wtorek, 26 maja 2015

mamo.

poniedziałek. czwarta rano. córeczko, wstawaj, musimy jechać do warszawy. dobrze, mamo.
córeczka wstaje. córeczka jest wspaniała.
w samochodzie. córeczko, pośpij, bo przed nami ciężki dzień. córeczka śpi.
dziesiąta rano. córeczko, zjedz rosół, bo potem nie będziesz mogła jeść, ani pić, bo masz zabieg.
córeczka je. pije wodę pod korek.
córeczko, chodź, pobierzemy krew. córeczka idzie do zabiegowego.
jedenasta. mamo, mogę pić? nie możesz. nie pije.
dwunasta. mamo, mogę pić? nie, córeczko. nie.
trzynasta, czternasta, piętnasta, szesnasta. mamo, mogę jeść, pić? jestem głodna, mamo. nie, córeczko, nie możesz.
kroplówka.
jestem głodna, chcę pić.
już, już, córeczko, wytrzymaj jeszcze trochę. zaraz będziesz miała zabieg. 

zaraz przeciąga się do 22:36. do tej pory dziecko płacze z głodu, z pragnienia. w tym czasie inne dzieci pod czujnym okiem chirurga, na którego czekamy, walczą o życie i zdrowie. 
jest 23:30, wciąż poniedziałek. córeczka się wybudza. jest bardzo dzielna, znosi wiele już od dwóch lat, jednak i ona ma swoje granice. popada w rozpacz. narkoza, ból, płacze, krzyczy, prosi. nie mogę otworzyć oczu, mamo, a tak chcę, jestem głodna, boli, nie trzymaj mnie za ręce, to boli, bardzo boli, mamo, bolą mnie nawet łokcie. nie mogę wstać, chcę wstać. mamo, przytul mnie, ale mnie nie dotykaj. 

nie może oddychać z płaczu. idziemy na swój oddział. 
wracaj już do nas, dziecko, proszę. uspokaja się na pół minuty, bo jest wspaniała. za chwilę znów popada w płacz. krzyczy. nie mogę jej przytulić, nie mogę jej wziąć na ręce, nie mogę jej dotknąć, żeby nie sprawić jej bólu. nie dostała przeciwbólowych. nie wiem dlaczego, powiedziano nam, że dostała. gdybym tylko wiedziała, pozwoliłabym jej płakać i krzyczeć jeszcze głośniej. po lekach przestaje ją boleć. nie może złapać tchu przez kilka godzin. tak mija nam noc. 

wtorek rano. boli. mamo, boli. 
jeszcze trochę, córciu, wytrzymaj. 
wytrzymuje. aż do zmiany opatrunków. wtedy ból bierze górę i moje dziecko, moje przecudowne dziecko, które potrafi znieść wszystko, wyrywa się, kopie i rzuca z bólu. trzeba zmienić opatrunki. więc na jej krzyki "mamo, ratuj mnie, mamo, ratuj mnie, mamo, ratuj mnie", jedyne, co robię, to trzymam jej ręce, żeby się nie mogła bronić. twarz wykrzywia mi grymas bólu. boli mnie dusza. boli mnie, że musimy z ojcem jedynym ją trzymać, żeby ktoś mógł jej sprawić jeszcze większy ból. dla jej dobra. 

idziemy na zupę. zasypia podczas dwuminutowego marszu. ręce podkłada pod brodę, wtedy nie boli. śpi mi na rękach. jest mokra od łez i potu. ja też. 
w międzyczasie, w zasadzie pomiędzy jednym bólem, a drugim, wręcza mi laurkę, na której narysowała siebie i swoją młodszą siostrę. 
wszystkiego najlepszego, mamo, to jest to, co najbardziej lubisz. 
zasypia, patrzę na tę kartkę i mogę się wreszcie naprawdę rozpłakać. jeszcze tylko pięćset trzynaście kilometrów w samochodzie i będziemy u babci. 

wtorek wieczór. jesteśmy u babci.

wchodzę do ciemnego pokoju, patrzę na wspaniałą śpiącą młodszą córeczkę. 26 maja. moje święto.

myślę o swojej mamie. nawet nie miałam kiedy pojechać na cmentarz.
łzy kapią mi na policzki. 

ratuj mnie, mamo. ratuj mnie, mamo. ratuj mnie, mamo.

sobota, 23 maja 2015

sinusoida.

sinusoida mojego życia podpowiada mi, że jednak nie można ileś lat leżeć i jęczeć, płakać, rwać i tak już mizernych włosów z głowy, smętnym wzrokiem zerkać w pustą przestrzeń, pociągać nosem i czekać współczucia zewsząd. otóż ludziom zwisa ile już trwa moje iście pod górkę, tak więc nikt nie zwraca uwagi na me powłóczyste spojrzenia, westchnienia i znaczące chrząknięcia przeplatane sapnięciami. przestałam być wiarygodna w swojej niewygodzie nawet dla siebie.

sinusoida podpowiada, że coś być musi do cholery za zakrętem i że może i ostry ten zakręt, jednak po raz kolejny mnie nie wyjebało na bandę i jadę na tym swoim skuterku z tym żwirem w kolanie/oku/sercu, bo jednak trochę mnie na jedną stronę przechyliło. szczęśliwie co rano wdziewam swój pancerzyk z lęku, troski i resztek godności tudzież honoru, do tego trochę poczucia humoru i mogę się dalej turlać po życiowych zakrętach.

zerkając na siebie w lustrze zmęczonym okiem dostrzegłam bowiem prawdę życiową, że nikt o mnie nie zadba, jeśli nie zrobię tego sama. eureka. tadam. mama nie żyje, tata nie dzwoni, sama muszę. boże boże bożenko, naprawdę tylu lat życia trzeba było, żeby ta prosta, acz bolesna prawda dotarła do tej mojej opuchniętej ostatnio głowy? że się jednak nie zrobi. że leżenie w bezruchu owszem, przynosi zmianę, ale zmianę z żywego na nieżywego. że ja jednak muszę działać, coś przedsięwziąć, nie wiem, może na początek nieśmiało zerknę na siebie przychylnym okiem. 

i może by i to nie było złe, jednakże jak już mię oświeciło, to mię od razu poraziło i zerwałam się do lotu jak bocian w sierpniu, bo winter is coming. zaczęłam ja wobec tego nie delikatnym ruchem wprowadzać zmiany, ale rozebrałam się do golca i rzuciłam w basen. dopiero lecąc dmuchałam rękawki, bo pływać nie umiem i zastanawiałam się czy w basenie jest woda, ale nie zerknęłam, bo co to za różnica, skoro i tak lecę. trudno, najwyżej w trybie przyspieszonym przejdę kurs jak pływać w basenie bez wody. oraz jak po raz kolejny pierdolnąć o glebę i się nie zabić.

zaczęłam dbać o ciało i ducha. ducha karmię ćwiczeniami z ważnej książki oraz pogadankami z terapeutą, ciało zaś karmię ciastem, potem wyrzutami sumienia, a potem ćwiczeniami.

biorąc przykład z ładniejszej połowy narodu, fikam sobie z panią chuda-kowską. zaczęłam od prościzny, konkludując, iż naprawdę nudzi mi się to machanie rączkami i następnym razem sobie chociaż hantle wezmę, bo ani połowy zakwasu nie mam. mija któryś dzień, a ja dopiero mam siłę pomyśleć ćwicząc, bo mi pot oczu nie zalewa. najpierw sobie myślę, że jak ona tak ćwiczy i gada. że jak ja bym miała w tym czasie gadać, to jedyne, co bym z siebie wycisnęła przez zęby, to 'kurwa, kurwa'. że nie mam lustra i patrzę w ekran, jak w lustro, a tam smukła blondyna z długim włosiem, spokojna i uśmiechnięta. że najtrudniejsze zadanie to oddychaj miarowo i że tak naprawdę dysząc i robiąc brzuszki przyglądam się plamom na dresie zgadując czy to zupa czy drugie danie i że przysięgam, jestem prawie identiko jak pani ewa.

cóż, dam sobie jeszcze trochę czasu, aż sinusoida mnie zwolni z tego dbania o siebie, bo jeszcze trochę i się zacznę uśmiechać.

poniedziałek, 11 maja 2015

głupi pomysł.

raz po raz strzeli mi do łba jakaś myśl i ją zrealizuję nie wiedzieć czemu. spośród pierdyliona myśli, jakie nieustannie mi przemykają przez głowę wybiorę akurat tę jedną. z tych tysięcy mentalnych eksplozji wybieram sobie swoją supernową i czekam na spektakularne pierdolnięcie. i raz po raz okazuje się, że intuicja bywa upośledzona, miała kaca albo wczasy. 

na przykład przycięłam sobie w podstawówce grzywkę. nie dość, że na mokro, to jeszcze naciągając ją na maksa, a biorąc pod uwagę, że była to prawdopodobnie jedna z pierwszych grzywek w moim życiu, tak więc wyglądałam jak krystel karington, z tym, że na wiejskiej potańcówce. głupi pomysł.

żeby sobie przyspieszyć przebiórki na scenie, układam sobie raz po raz ciuch w taki sposób, żeby tylko w niego wskoczyć i wyjść do ludzi. niestety nigdy nie pamiętam jak sobie poukładałam i zanim znajdę górę, dół, przód, tył, albo cokolwiek, co może pomóc mi zidentyfikować co to jest i co mam z tym zrobić, mijają długie sekundy, a ja jestem zamotana w szmatę i rozrywając ją na jakimś szwie, wychodząc bez ładu i składu, powtarzam w środeczku w kółko: głupi pomysł.

choć wstyd się przyznać, za dzieciaka związaliśmy psu przednie łapy szmatkami i patrzyliśmy jak sobie poradzi. skakał. bardzo głupi pomysł. i nie tłumaczy nas nawet to, że pies był nasz i raczej głupawy. głupi, głupi pomysł.

robiłam gorsze rzeczy, na których wspomnienie mnie telepie. głupie, kretyńskie pomysły.

poszłam w sobotę na pocztę. w małym mieście. głupi pomysł. wszyscy przyszli.
kiedy stałam w długim ogonku, rozejrzałam się po ludziach. mój socjologiczny samozwańczy nos się wyostrzył i jął węszyć. pan, pani, spodnie, buty, gorąc, powolne ruchy pani w okienku, która - jestem pewna - przez cały ten dzień powtarzała sobie 'dyżur w sobotę - głupi pomysł'.

dwaj mężczyźni. młodzi. chłopcy wręcz. tacy, co po nich widać, że cały tydzień było dużo pracowane, a wczoraj dużo pite. włosy z nutrii na głowie, gęste, nieszczotkowane i nieprzycinane dawno, takie z kędziorami na karku. dresy ortalionowe i widać, że siedziane na murku było. i ci dwaj mężczyźni podchodzą do okienka i mówią 'dzień dobry, my zamawialiśmy paczkę z internetu, na stronie jest napisane, że od wczoraj paczka jest u was, a do nas nie doszło awizo, a tam jest biżuteria, bo nasza mama ma dzisiaj urodziny'. uśmiechnęłam się i skarciłam.

ocenianie ludzi? bardzo głupi pomysł.


sobota, 2 maja 2015

moja inicjacja.

kilka rzeczy dostałam od taty - na przykład piwne oczy czy panieńskie nazwisko, a kilka od mamy - na przykład głośny rechot na śmiesznych książkach czy niechęć do ogrodu. od obojga dostałam lęk przed nowym oraz poczucie humoru. kilka rzeczy dostałam też od macochy, na przykład prace w ogrodzie mimo mojej szczerej niechęci do ogrodu. szczera niechęć to w ogóle zbitka-klucz na dawne czasy oraz tamte stosunki i wzajemnie możemy sobie takie plakietki przyczepić. tamte czasy minęły, niechęć do ogrodu została, niestety wspomnienie zbieranych do słoika stonek z ziemniaków także.

mam dzieci. starsze z nich marzy o ogródku. jako, że matka ze mnie może nie tyle dobra, ile niegłucha, postanowiłam zrobić dziecku przyjemność i drugi rok błagań o ogródek zwieńczyć grządką.

teściowa moja, ogrodnicze guru, powiedziała jak to zrobić i nastał maj, więc nie dało się dłużej uciekać, żeby nie zmarnować sadzonek, które babcia wnuczkom obiecała.

wykopałam dziś grządkę. przekopałam kawał ziemi. wydepilowałam planetę z dwudziestocentymetrowej darni, wyrwałam jej gęste zielone włosy, zrobiłam jej laser szpadlem. i tak wiem, że gnoje odrosną, tak więc będę stała na straży i robiła to, czego nie znoszę. mianowicie w kucki, klęczki, z pochyloną głową będę grzebała w ziemi.

dzieci, a jakże, towarzyszyły mi. podjarane grządką. myślę, że trochę mogły być mną ubawione, jak skakałam na szpadlu w trampkach, pod różnymi kątami ustawiając ów, tak, by choć ruszyć ze dwa centymetry tej ziemi, a jak już wbiłam szpadel, to okazywało się, że utknęłam, ale żal mi było wyjąć szpadel, ponieważ te dwa centymetry kosztowały mnie zbyt wiele wysiłku.

zaczęłam bowiem od kretowiska uznając, że skoro czarny koleś wielkości świnki morskiej wykopał dziurkę, to i ja zdołam. jedyne, co mnie w tej chwili z kretem łączyło, to ślepota. musiałam być ślepa, że nie zauważyłam tej plątaniny trawy, którą zamierzałam przetrzebić. rany. w życiu się tak nie spociłam. nawet na maturze. nienawidzę grzebać w ziemi. nie znoszę. ponoć do tego się z wiekiem dojrzewa. no cóż, jestem w ogrodniczym przedszkolu. już nie w żłobku, albowiem odkopując dżdżownicę odrzucam z wrzaskiem narzędzia już tylko na półtora metra, nie na dwa, już nie rzygam na widok larw, mam tylko odruch wymiotny, a korzeniom przestałam odpuszczać. dzieci sprawiły, że jestem twarda.

jednak na wkurwie ma się siłę oraz determinację, wbiłam się zatem w ziemię, dzieci pomogły mi o tyle, że natasza klepała mnie plastikową łopatką w twarz, a zoja pytała w kółko: co to jest? i odpowiadała sobie: nie szpadel, łopata. z czym niestety nie mogłam się zgodzić, ponieważ był to szpadel. tak więc kłócąc się z niespełna dwulatką oraz prosząc ją co dwadzieścia sekund, by zeszła ze stołu/studni/ocynkowanej wanny oraz błagając czterolatkę, by nie klepała mnie już łopatką po twarzy oraz nie wynosiła tą samą łopatką tej ziemi, którą w pocie czoła pozyskuję, zasypując dżdżownice i larwy, po kilku godzinach walki, zrobiłam grządkę. 

na sześćdziesięciu arach ziemi wykopałam pasek siedemdziesiąt centymetrów na półtora metra i uznałam, że "bedzie". resztę dnia, zamiast triumfować, spędziłam na utulaniu w płaczu czterolatki, że nie ma roślinek oraz że nie zasadzę jej tam jabłuszka, ani brzoskwini, ani makaronu.

teraz zaś postanowiłam, co następuje. jest grządka. będą warzywa. trzy selery i pięć porów, jedna cukinia i dwie fasole, ale będą. będę plewić. a niech mi która nie zje tego selera, pora oraz cukinii, to naniosę stonki i każę zbierać do słoika.

taka ze mnie flanca.

środa, 15 kwietnia 2015

matka w małym mieście.

są momenty w moim skromnym życiu z moim rozbuchanym egiem, że wydaje mi się, że ktoś mnie rozpoznał. jest taki specyficzny uśmiech, jest spojrzenie, które każe mi przygotować jakąś bystrą odpowiedź na pytanie, które jeszcze nie padło: czy pani przypadkiem, skąd ja panią mogę, ależ pani mi kogoś i tak dalej.

cud, że hamuję się z odpowiedzią zanim padnie pytanie, nie wyciągam ostentacyjnie długopisu, by podpisywać fotosy oraz że nie pozdrawiam pielgrzymów z polski. tak było i dziś. 

pojechałam do miasteczka nieopodal, by zrobić przegląd w autoryzowanym salonie samochodowym. przegląd auta, dodam gwoli uściślenia, chociaż i mnie by się należało. jednak - z racji wieku i stopnia zużycia - obawiam się tego, co usłyszę i się jakoś wybrać nie mogę. raz po raz zdobędę się na pojedyncze poprawki blacharsko-lakiernicze, przystawiam sobie pieczątkę do następnego roku i jadę dalej.

w salonie zaś napotkałam tak szerokie uśmiechy i taką radość z mojego przybycia, że tylko czekać, kiedy mnie rozpoznają. nie rozpoznali. umysł z opcji "tak, tak, to ja" przeskoczył szybko na opcję "tak, tak, to ja, ale dlaczego się tak cieszycie, skoro nie wiecie, że to ja?". to była moja pierwsza wizyta w salonie. aha. na tym to polega. każdy u was jest sławny, ważny, dopieszczony. za sto pięćdziesiąt złotych zostałam dodą, madonną i natalią siwiec w jednym. jakie to... tanie.

przegląd auta trwał godzinę, postanowiłam więc pokontemplować zagadnienia socjologiczne oraz zabiegi marketingowe, jakich stałam się współudziałowcem. postanowiłam również pokontemplować widoki i przyrodę oraz popielęgnować wzgardę, jaką - nie wiedzieć czemu - wdrukowano mi dla małych miast. i po co? to jest polska be, a ja to co - polska ąę? kurwa.

w dodatku to miasteczko było ładne. szaleńczo, nieprzyzwoicie ładne. zabudowania, podwórka, uliczki, szyldy, ludzie. nie było się do czego przyczepić.

kiedy tak szłam próbując zahaczyć się o cokolwiek, kiedy dostrzegłam kwiaciarnię, w której jedyne żywe kwiaty były dla nieżywej osoby udającej się w ostatnia podróż, kiedy uśmiechałam się pod wąsem z szyldów wypisanych drżącą ręką olejną farbą na kawałku deski, wtedy moja idealnie przyciętą grzywkę rześki powiew małomiasteczkowości tak długo tłukł o czoło, na którym bezlitosna starość ryje bieg moich myśli i są one raczej w dół, aż ta moja idealna grzywka się przetłuściła. 

kiedy biegłam truchtem, bo jednak w piętnaście minut nie wyrobiłam się z przejściem przez miasto (no proszę, nie jest takie małe), kiedy mijałam ludzi, którzy nie biegli, młodzież, która nie miała legginsów z sieciówki, lumpeks, w którym ubrania kosztowały tyle, ile powinny, więc spodnie 10 złotych, a koszulki 6, kiedy nawdychałam się tego świata, wbiegłam spocona do salonu, już wcale nie jak doda. 

bardzo miły pan wręczył mi na koniec ciastko z napisem "dla naszych szczególnie zadowolonych klientów", co było tym bardziej miłe, bo z powodu kwoty, jaką zalecił mi zainwestować w auto, nie byłam szczególnie zadowolona.

wracając do domu zastanawiałam się co się ze mną stało, jak żyć, jak zmienić umysłowe koleiny, w których się poruszam i skąd, do cholery wziąć osiem tysięcy luzem.

i nawet betonowy król wszechświata rozłożył swoje największe na świecie ręce w geście bezradności.

nie wiem.

niedziela, 12 kwietnia 2015

niesprawiedliwość.

czytam książki, w których jest więcej obrazków, niż treści.
jem z plastikowego talerza i plastikowymi sztućcami.
piję sok marchewkowy z mikrokubka niekapka przerobionego na kapek, choć bez nakrętki świadczącej o jego nie- bądź kapkowatości.
jeśli wodę, to z butelki z dzióbkiem z wesołymi animowanymi urwisami na etykiecie.
jem pokrojone banany i rozdrobnione mięso w zupie. a także jabłka bez skórki.
zupy jem średnio przyprawione po dorosłemu, a to dlatego, że nie chce mi się iść po pieprz.
notorycznie gram w piłkę. gumową, żółtą z kłapouchym, gumową, czerwoną z wypustkami, gąbkową z pokemonami.
układam puzzle 64 sztuki.
ze dwieście razy dziennie rysuję misia na przemian z kotkiem.
przyklejam naklejki.
odklejam naklejki.
przeprowadzam myszki, pieski, kurki, jasiów i małgosie przez labirynty.
łączę kropki.
koloruję pola z trójkątami na czerwono, pola z kwadratami na żółto oraz pola z kółeczkami na zielono odgadując co może przedstawiać obrazek.
znajduję siedem szczegółów różniących kolejne dwa obrazki.
tańczę do kolęd, piosenek z bajek disneja i my jesteśmy krasnoludki. hopsasa.
oglądam - na ogół w kółko - świnkę peppę, dżejka i piratów z nibylandii, krainę lodu, epokę lodowcową. rzadziej, jakoś pięć razy w tygodniu, roszpunkę, madagaskar i pampaliniego łowcę zwierząt, zwłaszcza odcinek pampalini i tapir.
non stop biegam po domu, tudzież wyskakuję zza drzwi z dzikim wrzaskiem.
tarzam się po podłodze.
udaję że mnie nie widać chowając się za rurą od szamba.
wskakuję na studnię.
zeskakuję ze studni.
zbieram kamienie i patyki.
godzinami grzebię w piaskownicy.
dzielę pluszaki na zwierzęta wiejskie, leśne i dzikie.
bezustannie dmucham balony i niezawiązane oddaję w mniejsze ręce. 
rechocząc znajduję balony, by czynność powtórzyć.
puszczam bańki.
zasypiam w łóżku o długości 130 centymetrów. a także na podłodze przy łóżku o długości 120 centymetrów.
udaję, że zjadam plastikowe produkty.
lepię glizdy z ciastoliny.

jako jawną niesprawiedliwość postrzegam więc fakt, że nie mieszczę się w ciuchy w rozmiarze xs.

jedyna ulga, że nie potrzebuję pieluch.
jeszcze.

czwartek, 26 marca 2015

stary i stara.

nie znam starego, który nie sapie na swoją starą. nie, żebym była jakoś szczególnie zorientowana w temacie, tudzież robiła badania fokusowe oraz bieżyła po ulicach z bardziej lub mniej natrętnym pytaniem zadawanym mężczyznom 'dzień dobry, czy sapie pan na swoja starą?'. 

nie znam starej, która nie sapie na starego. nie jestem wyjątkowa, nie będę julią wierną na balkonie, nie jestem twoją laleczką i tym podobne. sapię.

i to jest miłość poziom ekspert.

baby zbyt dużo gadają. ale mimo śmiesznych memów w internetach, mimo żartów rysunkowych - i nie - jeśli baba nie gada, to chłop nie robi tego, co baba gada. oczywiście dopóki baba jest. bo gdy baby braknie - chwilowo, tudzież przewlekle, okazuje się, że nie trzeba mędzić, dzieci nakarmione, chata ogarnięta, pranie włożone i wyjęte z pralki nawet czasami z funkcją prania pomiędzy.

facet mędzi, że babka mędzi. a babka mędzi, bo jeśli nie mędzi, to myśli, że jej facet może zwątpić, iż jest prawdziwym mężczyzną i że ma w domu dziwadło zamiast baby, co nie mędzi, mędzi więc zachowawczo.

w jakich kategoriach baba mędzi? otóż w każdych. 

sama łapię się na tym, że nawet jak mam super hiper mega ciekawostkę związaną na przykład z w ogóle nie znaczącą dla mnie, dla starego, ani dla naszego związku całkiem pobieżnie znaną mi osobą, ale ciekawostka jest z gatunku łał, to oznajmię ją staremu mniej więcej razy tysiąc. stary, jako że jest rasowy i z rodowodem, a nie żaden kundel, moją ciekawostkę ma w pompie, w związku z czym dochodzę do wniosku, że a. nie usłyszał, b. zlekceważył, c. nie zrozumiał, że a. próbuję nawiązać kontakt, b. mam podobnie, c. czuję coś, czego sama nie umiem nazwać, więc może by tak się domyślił, a w konsekwencji zapytał mnie co się stało i zgadł, że potrzebuję, aby mnie na przykład przytulić, lub wręcz przeciwnie.

po siedemnastym razie stary mi mówi, że mówiłam mu to już dzisiaj siedemnaście razy, czyli słuchał, usłyszał, zrozumiał oraz zlekceważył. oczywiście, że zlekceważył. jak on mógł. i tak dalej.

istnieje wersja inna. powieś pranie. powiedziane z taką częstotliwością, żeby na pewno nie zapomniał, bo ja nie mogę, muszę pojechać, wyjść, beze mnie runie, no ale trudno, powieś. tylko strzepnij przedtem.

i co? i on nie strzepnie. i ja mędzę. bo ileż to roboty strzepnąć pranie? i jeszcze mi wmawia, że strzepnął, kiedy widzę, że skarpety schły osiem dni zwinięte w tak fantazyjny rulon, że mogłyby być instalacją jakiegoś bardzo nowoczesnego performera. otóż kochanie, jeśli ty nie strzepniesz prania, to ja mam dodatkową robotę, mianowicie prasowanie i to odbyć się będzie musiało w czasie, który planowo miałam przeznaczyć dla nas dwojga, więc tym samym zmuszasz mnie do mędzenia. być może zrobiłeś to specjalnie, żeby nie spędzać ze mną czasu, gdyż albowiem mędzę.
pomijam fakt, że nikt na świecie nie potrafi powiesić prania, oprócz mnie samej. nikt. nie wiem jakim cudem w innych domach pranie wisi, skoro nikt nie potrafi tego zrobić, tylko ja. 

dalej. pomógłbyś mi, ale - do licha - jak ty to robisz? spodnie się składa na trzy w tym domu. bluzki na pół i na pół. ale nie na to pół. najpierw wzdłuż. weź pozmywaj. ale gdzie ty to stawiasz? jak zrobisz odwrotnie, to będzie pasować jedna miska w drugą. i kaszę dzieciom zrób, ale co ty - owoców nie gotujesz? jak to nie zmieliłeś orzechów? nie zjedzą. mówię ci, nie zjedzą. o, zjadły. ostatnio nie zjadły. podłogę byś umył, ale ile ty tam tego płynu nalałeś? i którego? nie tego się wlewa. i tak dalej. mogę długo.

i jak tak już sobie wspólnie mędzimy, drogie panie, to pomędźmy jeszcze, że coś ten stary ostatnio długo po godzinach w pracy siedzi. co to, tylko on jeden umie pracować na świecie?