piątek, 14 lipca 2017

wakacje, dzieci z bullerbyn i jak uratowałam świat przed zagładą.

chciałabym wyjechać na wakacje. do włoch, chorwacji, bułgarii, turcji, tunezji, grecji, hiszpanii, łotewer. do słońca. jechanie bowiem z dziećmi nad bałtyk polega na tym, że wynajmujesz tanią kwaterę, bo nie o to chodzi, żeby wydać zylion monet na spanie, a potem siedzisz w norze przez tydzień, bo oczywiście pada. żresz więc gofry i "domowe jedzenie u macieja kuchnia polska tanio a dobrze" w otoczeniu dykty nasiąkniętej wilgocią, do której przez dziewięć miesięcy w roku nikt nawet nie zajrzy, no chyba że myszy i pająki, a te to nawet chętnie i to w ilościach hurtowych.

są optymiści, którzy biorą kostiumy kąpielowe nad polskie morze, ja raczej zawsze kurtkę i kalosze, bo wejście do wody oznacza darmową (nie licząc noclegów, jedzenia, pączków, cymbergaja, balonów z elsą i anną, żelków w kształcie minionków, kina piętnaście d, warkoczyków z plastiku, toksycznych tatuaży, wystaw z zakurzonych zabawek z jajek niespodzianek i co-roku-tych-samych-kabaretów) krioterapię. fajnie jest nad morzem. jedno popołudnie. i bez dzieci.

niestety nie pojadę. nawet nad polskie morze, mimo że zarzekałam się przez pół ostatniego roku, że musimy, że nie ma bata, że dzieci potrzebują wakacji i my też, że słońce to jest to i że z rękawa wytrzasnę pieniądze, ale wytrzasnę, a potem przychodzą drobnostki typu ogrodzenie, trawa, elewacja, żwirek, podjazd i tylko drgająca powieka oraz skacząca na skroni cieniutka fioletowa żyłka mówią, że miało być, kurwa, inaczej. 

co roku jeździmy większą grupą do rodziców przyjaciółki. do domu w głuszy nad jeziorem, gdzie jesteśmy tylko my, sarny, lisy, czaple, karpie, amury, a jak pojawi się kormoran, to dziadek krzysiu zaraz wybiega z pistoletem startowym i strzela, żeby go wypłoszyć, więc kormoranów raczej nie ma, dzieci zaś rozpierzchają się po okolicznych krzakach i piszczą trochę ze strachu, a trochę z emocji, i "a co to jest kormoran" oraz "dlaczego dziadek strzela", matki zaś rechoczą i o siódmej rano potrafią dla żartu delikatnie krzyknąć "kormoran", żeby tylko dzieciom pokazać dziadkową sztuczkę.

fot. małgorzata szapował

jest cudownie. dzieci zwąchały się w pierwsze dziesięć minut i poszły w świat. w kaloszach, w skarpetach, boso, na rowerach, z patykami, po drzewach, robią sobie bazy z krzeseł, poduszek i koców, mają tajemnice, sekrety, scysje, kłótnie i apetyt. na jedzenie i na picie. oraz na życie.


rodzice krzątają się po domu, ktoś zrobi obiad, ktoś poodkurza. ktoś pojedzie na zakupy, ktoś pójdzie na spacer z dziećmi, ktoś zabierze je do ogródka po ogórki, ktoś z nimi siedzi rano, ktoś rysuje, ktoś dmucha na zdarte kolana, ktoś tuli, ktoś komuś robi kanapkę, ktoś komuś nalewa picie. patrzę na to wszystko, robi mi się ciepło w środeczku i nasuwa mi się tylko jedna myśl: dzieci z bullerbyn.

kilka dni temu zostałam sobie sama z dzieciakami, bo dziadek pojechał naprawiać moje auto, a gosia z martą auto marty. babcia była w pracy, a reszta dorosłych jeszcze nie dojechała. obieram sobie wielki gar ziemniaków, dzieci grandzą w altanie. bosko. nagle słyszę pisk i okrzyki, ziemia drży od podskoków, w drzwiach tarasowych rusza się dziesięć górnych kończyn oraz pięć rozemocjonowanych dziecięcych buź i wszystkie krzyczą: krowa! mama, krowa! kjowa! ciocia, krowa! aaa! tam jest krowa! krowa! ciocia!!!


patrzę, faktycznie, jest krowa. chaos za oknem i dzikie przebieżki w stronę krowy, nerwowe powroty, bo co tu zrobić, krowa na podwórku po prostu gryzie trawę kręcąc mordą. - dobra – mówię - dzwonię do dziadka. dzieci w tym czasie jak z gorączką biegają to do krowy, to do okna, mamo, kjowa! mamo, druga! ciocia, następne idą!

ja dzwonię do dziadka, dziadek mnie nie słyszy, bo w głuszy z zasięgiem różnie, ale jakoś się dogadaliśmy, że ojezusmariakrowa, dzieci mają amok uczuciowy, takich emocji to żadne kino piętnaście d nad żadnym morzem nie zapewni. dziadek mówi, że przyjął, że dzwoni do właściciela, że ten je zaraz zabierze. ale to nie koniec naszego bullerbyn. bo oto dzieci rogorączkowane wdzierają się do domu i krzyczą: trzy krowy i cielak! w ogródku! wyjadają warzywa!!!

ponieważ jestem osobą, która boi się zaskrońca, pijawki, dżdżownicy, o kocie nie wspominając, a wszystko większe od wiewiórki przyprawia mnie o zawał (dlatego też uczę się jeździć konno), to dziarsko idę ogarnąć temat. nie powiem przecież dzieciom, że wy tam obserwujcie na dworze te mordercze krowy, a ja tu bezpieczna w domu przycupnę za kredensem, zawołajcie mnie jak się skończy.

wybrałam numer do dziadka krzysia i poszłam ratować świat, a na początek ogródek. - krzychu – mówię i idę do krów – one ci wyżerają ogródek. - co? - nie słyszy mnie krzychu. - one ci wyżerają ogródek. - mówię głośniej, jakby to miało poprawić dziury w zasięgu. - jeszcze raz powiedz – ja krzycha słyszę doskonale. - krowy ci wyżerają ogródek! - drę ryja niepotrzebnie, zbliżając się do złoczyńców. - co? - pyta dla odmiany krzychu. - nie słyszysz mnie, wiem, ale powiem to jeszcze raz: krowy ci wyżerają ogródek!!! - wrzeszczę i zaczynam podskakiwać w stronę krów nie mając bladego pojęcia jak się przegania takie w chuj wielkie zwierzęta. - słyszę cię doskonale – mówi krzychu. - zaraz przyjadę. gdzie są? - w buraczkach – mówię do krzycha, a do krów – buuuu!!! łeee!!! sio!!! - gdzie? - w buraczkach! bleee!!! sioo!!! - krzyczę na krowy i na krzycha w słuchawce, do tego podskakuję jakbym płoszyła przynajmniej lwa, tudzież kuguara, za mną zgraja dzieci skacze jak ja, tylko wyżej oraz wrzeszczy jak ja, tylko wyżej.

wszyscy skaczemy i drzemy ryje, trochę napierając na trzy krowy, którym ewidentnie smakują buraczki. krowy żując czerwone liście mają nas w pompie, ale odwracają na mnie łby i trochę odskakują w bok ciągle żując bez zrozumienia. też bym tak zrobiła, gdyby ktoś niespełna rozumu krzyczał na mnie przy obiedzie ble łu i sio. krzychu w słuchawce, tak jak krowy, ni chuja nie wie o co mi chodzi, zasięg jakoś w tym momencie nie zawodzi, tak więc słyszy moje nieartykułowane dźwięki oraz sapania i próbuje się ze mną porozumieć nie wiedząc czy krowy to mój jedyny problem. ponieważ zaczęłam zauważać, że moje sposoby działają, toteż jeszcze głośniej krzyczę i wskakuję w ogródek, co poskutkowało tym, że krowy zdeptały totalnie wszystko. ale uciekły. tryumf.


oto ja. spocona ze strachu, cały czas z telefonem przy uchu, zauważam dziadka krzysia za plecami, piątka dzieci z bullerbyn podskakuje wiwatując na mój temat, obiegają dziadka siedemnaście razy na sekundę, za chwilę obiegają również swoje mamy, tudzież ciocie, które przyjechały z miasta, opowiadają jedno przez drugie co tu ciocia z krowami zrobiła. ja, jak łiliam łoles, jak joanna dark, jak brus łilis w każdej z możliwych ról – wygrałam. dyszę, ale zwyciężyłam. śmierdzę, ale żyję. w podzięce od przyjaciółek dostaję prawie szacun i dużo rechotu oraz trochę żalu, że nie poczekałam na nie z przedstawieniem.

na obiad miała być botwinka, ale niestety nie wydarłam krowom z pysków. zdeptały za to kilogram cebuli, którą zjadamy z tym garem ziemniaków, co go obrałam. to są naprawdę polskie wakacje.


i w sumie w życiu nie zamieniłabym ich na olinkluziw nigdziebądź.

wtorek, 11 lipca 2017

wiwat życie oraz tata.

za dzieciaka byliśmy bandą. miałam dwóch kuzynów w tym samym wieku, co ja i mój brat. między młodszymi a starszymi były cztery lata różnicy, co bardzo szybko przestało mieć znaczenie. no chyba, że mój brat miał 15, a ja 11 i byłam zakochana dokładnie w każdym jego koledze i to jednocześnie, natomiast ja dla nich zawsze byłam dzieciakiem, gdyż zalążki cycków nie pojawiły mi się nawet, gdy byłam w ich wieku, a właściwie to nadal czekam.

kiedy mój brat i jego rówieśnik (michał i szymon) byli mali, mieli tak ze trzy lata, byli petardami nie do zatrzymania. jeden ciągnął drugiego i to zarówno w górę (na wielką kupę węgla), jak i w dół (kiedy zjeżdżali z tej kupy do piwnicy przez otwarte okno).

chłopakami opiekował się dziadek. dziadek wacek, największy poczciwina na świecie. wszystkimi dziećmi w rodzinie opiekował się zresztą dziadek. babcia pracowała, a dziadek ogarniał chatę. co rano mieliśmy cieplutkie bułeczki z dżemorem albo powidłami śliwkowymi, kakao lub herbatę, byliśmy zadbani, wygłaskani i szczęśliwi. na obiad modro kapusta, pyzy na lumpie ze sosem, ślepe ryby albo pyry z gzikiem. pyszka!

dziadek wacek, michał i szymon. zdjęcie zrobił syn tego w okularach, a ojciec tego z zębami na wierzchu.
zdjęcie zdjęcia zrobiłam ja, córka tego, który robił to zdjęcie.

i te dwa małe gnojki, kiedy zaczynały fikać, to właziły dziadkowi na głowę i na ambicję. dziadek jednak, mimo swojej poczciwości, był sprytkiem i szybko zorientował się, że jego dwaj pierwsi wnukowie tworzą naczynie połączone i wystarczy wyłapać jednego, żeby drugi prędzej czy później sam przylazł.

autor poprzedniego zdjęcia zwany także dziadkiem jasiem, natasza i zoja. zdjęcie zrobił zięć tego w środku i ojciec tych dwóch po bokach.

tak więc dziadek ganiał za nimi po hałdach węgla, po żwirze, nurał po krzakach, brodził w rzece, aż jednego złapał. wtedy chwytał go wpół pod pachę i niósł do domu, natomiast delikwent w tym czasie - nie oszukujmy się, darł ryja, kopał, wierzgał, gryzł i drapał, jak na trzylatka przystało. dziadek jednakże był twardy jak pięty babci i szedł uparcie do domu. wówczas, jak na gumce pojawiał się drugi gnojek i wrzeszczał: "puść go stary dziadu! puszczaj! zostaw!" i próbował pluć na duże odległości. bezskutecznie, bo tego nauczyliśmy się dopiero kilka lat później plując z balkonu na ludzi wracających z kościoła.

kiedy plułam na ludzi z balkonu, wyglądałam podobnie niewinnie.

byliśmy straszni. ale dziadek jak nas wyłapał, to wygłaskał, wymył, nakarmił i z powrotem puszczał luzem, jak zwierzątka. do następnego ekscesu. później zawsze myślałam: gdzie wtedy była moja mama? gdzie tata? dlaczego pozwalali nam na takie coś? jak to możliwe, że w domu ślęczałam nad zimnym, obsmarkanym obiadem do dziewiętnastej, a u dziadków nad tym samym obiadem słyszałam: nie chcesz, to nie jedz (i zawsze jadłam)? jak to możliwe, że w domu nie mogłam zeżreć przed kolacją ciastka, michy truskawek, kiszonej kapusty palcami ze słoika, lizaka, cuksa, wylizać wibowitu z worka, a u dziadków tak? 

miały karmić ryby, ale tak naprawdę jedzą ciastki.

teraz już to wszystko wiem. teraz odstawiam swoje dzieci do dziadka i znikam. donikąd. do lasu, do miasta, na pomost, do koleżanki. moje dzieci są wylatane, wybawione, umyte (albo i nie), nakarmione i wyluzowane. i ja też. 

a rajtuzy jeszcze białe. niebywałe.

powinnam zatem przymknąć swoje spaczone matczyne oko na to, że żarły ciastka zamiast duszonej marchewki (mniam) i maliny prosto z krzaka (z larwami pasożytów), że ganiały po dworze w samych skarpetach (tak, nie muszę ich dopierać ręcznie, mogę je wyrzucić), ubrania mają założone na odwrót i mają piękne zdolności, których ja już nigdy nie posiądę (nabijanie białych robaków na haczyk).

najpierw robak na haczyk, później ciasteczko. mniam.

tak naprawdę - dzięki, tato.
byłam w lesie i nad innym jeziorem.
samiutka.
w ciszy!

wiwat dziadkowie.
wiwat życie.
no i przede wszystkim:
wiwat ciastka!


wpis powstał przy współpracy z drgerard.eu, sprawdźcie, bo oni tam mają fajny konkurs - klik


piątek, 7 lipca 2017

gdyby tak.

gdyby tak
każdy miał swoją wyspę

a na niej siebie sprzed tysiąca lat

gdyby tak
każdy miał swoją miłość

a w niej pewność na kolejny świat

gdyby tak
każdy miał ciepłe ręce

a w nich bezpiecznie trzymał czyjąś twarz

gdyby tak
można się było uśmiechnąć

i patrzeć na siebie i trwać, trwać, trwać

gdyby tak
gdyby?
tak.



poniedziałek, 3 lipca 2017

ach, to ty.

piąta czterdzieści pięć. krótki krzyk zoi. wstaję niespokojna zobaczyć co się dzieje. nic. sen. ja nie mogę zasnąć. przewracam się. myślę. rzucam w swojej głowie. turlam. próbuję dospać, jestem matką, mam wieczny niedobór snu, którego nie da się zalać kawą, jerbą, guaraną, spidem z puszki. śpij - proszę siebie jak swoje córki - śpij jeszcze trochę.

budzę się trochę później, kiedy ojciec jedyny szepcze w ucho zoi "wszystkiego najlepszego kochana" i już wiem wszystko.

o piątej czterdzieści pięć cztery lata temu zoją szarpnęło w moim brzuchu. miałam zagrożoną ciążę, skróconą szyjkę macicy, założony pessar i plan, że urodzę natychmiast po zdjęciu krążka. termin na koniec czerwca, pessar zdjęty w maju, urodziłam jedenaście dni po terminie. jedenaście najdłuższych dni spędzonych w szpitalu. trzy razy wywoływano mi poród. chodziłam na spacery, po schodach, tam i z powrotem, w górę i w dół. po trzeciej próbie powiedziałam: nie. niech urodzi się wtedy, kiedy ona będzie gotowa, nie ja. to jej przejście, nie moje. moja cierpliwość, a raczej jej brak, jest niczym w porównaniu z tym, z czym mierzyć się będzie wkrótce ten człowiek.

bolało. bardzo bolało. skurcze miałam rzadko, ale bardzo bolesne. z nataszą krążyłam po podłodze na czworakach jak dzikie zwierzę. mościłam posłanie jak suka, deptałam trawę, jak sarna, nie dotknęłam łóżka przez siedemnaście godzin porodu. teraz położyłam się na łóżku, nie dałam rady cała. głowa zwisała mi z boku, nie mogłam otworzyć oczu. położna ocierała mi ślinę kapiącą z kącika ust, nie pozwoliłam przełożyć swojej głowy na miejsce. nie było wtedy dla niej miejsca. pomiędzy skurczami tak bardzo chciało mi się spać. śpij, mówiła renia, położna, mój kompetentny anioł. śpij jeszcze.

bez słowa to przykrywała mnie szpitalną kołdrą, to odkrywała, wycierała twarz, odgarniała włosy. wybudzałam się i szeptałam niemal bezgłośnie "reniu, pomóż". "jeszcze troszkę, madziulka. jeszcze, jeszcze. ja ci powiem kiedy". zoja traciła tętno w szczycie skurczu. ja traciłam świadomość po skurczu i zasypiałam. po kilku takich cyklach renia powiedziała "już wiem. ona jest owinięta pępowiną. jak masz skurcz, to ją ściska, a potem taka długa przerwa jest, żeby ona się zregenerowała. urodzimy ją, ja ci powiem kiedy. na razie czekamy. jesteście bezpieczne".

urodziłam zoję w środę. wtorek był dniem podawania chemii nataszy. poprzedniego dnia ojciec jedyny z nataszą jechali autem do warszawy i z powrotem na wlew. tysiąc kilometrów w aucie z dwulatką po chemioterapii. chciałam, żeby się wyspali. nagle odeszły mi wody i zoja zaczęła swoją podróż do nas. "o rany, madziulka, dzwoń po bartka, bo nie zdąży!". zapakował nataszę w piżamce do auta, przekazał śpiącą swojej mamie na ulicy i ruszył do nas.

"już nie mogę, ratunku, reniu" ledwie mówiłam. "ratunku. pomóż". płakałam i odpływałam. siódma rano. albo ósma. nie wiem. wiem tylko, że boli tak, że nie mogę nawet krzyknąć. nie mogę ruszyć niczym. zoja się rodzi, bartka nie ma, mnie już chyba też. cała znikam, zamieniam się w ból. nie mogę już płakać. nie wiem co robić. myślę "tnijcie, bo ja umrę", ale nie mówię tego. nagle wszystko ucicha. "madziulka, ona czeka na tatę" mówi z niedowierzaniem renia. ja rzucam cichutkie "zoja, nie rób mi tego, chodź". dziesięć minut ciszy. świat stoi. czas stoi. ja wiszę. wchodzi bartek. dostaję nadludzkiej siły, renia przesadza mnie na krzesełko. dwadzieścia minut, jedno "nie dam rady - dasz kurwa" i cztery bóle parte później tulimy zoję.

otwieram oczy szeroko, szeroko. po spaniu nie ma śladu. ona patrzy na mnie, jeszcze nie widzi. ale do tej miłości nie są nam potrzebne spojrzenia.

dzień później przyjeżdża natasza. spogląda na siostrę i niczym nie zdziwiona mówi: "ach, to ty".

zostajemy z tym już na zawsze.

wszystkiego najlepszego, córeczko. kocham cię bardzo i mam nadzieję, że kiedy spotkasz miłość swojego życia, kiedy zobaczy jaka jesteś dobra, radosna, pełna życia, piękna, mądra i silna, powie: "ach, to ty".