyjść na dwór i mieć wesołą przygodę, śmiać się w głos i wyciągać ramiona do padającego deszczu i cieszyć się nim, ach cieszyć.

ale ja biegnę w deszczu, któren mi wpada do ryja, dławi mnie, ale przynajmniej - jak śpiewają diskopolowcy - nie widać że płaczę.

to jest wszystko bardzo dziwne, bo ja w ostatnim czasie to się pierwszy raz w życiu zrzygałam z nerwów. może drugi, bo pierwszy to przy porodzie z nerwów i z bólu, ale teraz nie wydawałam z siebie żadnego owocu żywota mojego typu dziecko.

biegnę po osiedlu i naprawdę pada mi na łeb. póki co deszcz, nic z dziedziny psychologii oraz psychiatrii jeszcze. i cieszę się trochę do tego deszczu i chcę myśleć, że to fajna przygoda, zza firanek widzę współczujące spojrzenia sąsiadów i bardzo bym chciała pomyśleć, że hej, ja szczęśliwa biegnę w deszczu, śmieję się i czerpię z życia garściami i kto tu kogo powinien żałować. i że może jesteście w ciepłych domach i patrzycie na mnie z politowaniem, ale to właśnie ja, ja jestem szczęśliwa! i myślę to nawet przez chwilę, a potem normalnie z powrotem płaczę w tym deszczu jak zwykle.

i rozciągam się po bieganiu, patrzę w niebo, tracę równowagę i próbuję się ucieszyć, że ej, równowagę to zawsze traciłam, wyjebka na twarz bez gracji to moja specjalność, ale pierwszy raz w życiu wyjebuję się od patrzenia na chmury! to jest cudowne! i w ryk.

do dupy jest. i cudownie jest.

z całych sił chcę dobrze. chcę nie narzekać. ani na lato, ani na to, że się kończy, ani na zimno, ani na ciepło. ani na to, że jest tak, a nie inaczej. chcę się cieszyć tym, że miałam z czego porobić przelewy. że pustka na koncie jest stąd, że kupiłam bilet na samolot na przygodę.

tylko, że zanim tamta przygoda, to tu jeszcze jedna i to całkiem spora - trzeba przeżyć.

wkładam ołówek w usta, w poprzek, to moja drewniana imitacja radości. proteza uśmiechu.

przez niemal czterdzieści lat pielęgnuję swój wewnętrzny ogródek, plewię chwasty, wyrywam z korzonkami to, czego w mojej głowie nie powinno być, sadzę w duszy kwiaty, choć nie znoszę pracy w ogrodzie. układam sobie w sobie ścieżynki wśród darni, strzygę trawniki kosmatych myśli. stawiam głupawego krasnala, żeby przypominał mi o mnie samej. adoptuję obtłuczone gliniane gąski, których nikt nie chce, sadzę w nich dobro, podlewam troską i czekam, aż wyrośnie wiara w siebie.

wykopałam studnię i dbam, żeby płynęła we mnie żywa woda. czysta i zimna. układam kamyki, żeby po ciemku trafić na swój własny, zadbany, idealny wewnętrzny taras. kosztowało i kosztuje mnie to wiele pracy, niejeden raz pozwoliłam, by ktoś wydłubał we mnie dziurę i zarzucił mnie gównem myśląc, że nawozi.

wiele lat wywoziłam z siebie nieurodzajna glinę i ubijałam żmudnie dobre myśli bez wiary, aż pogniły i zrobił się z nich humus. na szczycie tej góry gnoju stoję ja i myślę, że może i nogami w szlamie, ale głową przecież ocieram się o niebo.

i kiedy już mam taki bezpieczny tajemniczy ogród w środku mnie samej, wpada dzik i ryje.

napierdala twardym nosem, rwie i szarpie moje lata pracy. drę mordę, przeganiam, ale on tylko zmienia miejsce. buchtuje tam, gdzie nie miał prawa wcześniej być. podważa moje wszystko. godność, poczucie bezpieczeństwa, mój piękny, równiutki zieloniutki trawnik. bez litości. 

teraz dopiero chce mi się płakać. dzik narobił syfu, narozrzucał błota, zniszczył wszystko, co mnie tyle kosztowało i poszedł.

i kiedy rzucam się na kolana układać na równo z powrotem kępy trawy, kiedy znów płaczę wiedząc, że to niemożliwe, żeby było jak kiedyś, kiedy płaczę nad latami swojej zmarnowanej pracy i myślę co takiego znowu zrobiłam nie tak, kiedy klęczę z głową wbitą w ziemistą czarną czerń, miga mi maluteńka błyszcząca myśl.

ten dzik może i rozjebał wszystko, co przez czterdzieści lat nasiałam, ale.

znalazł truflę.
odkopał diament.

to ja.


poniedziałek, 21 sierpnia 2017

na koniku hop hop.

jestem w samym środku nowej siebie. starej, nowej siebie. bo oto się przebudzam. choć nie śpię od siedmiu lat, bo mam dwoje dzieci, przebudzam się. budzę. do życia. 

na huśtawce, na tym takim koniku, na którym po przeciwnych stronach się siada i odpycha nogami aż do odbitki, aż to drugie o oponę pierdolnie dupą, a w poręcz zębami, do odbitki siedzę na jednej szali ja-kobieta, a na drugiej szczerzy się ja-matka. siedem lat. siedem lat tłusta matka trzymała mnie-kobietę w górze, która często haczyła o dół. siedem lat ja-matka kokosiła się na piachu, zagarniała do siebie. głodna ja-kobieta tkwiła zawieszona w przestrzeni, w oczekiwaniu, w bezruchu, w chłodzie, wietrze i słońcu palącym, w deszczu i śniegu, w deszczu ze śniegiem, w gradzie, szadzi, upale, skwarze, bez słowa. chuda, nieruchoma, niby zamrożona, niby skamieniała. niby nieżywa.

tamta cała upstrzona kołysankami, dresami w fasonach wszystkich, pachnąca gotowanymi ziemniakami i bezglutenowym ciastem, wygodna, cieplutka, mięciutka, jak rozgotowany makaron świderki, swojska. rozlana jak tysiące zup i pić na stołach, krzesłach, podłogach wszystkich miejsc, do których zagoniła stado. stado obok, piszczące, kopiące, ja-matka również z łopatką - wieprzową z promocji, albo plastikową z promocji. 

ta gruba koi i kołysze, pulchnymi palcami rozmasowuje siniaki na małych kolanach i przykleja na limfę odpadające strupy. dmucha ciepłym, nie do końca pachnącym, bo nie zdążyła umyć zębów, oddechem na rany i ślini bąble po komarach. na poliestrowym fartuchu rozciągniętym sztywno między obszernymi udami pozwala układać szyszki, kamyki, piach, zdechłe pasikoniki, w dużych dłoniach niechcący miażdży schwytane i dane na przechowanie biedronki. 

zerka czasem na tę drugą, jak ładnie uczesana, a jaka szczupła, umalowana, pewnie dzieci nie ma. będzie miała, to zobaczy. że nie ma nic ważniejszego, że to radość najradośniejsza, że nic nie wie o życiu, a skąd takie nogi zgrabne i ogolone, w butach dopasowanych i sukienka do tego jeszcze, no ładnie, ładnie. ale ja to nie mogę, ja muszę i zupę nastawić, i chałupę zamieść, i dzieci zawieźć, żeby nie zawieść.

tamta chuda tak pięknie na tle nieba wygląda, włosy jakieś umyte, zadbana, to niebo to jej taką ramkę świetlistą wokół twarzy robi. a oczy jakie błyszczące. a twarz jaka gładka. jednego koloru. a paznokcie zrobione. nic nie odpada, ani lakier, ani podeszwa od tych wypastowanych butów, ani się ta podłożona spódnica nie odpruła, wzdycha "jak pięknie" ja-matka.

ja-kobieta zaschła we mnie na siedem tłustych lat. patrzyła na zmęczoną, lecz pachnącą mnie-matkę, pachnącą dziećmi i spełnieniem. mydlinami i ciastoliną. śmierdzącą wymiotami i kupą. umazaną łzami szczęścia i rozpaczy. ja-matka zatęskniła za tamtą sobą. i wstała z konika. ja-kobieta pierdolnęła o ziemię. o planetę. na glebę, na piach, na żwir. i potłukła skorupę, w której zastygła.

ja-kobieta wstała, naga jak terminator. zdeterminowana, jak on. pobiegła. roześmiana. szczęśliwa. wolna. 

biegnij za nią, jeśli nie chcesz jej zgubić.


czwartek, 10 sierpnia 2017

przed chwilą.

"ej, weź sobie kup kółko do pływania.
jakie kółko?
zwykłe kółko. chyba że masz.
mam takie dziecięce. takie mam wziąć?
nie, ludzkie kup, żebyś wlazła".

tak do mnie pisała marta przed wyjazdem do meksyku, pierwszy oficer na naszym rejsie po zatoce kalifornijskiej oraz pierwszy czub rzeczypospolitej, marta, którą ukochałam natychmiast, jak ją zobaczyłam wysiadającą z pociągu w babimoście z wielkimi torbami i kapturem na mokrej fryzurze, bo nie zdążyła wyschnąć, bo się przed chwilą kąpała, zrobiła jeszcze takie batony, że jak będziemy w mehiko siti całą noc, to akurat zeżremy i czy jej kupiłam tę taką alumatę, bo tam na lotnisku będzie zimno, a teściu to ją tak wiózł, że ją prawie zabił na tych takich ślimakach przy dworcu w poznaniu, normalnie jechali prosto na ten beton na ścianach, a w ogóle to nie teściu, tylko tata chłopaka i czy mam to kółko i że sory, że się wam wpierdalam w wielkanoc do domu, kupmy jeszcze gdzieś piwko na stacji oraz czy ty się też boisz glonów? i stworów morskich? cześć, jestem marta.

cześć, jestem marta.

odpowiedziałam, że i glonów, i stworów, no co ty, jak zabił? kółko mam, że nic nie szkodzi, że w wielkanoc, że batony zajebiście, chyba że z rodzynkami, to chujowo, że ja to jestem magda i nie jestem taka, żeby od razu mnie każdy lubił, no ale z takim ryjem to nie dziwota, więc taka jestem raczej dość zachowawcza, a ona że w takim razie dlaczego ją tulę, a ona mnie. 

kiedy na drugi dzień, który trwał dwie doby, z czego dobę spędziliśmy w samolocie oraz na alumacie w mehiko siti, gdzie faktycznie było zimno, stanęliśmy we trójkę w morzu korteza, kiedy wdychaliśmy gorące powietrze na promenadzie w la paz, kiedy poszłyśmy z martą głębiej i wracałyśmy tak, że ja już szłam do brzegu, a ona płynęła za mną trzymając się mnie i nie dotykając dna, bo glony i ja byłam taka na maksa odważna, że szłam po tych glonach, ale tylko do czasu aż ona nie powiedziała "płaszczka" i wtedy ja natychmiast stanęłam i ona mi natychmiast z impetem wpłynęła całą twarzą w dupę, oczywiście marta, nie płaszczka, więc kiedy to się stało, to wiedziałam, że to jest już tylko pieczątka do początku naszej pięknej przyjaźni.

tam właśnie za naszymi plecami płaszczka chciała nas zeżreć, mimo że miała może ze siedem centymetrów. (fot. ojciec jedyny)

i tak cały czas. (fot. martson.pl)

na dmuchanych kółkach na środku morza, a także po jego bokach, byłyśmy tak zajebiste, że aż kapitan w mojej ocenie na koniec morskiego rejsu, na takim prawdziwym dokumencie, że ile godzin w sztormie i na wodzie, ile na żaglach, a ile na silniku, i że od portu takiego, do takiego, i że wiatr wiał i to nawet w jakiejś skali, no na takim dokumencie, że jakbym się chciała nagle stać morskim sternikiem, czego oczywiście absolutnie nie wykluczam, to proszę bardzo, no więc on, pośród tych wszystkich ważnych danych, w szczególnych umiejętnościach mi napisał, że zajebiście umiem na kółku. i ja mu ufam, bo on pływa od czterdziestu lat i nie takie rzeczy widywał. mógł uwzględnić jakieś inne moje genialne umiejętności żeglarskie, ale skupił się akurat na tej, więc muszę być w tym naprawdę mocna.

foki. (fot. ojciec jedyny)

sternik morski z koleżanką. (fot. martson.pl)

oglądałyśmy więc z martą podwodny świat wisząc na kółkach, przepasane po prostu nadmuchanym plastikiem, zupełnie, jakby gruba foka chciała przeskoczyć przez obręcz i ugrzęzła. emocje były takie, że jeden z nas, dokładnie andrzej, jak pierwszy raz zobaczył ten świat, to nawet gadał do rurki nie wynurzając głowy. nie dało się zrozumieć co, ale ewidentnie czuć było szacun. i ja się cieszyłam, że dno jest daleko, że nie muszę tego dotykać nogą oraz oczywiście, że mam kółko. na dnie były albowiem rozgwiazdy, płaszczki, ryby kolorów wszystkich, od łososiowego po neonkowy, były rośliny, glony, krasnorosty, mogła tam nawet być przylaszczka i kosodrzewina. wszystko z daleka i - przypominam, jakby komuś umknęło - w kółku.

fot. martson.pl

fot. martson.pl

rozgwiazda. dwa palce w niebie, nie oszukam ciebie. (fot. martson.pl) 

są trzy miesiące później i oto, gdzie jestem. 

leżę na pomoście nad jeziorem w niesulicach. głową do dołu. oczami leżę w szczelinie, żeby oglądać dno. nosem głośno wdycham zapach jeziora, tataraków, miłą i nową dla mnie wilgoć. strzygę uszami, jak koń, żeby słyszeć dźwięki. woda chlupocze o łodzie. pluszcze nierówno, niemiarowo, nieprzewidywalnie o deski pomostu. kaczki, perkozy, łabędzie trzepoczą skrzydłami o wodę. na niebie - nie wiem czy szeleści, ale przed chwilą była - pustułka. słońce nieśmiało dotyka mojego mokrego ciała. ociekam. przed chwilą wyszłam z wody. dopiero co nauczyłam się pływać. przed chwilą pierwszy raz w życiu płynęłam w jeziorze. bez kółka. przed chwilą przepłynęłam jezioro tam i z powrotem. trzysta dwadzieścia metrów. przed chwilą wpłynęłam w rozświetlone słońcem glony i również przed chwilą widziałam jednego okonia w zielonej wodzie. przed chwilą przestałam się bać. przed chwilą pomyślałam, że w zasadzie nic się nie stanie, jeśli nie wynurzę głowy. że będę umiała oddychać. że przecież należę do tego świata. do natury. przed chwilą płynęłam rytmicznie wsłuchując się w siebie i jezioro. płynęłam i się uśmiechałam. 

ważka? nieważka?

a to jest dłubanka w biskupinie naturalnie.

fot. ojciec jedyny

uśmiecham się też teraz, kiedy to piszę.
przed chwilą bowiem przebiegłam jedenaście kilometrów. uśmiechnięta. pozdrowiliśmy się z wszystkimi napotkanymi na drodze biegaczami. wszyscy uśmiechnięci. wprost do uszu pięknie śpiewali moi ulubieni. pilnuję pulsu, mimo że śpiewam z nimi i chciałoby mi się podskakiwać w radości. czuję, że mogłabym tak biec i biec. że biegnę do świata z mocno otwartymi oczami i sercem. dziękuję ci, świecie, że i ty się przede mną otwierasz.

jestem szczęśliwa.

żyję.

niedziela, 30 lipca 2017

"mam ręce w kieszeniach, a kieszenie jak ocean".

jest kilka rzeczy, które umiem robić dobrze. szkoda, że nie pamiętam o nich, kiedy robi mi się źle, ale z drugiej strony - nie wiem czy pocieszyłoby mnie wtedy "hej, magda, przecież jesteś świetna w czyszczeniu takich stalowych zardzewiałych słupków do ogrodzenia, które kilka lat przeleżały w krzakach szczotką drucianą i świetnie je malujesz farbą miniową. ręce masz tylko trochę poranione, a ta farba w tych ranach prawie cię nie szczypie", albo "zajebiście lepikujesz dach pieczarkarni wjeżdżając podnośnikiem razem z beczką gorącej smoły, pewnie dlatego tak zwinnie lawirowałaś niemal niepoparzona, bo miałaś jedenaście lat, ale nawet teraz jak masz trzydzieści dziewięć, też byś umiała, takie rzeczy się pamięta", tudzież "jesteś genialna w łapaniu stonki ziemniaczanej do słoika, a po zapełnieniu takiego dużego po majonezie tym chujstwem, to już nawet nie rzygasz z obrzydzenia, choć ręce kleją ci się tak samo, jak przy pierwszej sztuce, to jest naprawdę super".

to nie działa. kiedy jest źle - źle, chciałoby się mieć na przeciwnej szali jakieś naprawdę okazałe osiągnięcia. żeby ta szala z tym dobrym przeważyła i nawet niech pizgnie o ziemię, jak ja huśtając się z którąkolwiek córką na huśtawce typu "konik", bo zdarza mi się zapomnieć, że jestem siedemdziesiąt razy cięższa od obu razem wziętych.

mam jakieś zalety. 

skarpety wieszam koło siebie parami. co na maksa ułatwia życie, bo jak składam pranie, co robię rzadko i niechętnie, to się je łatwo zwija w kulki. i, oczywiście, nie ma to najmniejszego znaczenia w życiu jednak.

nie umiem wpierdolić na oślep tych takich kuchennych pojemników plastikowych do szafki, raczej tak układam jeden w drugi, muszą pasować, ergonomia i takie takie, przy czym jeśli idzie o pokrywki do nich, to już chuj, jak leci.

umiem się w dwie minuty spakować na dwa dni, na dziesięć, na dwa miesiące, w góry, nad morze, do szpitala, na spacer. po prostu zawsze zabieram wszystko co mam, a że mam niewiele, to biorę też proszek do prania. nie umiem się niestety rozpakowywać, zatem wiecznie potykam się o na wpół opróżnione walizki, torby, torebki, worki, z których po miesiącach wyciągam rzeczy, których szukałam, a które w międzyczasie zdążyły wyjść z mody. wpierdalam je z powrotem elegancko do tych toreb i czekam, aż do mody znów wejdą. jeśli zaś potrzebuję tej torby, walizki, worka, to wpierdalam to wypakowane nogą na podłogę w garderobie. upycham w kąty. nie pamiętam o tym, potem to ginie, ja szukam wkurwiona, a tego zawsze nie ma. a potem nagle wyciągam takie skarby, że aż szkoda, że tak nie wpierdalam po kątach pieniędzy. znając mnie, to i dukaty by się znalazły. za to mam rozsypane proszki do prania we wszystkich torbach. pachną.

umiem idealnie wprost podpalić się do różnych rzeczy. jaram się prawie wszystkim i wszystko prawie chcę, wszystko prawie kupuję, bo mi się wydaje, że tego właśnie chciałam od życia, a potem gasnę. nad tamborkiem z płótnem naciągniętym nań jeszcze w podstawówce i ani jedną dokończoną serwetką. z szydełkiem w rozmiarze trzy i pół i ponaczynanymi czapeczkami dla dziewczyneczek tyci tyci. turkusowiuśkie. ciągną się potem te włóczki po szafach, plączą, ale nie spruję ani kawałka, bo kiedyś wrócę do tego przecież. wnukom porobię. może akurat będą inne niż ja i wełenka ich gryźć w małe łebki nie będzie. akurat. i ten motocykl też sobie kiedyś kupię, naprawdę.

zupę soczewicową umiem, że dobra jest. tak trzeba popodsmażać te czosnki, cebulki, marcheweczki i te inne. umiem. ale to trwa tyle, że za długo, ja nie lubię jak coś trwa, chyba że jest to anna karenina, więc nie podsmażam tylko tak powrzucam do gara i potem jednak, że niby umiem, ale to nie to. i ta anna karenina się jednak kończy. i ja się kończę jako ta, co umie zupę.

nie mam cierpliwości w ogóle. nie mam, nie używam. jak coś ma być, to musi być. teraz. już. jakby mi kto pozwolił tupać, to bym tupała, ale się nie tupie przecież, to nieeleganckie. a ja elegancka taka. ten garb mój elegancki, ten kaptur rano na tłustych włosach elegancki, wczorajszy makijaż, co wczoraj był elegancki, a dziś straszy resztkami, o. ale zalety miały być. no to nie tupię.

nie mam jakiegoś takiego obelisku, co by go na szalę zajebistości wrzucić. no nie mam. muszę więc te małe kamyki wszędzie wpierdalać. gubię je, rozsypują się, nie wiem już czy to kamyk, czy szyszka czasem. wypiorę coś. albo zapodzieję. pod podszewkę w torebce mi się wbije jakaś fajna zaleta. położę na stole i dzieci rozwłóczą, psy, muchy, czas i kurz. i zbieram, zgarniam ze stołu potem z tym kurzem i z trupami much. i te moje zalety takie zaniedbane zupełnie, nieumyte. ale są. jednak zawsze są.

więc kiedy następnym razem coś mnie tak na maksa, na maksa przybije, coś że nie wiem, na przykład że zalążki skrzydeł, co je tak skrzętnie podlewam i pielę, żeby w końcu wyrosły, co tak bolą przy przebijaniu przez skórę i ktoś mi je znowu sekatorem ze słów przytnie, to przypomnijcie mi, bym sięgnęła do kieszeni, wyjęła z niej wszystkie te cholerne kolorowe kamyki i dmuchnęła, a kurz, który się uniesie i zdechłe muchy, które się nie uniosą, niech zadławią intencje tego, kto tym sekatorem ciach, co?

no.


czwartek, 27 lipca 2017

tak się żyje!

od dostawania niespodzianek lepsze jest tylko robienie niespodzianek. co szczerze uwielbiam. jedno i drugie, choć z braniem, jak wiadomo, mam kłopot. chyba, że chodzi o branie na klatę zbyt wiele, wtedy jakoś nie umiem się oprzeć i biorę, biorę, biorę, aż klata wklęśnieje jeszcze bardziej, choć to z medycznego, fizycznego, psychicznego i w ogóle jakiegokolwiek innego punktu widzenia teoretycznie jest niemożliwe. a jednak. tadam.

kwiecień. siedzimy w meksyku w restauracji, choć to chyba zbyt szumne słowo, na dworze. na malekonie, promenadzie takiej ichniejszej, w la paz. dwa na maksa kolorowe, mimo że na maksa obdrapane stoliki, jeden pan, który gotuje, sprząta, robi drinki, nalewa, przelewa, wyciera, ugniata, piecze i się uśmiecha. chce się dogadać, my też. dos wegetarianos por fawor. jesteśmy w tym kraju półtora dnia. słońce zaznaczyło nas na nosach i karkach, że niby już jesteśmy jego. cały niespieszny meksyk, którego hymnem powinno być śpiewane w kółko "maniana" na przemian z "mohito popito" odciska na naszych polskich umysłach swoje leniwe piętno. siedzimy albowiem już, do chuja, z piętnaście minut, a pan nie ugotował, nie przyniósł, nie nalał, nie podał. "tracimy czas" mówię, na co słyszę słoneczne i uśmiechnięte, wyważone i spokojne "właśnie zyskujemy czas". no tak. indianie mówią: "wy macie zegarki, my mamy czas". ile w tym prawdy. siedzimy więc luzując już nieco łydy nadal na malekonie w la paz, podziwiamy jak można nosić kozaki i dżinsy w trzydziestu stopniach, ale w końcu u nich zima i to raczej my jesteśmy jebnięci, że zimą wchodzimy do morza, ale w sumie część z nas morsuje, więc trochę jakby nie do końca nienormalni. 

wtem zjawia się koleś z gitarą i chce nam śpiewać. nasza polska mentalność nakazuje wiązać buty, mimo że mamy na nogach japonki, natychmiast grzebać w telefonie, mimo że nie mamy zasięgu, a co odważniejszym z nas kręcić głową na boki, że dziękujemy, ale nie, bo trzeba będzie panu dać jakieś pesosy, a jeszcze nie wiemy jak to się w ogóle przelicza, bo na razie dzielimy na cztery i dodajemy troszkę. kiedy już - już mam zgromić pana najgorszym z posiadanych wzroków mówiącym "dzięki, stary, ale nie", słyszę gromkie: "tak, tak, graj!" i gestem zaproszenie, by koleś z gitarą dał upust swojemu talentowi oraz bystry komentarz: "a kiedy ktoś następnym razem będzie nam w meksyku śpiewał i grał na gitarze?". 

jeb. jeb w łeb. 

jakie to proste i jakie ładne. jakie otwarte. jakie radosne i jakie czyste w intencjach. oba kluczowe zdania padły z ust jednej osoby. waldka. kapitana. człowieka, którego poznałam pół dnia wcześniej na lotnisku, a któremu za chwilę miałam powierzyć swoje życie. i już wiedziałam, że to będzie dobry czas.

następnego dnia rano poszłam z nim pobiegać, choć wcześniej nie biegałam. później okazało się, że on sobie jeszcze codziennie wyskakiwał z katamaranu i pływał w głąb morza, ja wiem, z kilometr, bo, uwaga, za trzy miesiące bierze udział w triatlonie. i nie byłoby w tym nic dziwnego ani zaskakującego, gdyby nie fakt, że koleś ów ma sześćdziesiąt lat, a rowerem nauczył się jeździć przed chwilą, albowiem, jak sam powiada, za jego czasów na komunię dostawało się - góra - zegarek.

patrzyliśmy na to wszyscy z podziwem i już w samolocie powrotnym z meksyku ustaliliśmy całą bandą, że przyjedziemy w tajemnicy mu w tym triatlonie kibicować, a niech no się tylko kto wygada. w niedzielny lipcowy poranek zaś tłumnie przybyliśmy wesprzeć naszego kapitana i jego syna, który ma w genach to samo miłe szaleństwo zwane chęcią życia. mieliśmy transparent, uśmiechy i każdy po wiaderku wsparcia. niespodzianka. wzruszyliśmy obu, a także zdarliśmy sobie wszystkie gardła drąc ryje na przemian "waldek" i "eryk". spoceni biegaliśmy za nimi jak poparzeni, znad jeziora, do strefy rowerów, aż do trasy biegowej. my, kibice, byliśmy rozemocjonowani chyba bardziej, niż zawodnicy.

byłam przerażona widząc setkę kolesi gotowych do startu oraz setkę kobiet już młócących wodę umięśnionymi rękami i nogami. spojrzałam na tych ludzi i pomyślałam "o w chuj. nigdy w życiu. przenigdy nie wezmę udziału w czymś takim. sklekszę się przed startem w piankę i zejdę na zawał jeszcze sucha". trzy, dwa, jeden, ogień.



pierwszy etap z pływaniem miał niewiele wspólnego, albowiem polegał na okładaniu się po ryjach pięściami i kopaniu po tym, czym akurat ktoś ci wpłynął pod nogę. z cyklu sporty ekstremalne: kraul z cudzym kolanem w gardle. ojapierdolę. nawet jak się urodziłeś w wodzie, jak waldek, i jesteś trochę płaszczką, a trochę delfinem, no bo to jednak ssak, a trochę batyskafem, bo szybujesz sobie na różnych poziomach wody tak całkiem na luzaku, to to była miazga. ja to nawet w pewnym momencie w tym meksyku wypatrywałam u niego pod gaciami skrzeli, no bo było mu w sumie wszystko jedno czy oddycha tlenem z powietrza czy z wody. i jak ten człowiek - ryba wyszedł z jeziora nieżywy, choć tak mocno darliśmy mordy, że udawał, że nie, to pomyślałam, że nieważny wynik, niech on w ogóle przeżyje, bo mam jeszcze jakby parę pytań o sens życia albo kiedy mogę przyjechać na konie do niego.



"na rowerze odpocznie" skonkludowaliśmy idiotycznie, bo to nie była podróż składakiem do sklepu po browary, jak się skończą w środku imprezy, tylko dwadzieścia kilometrów w towarzystwie setki mężczyzn, którzy przed chwilą chcieli cię utopić ambicją w jeziorze. mimo to nadal darliśmy nasze piętnaście ryjów biegnąc do strefy zmian i trzymając się za ręce, chociaż te ręce drżały i były całkiem mokre, zupełnie jak moje oczy od samego pomyślenia, że mogłabym być tam w środku tej rzeźni. 

o dziwo nasze słowa okazały się prorocze. kapitańciu bowiem - niekopany w nic - ożył.



krzyczeliśmy sercami. wspieraliśmy takoż. oraz patrzyliśmy czyniąc obserwacje (to znaczy na pewno ja z ojcem jedynym). oraz biegliśmy do strefy zmian, żeby dalej drzeć paszcze. tudzież robić zdjęcia. jeszcze tylko bieg. tylko. po pływaniu, rowerze, to już naprawdę pikuś. bagatela. 



rozdygotana patrzyłam na umięśnione plecy, ramiona, łydki mężczyzn i kobiet. na ich wewnętrzne zwycięstwa. wdychałam szacunek do nich z każdym ich wydechem. tylu ludzi. silnych, wytrwałych, wytrzymałych, witalnych. żaden z nich przecież nie zdecydował się na to wczoraj na imieninach. "a wiesz co, helena, może ja jutro w triatlonie wezmę udział". "a pewnie, weź. a ja dołożę serniczka". bo to jest styl bycia. patrzyłam na dzielnych, niezależnie od wyniku, ludzi. na atletów psychicznych. na niewidomego mężczyznę, który startuje z żoną za rękę. na młodzież, która nie stoi za garażem i nie jara szlugów, tylko trenuje. na uśmiechy tych ludzi, na ich zmęczone, ale wygrane twarze. na sześćdziesięcioletniego waldka, który w swojej kategorii wygrał. wygrał!


i już wtedy wiedziałam, że ja też. 
że chcę to poczuć. 
że i ja zwyciężę. 
że i ja chcę przekroczyć tę granicę w głowie. 
że ja. 
ja. 
ja!

i mimo, że dopiero uczę się pływać oraz nie mam roweru, wierzę, że za rok zwyciężę ze sobą i swoimi lękami.

za rok od dziś będę miała dokładnie czterdzieści lat. i nie chcę myśleć co za mną, ale ile jeszcze przede mną. 

i za tę lekcję, za tę witalność, za tę radość życia, za to spojrzenie na świat, za tę siłę i za pokazanie, że zawsze można, za emocje na tym triatlonie, za refleksje, za wiarę w człowieka, ja ci, kapita(l)nie, dziękuję.

tak się żyje!


wszystkie zdjęcia zrobił mój niezwykle utalentowany nie tylko w tej dziedzinie mąż. dziękuję!