poniedziałek, 12 czerwca 2017

dalej.

biegnę.

po mazowszu biegnę, oderwana od wszystkiego, dokąd jechałam tak długo. w swoich butach z lidla, spodniach z biedronki i koszulce z tesko biegnę. myślę, że biegnę tak samo, jak gdybym biegła w asiksach, adidasach, najkach. w głowie mam mapę, którą podyktował mi brat, a nie endomondo na telefonie, smartłoczu, dżipiesie. pomiędzy budynkami prosto, asfaltem, aż się zmieni w szuter, zakręty takie bardzo bardzo - kilka, aż przekroczysz asfalt, zawracasz. zaraz za bocianim gniazdem, dwadzieścia kroków na północny wschód od zajęczej nory zawracasz. z ptakami.

biegnę, kolorowa jestem, liczę asfalty, szutry, zakręty. 
patrzę, wącham, słucham.
biegnę. z każdym podskokiem dzikie siano moich myśli ubija się, miażdży, wyrównuje. kompost spod spodu się rozsypuje, na wierzch narzucam kolejne kępy splątanych myśli.

wiem, że kiedy wrócę, głowa będzie spokojna, ciało wybujane, a oddech miarowy.

biegnę.

czeremcha wbija mi się w nozdrza, tracę rytm oddechu, ale zyskuję skok w podstawówkę. wdycham szybciej i więcej, niż wydycham. żeby tego nie stracić, jak kichnięcia. nie chcę zgubić tego zapachu, wspomnienia.

zawsze się przyjaźniłam z ładnymi blondynkami, do których lgnęli ci oni, wszyscy. zawsze miałam więc umysł napięty jak struna i gotowa byłam zajebać ripostą od wczesnego dzieciństwa, żeby się tym onym podobać. nigdy nie działało. zresztą, do tej, kurwa, pory, zajebuję sobie w lustro ripostą i - jakoś nieszczególnie sama się sobie podobam, więc jakże bym im miała? - prawdopodobnie gdzieś w tym myśleniu tkwi błąd. kiedyś dojdę - dobiegnę do tego, w którym miejscu.

teraz biegnę. mam siedem lat i siedzę w zachodniej polsce na gałęzi w dzikim sadzie z blondyną, czeremcha napierdala w nozdrza, konwalie z poniemieckiego cmentarza takoż, konwalie, które przyniósł mi mój wówczas chłopak i to z piątej klasy, to znaczy byłby w piątej, gdyby nie zakiblował. jezusmaria, mam siedem lat, bujam się w nastolatku, bo jakby nie liczyć jedenaście to jest nastolatek, a on we mnie. ta czeremcha i konwalie drążą mi mózg i wiele lat będę myślała, że tak właśnie pachnie miłość, a najgorsze jest to, że o tym, że to czeremcha dowiedziałam się dopiero w zeszłym roku.

biegnę. wbiegam w las i jestem w bydgoszczy. na kapuściskach. w lasku przy tramwajach, gdzieś niedaleko fontanna. poziomki z cukrem i śmietaną u babci, pani grabiowa z siódemką dzieci i wszystkie w kilku parach majtek w fontannie, żeby nie zmarzły. teraz wącham bydgoszcz, choć dziś pachnie zupełnie inaczej.

biegnę. słyszę kury, koguty. jestem przecież w mieście. a nie w mieście. indor się bulwersuje na moje tupoty i sapanie. gulga-gulgocze, mnie się morda cieszy. cielak mi wylazł na drogę, patrzy. biegnę. patrzę. nie wierzę. oczom własnym nie wierzę. wdycham zapach kurzych gówien, patrzę na byczka, który jeszcze ma tylne nogi za długie, dupa mu nad wyraz wystaje, mnie trochę też, choć nóg za długich nie mam. nie wiem kto komu się bardziej dziwi.

żyto zielone faluje na wietrze, jak jakaś wielka, zielona woda, jak ocean, morze, ja wewnątrz tego świata. biegnę.

kosmate łąki sąsiadują z ogródeczkami przystrzyżonymi od linijki. ludzie koszą, porządkują, pracują. nikt tu nie biegł dawno, no chyba że mój brat, ale i on ostatnio też nie. czuję się jak owad, jak różowa ważka, która wbiła się państwu w sam środek soboty na podwórza, a tu przecież nie ma nigdzie wody, skąd tu ważka-nieważka. nikt tu donikąd nie biegnie, a już na pewno nie bez powodu.

oglądam ogolone przed niedzielą trawniki, na które z okien patrzą też papierowe jany pawły drugie w sztucznych kwiatach i żółtych chorągiewkach. uśmiechamy się wszyscy, każdy do swoich myśli.

polne kwiaty jak intruzy jakieś chcą zajrzeć na wystrzyżone podwórka, kosiarki za pomocą złowieszczego warkotu i człowieczych rąk grożą - wrr, wrr, nie wyrastaj tu, my tu mamy równo.

biegnę. 

myśli w mojej głowie próbują się ubić, tym razem nie pozwalam. wyrzucam ich siano wysoko nad głowę, pozwalam swobodnie opadać. mózg to nie trawnik.

niech rośnie dziki.

śmieję się.

biegnę.



środa, 7 czerwca 2017

już mogę.

siedzę w kuchni u teściówki w domu. przy stole. patrzę na sztuczne słoje miedzianego emdeefu. są. płyną. widzę je.

jest poniedziałek, wtorek, środa, albo coś innego. wszystko jedno.

wodzę palcem po słojach.

nieprawda.

nie wodzę. wodziłabym, gdybym miała siłę.

wzrokiem nawet nie wodzę.

nie wodzę.

słowa grają mi w głowie. nie wodzę, nie przewodzę. nie jestem wodzem. swoim, ani niczyim. co ranek ubieram dziewczynki, swoje dwie cudowne dziewczynki, odprowadzam do drzwi, do przedszkola, do życia. potem myję się, ogarniam jakoś, siadam. autopilot w głowie nastawiony na "dziś". mijają dni, tygodnie, miesiące, ja z wbitym w stół wzrokiem. jem, piję, coś myślę, płaczę. dużo płaczę.

dlaczego?

odpowiedź przychodzi tylko jedna. jest we mnie, nie szukam jej, bo tak właśnie teraz myślę: nie umiem żyć.

nie mam siły, potrzeby, chęci zapytać siebie co to znaczy umieć żyć. wiem jedno, wiem, że nie umiem żyć. i to jest moje wczoraj, dzisiaj, jutro, to moja niedziela, mój maj, lipiec, mój ranek i zmierzch. zmierzch.

nie mogę się naoddychać. nie umiem nabrać powietrza bardziej, niż do gardła. czuję, jakby mi nie były potrzebne płuca, serce, żołądek. zgrabiałą piąstką wciskam do ust porcję ryżu. a może ziemniaków. a może warzyw. coś wciskam w siebie, nawet nie wiem co. widzę tylko plastikowe słoje na stole, nic powyżej. nie chcę, nie wiem, nie umiem.

czasem nadchodzi nadludzka siła. zadania. coś, co muszę zrobić. kark jest półprzygięty, nogi też się nie prostują, głowa nie chce i nie może się podnieść. tak dawno nie widziałam nieba.

weź niepierdol. wtedy właśnie go tworzę. kiedy mam zagrać, że podnoszę głowę, że żyję, że potrafię.
jest szał. jak pani się z tym czuje? jak pani to zrobiła? jak się zostaje sułtanem internetu? jak się wpada na genialne pomysły?
nie wiem. nie umiem. nie chcę. dziękuję.

najpierw padam ja, potem diagnoza.

depresja. dzień dobry. 

psychoterapeutka nie daje rady. pani magdo, pani jest zagrzebana w liściach, ja próbuję je odgrzebać, ale chyba trzeba sięgnąć po narzędzie.

czuję liście. wyraźnie czuję zatęchły stos nade mną. to dlatego nie mogę oddychać. zwijam się w kłębek i płaczę inaczej niż zwykle. nie ma wzruszeń, nie ma smutku, nie ma strachu, nie ma nic. czarno jest. jestem ja bez kości. bez środka. moja powłoka powłóczy. w oczach mam pusto, w sercu pusto, mimo tego chodzę, czeszę, śpiewam, karmię, myję, usypiam. 

każdy dzień waży tonę i nie waży nic. tonę i jestem niczym. delfiny popełniają samobójstwo po prostu nie wypływając po oddech. chcę tak samo, ale nawet tego nie umiem.

chcę zniknąć. czuję, że mnie już dawno nie ma. ciało nie moje, myśli nie moje, duch uleciał. uleciało życie. nie umiem żyć. nie ma dobrych pytań, nie ma dobrych odpowiedzi, nie ma nawet złych.

dostaję psychotropy. zasypiam co pięć minut. zasypiam na spacerze - kładę się w lesie i śpię kilka godzin. gdzie byłam? nie wiem.
wychodzę z dziećmi. kładę się na ziemi obok piaskownicy, malutka zoja podkłada mi pod głowę plecak, zdejmuje swój sweter i mnie okrywa. leżę pod wieżowcem. sąsiedzi przechodzą obok. mogliby przeze mnie. bo przecież właśnie znikam.
otwieram oczy i tak samo mnie nie ma, jak wówczas, gdy mam je zamknięte.
kiedy zaczną działać leki? za miesiąc. nie zadziałały. przespałam miesiąc. nie jest mi z tym źle, jest mi źle po prostu. nadal nie umiem żyć.

świat nie wie.

pani doktor zmienia mi leki. te działają lepiej. zaczynam widzieć, mieć siłę podnieść i utrzymać powieki. psychoterapeutka trzyma mnie w pionie. bartek trzyma mnie za ręce i serce. mama bartka pilnuje, bym zjadła, by dzieci zjadły, powoli podnoszę głowę. słoje na stole przestają mi zajmować mózg.

przez rok jem proszki. pocę się jak szczur. budzę się w nocy mokra, cała mokra. skutki uboczne. cztery przebiórki, zmiana pościeli kilka razy co noc. jesteśmy zmęczeni. wiem, że wszyscy, wiem też, że kiedyś oprócz "wiem" także poczuję. zmęczenie, coś. na razie jestem wypalona, zwęglona, czarna w środku i brudzę sobą.

jest mi trudno przyznać się przed sobą, że mam depresję. jak to, ja nie dałam rady? ja jestem chora? ja? a kto z dzieckiem jednym, drugim? jak to nie ja? długo nie uznaję choroby. wstydzę się, jestem zażenowana swoją słabością. niepotrzebnie.

ale mija czas. podnoszę się. wychodzę ze studni, mimo że ma śliskie ściany i łatwo zjechać z powrotem. potrafię już zadrzeć głowę i zobaczyć, że studnia ma koniec i światło na szczycie. widzę je. czuję. jest.

trzy miesiące temu odstawiłam leki. ucichłam. zmieniłam się. ale jestem. żyję, biegam, byłam na rejsie w meksyku, uczę się pływać, jeździć konno. chcę żyć. chcę się jarać światem. chcę brać garściami, bo wiem jak to jest, kiedy nie wiesz nawet, że masz ręce.

ty też chciej.
pomogę.
sobą, jak umiem.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

wszystkiego.

jestem chorągwią na wietrze.
łopoczę, poddaję się siłom, łopoczę z całej mnie.
wtem zwracam twarz, głowę, ciało przeciwko. stawiam opór. prawie spadam z żerdzi, na której siedzę.

wtem nagle z.
z wiatrem, z prądem, z biegiem, z falą, szybciej, dalej.

śmieję się do rozpuku, obnażam zęby i dziąsła w ostrzegawczym warknięciu. chwila po chwili. to ja i to ja.

podskakuję, wysoko, wysoko, ze śmiechem, z głośnym śmiechem, ostatni raz bezwładnie opadam z płaczem. leżę na ziemi, gryzę kurz, płaczę kamieniami.

zaczynam się śmiać z tego, że gryzę ziemię, że przecież odrażająca, brudna, zła.

przygryzałam seksownie pomalowaną wargę, aż ugryzłam za mocno. krew i piach.

głaszczę swoimi małymi dłońmi, głaszczę czule, zagłaskuję na śmierć. mocno, mocniej, najmocniej.

kocham tak samo. od wcale do za bardzo.

nie mam środka. jestem ścieżką na stromej górze. z jednej strony szczyt, z drugiej przepaść.

dudnię smutnym basem, rytmicznie, wibruję, piszczę sopranem ze strachu.

wrzeszczę ze szczęścia i z nieszczęścia.

płaczę z radości i miłości. ze smutku i strachu.

biegnę do celu, aż przebiegnę go i uciekam. przed sobą.

za mną, ze mną, we mnie i obok jest on.

mój mąż.

dziękuję, że potrafisz mnie trzymać ze ręce kiedy spadam i za włosy, kiedy rzygam. za nogi, kiedy tonę i za głowę, kiedy tonę. za serce, kiedy krwawi i za twarz, kiedy łzawi.

dziękuję ci za każdy dzień.
za spokój.
za pewność.
za niepewności.
za niepokoje.

dziękuję, że jesteś przy mnie.
tylko ty umiesz.

bądź.