piątek, 7 kwietnia 2017

czego i komu zazdroszczę.

zazdroszczę ci tej błogości.
zazdroszczę ci tego, że jesteś niewyspana i tylko tyle.
że nad wyraz zmęczona, bo „ona mi wstała dziś o piątej, rozumiesz beata”.

zazdroszczę ci kłopotów, że słoiczek zjadła za szybko, za późno, za dużo, za mało.
zazdroszczę ci tego wkurwa, że ona cię oblizała po policzku, po twoim świeżo rozprowadzonym, idealnie dobranym podkładzie, którego jeszcze szczątki widzę za hybrydowym paznokciem w hitowym kolorze tego lata.

zazdroszczę ci, że „zasrała, rozumiesz beata, tego bodziaka od karoliny herery”. i że będziesz musiała prać to ręcznie też zazdroszczę, bo „żaden, rozumiesz beata, wanisz nie pomoże”. to nie wystarczy polać plamy i włożyć do pralki, ten idealny tips będzie skrobał między włóknami bawełny, którą zapewne średnio opłacony chińczyk dla pani herery pozyskiwał w upale i pocie czoła drżąc o własne dzieci, albo sam dzieckiem będąc, albo przy boku swojej mamy, a może on/ona/ono w ogóle nie ma mamy, bo on nawet nie wie „ile pani herera karolina kasuje za jednego, wyobraź sobie beata, bodziaka”. albo może inaczej. ja nie mam pojęcia jak się pozyskuje bawełnę. tak czy owak, w jej włóknach, beata, jest kupa. i wiem, że wiesz i że sama skrobiesz. widzę, że też masz zrobione paznokcie. pokaż, ładne.

zazdroszczę ci twojego braku wątpliwości, kiedy wiozłaś swoją nadię, nastkę, nasturcję na przekłuwanie uszu, zazdroszczę ci tego braku wirowań w głowie tych słów: dezynfekcja, krew, wuzetwu typu be, niepotrzebny stres, ból, a po co.

zazdroszczę ci twojej swobody w dawaniu pięciomiesięcznemu żołądkowi wafelka, lodów, tiramisu, mięsa i pesto z restauracji, bo „ona, rozumiesz beata, zawsze jak jestem w restauracji, to mi wyjada”.

zazdroszczę ci, że twoje dzisiejsze dylematy to czy ta chustka z tą kokardą będzie pasowała do tych leginsów, a nie, przepraszam, dżeginsów, katany i botków emo w rozmiarze kurwa dwanaście.

zazdroszczę.

że nie wróciłaś wczoraj z drugiego końca polski ze szpitala i że nie musisz liczyć który to był wyjazd i że już ponad sześćdziesiąty.

że nie niosłaś jej śpiącej, twojej nadii, nastki, nasturcji razem z dwiema walizkami, w deszczu z samochodu do hotelowego pokoju. że siku robiłaś ty i twoja dziewczynka, rozumiesz, w domu. że się wykąpałaś, choćby szybko i z przerwami. że nie siedziałaś za kółkiem przez pięć godzin udając, że nie jesteś zmęczona, znużona, zdenerwowana, przestraszona i załamana.

że nie niosłaś lodówki turystycznej pożyczonej od przyjaciół, która z impetem i z lekami dla twojej nastki, nadii, nasturcji pierdolnęła ci o kamienną podłogę w szpitalu i ten moment na kolanach, kiedy próbowałaś tę przyszłość twojego dziecka wyzbierać z podłogi był jedynym momentem, w którym pozwoliłaś sobie przy dziecku spuścić głowę i na chwilę załkać.

że nie musisz odkupić lodówki, choć to bzdura.

zazdroszczę ci, że zasypiała ci wczoraj, rozumiesz beata, chyba z pół godziny. wrzeszczała i takie tam.
że nie musisz jej kłuć codziennie, że nie rysujesz z nią strachu czarnymi kredkami, któremu nadajesz imię, rysujesz hamburgery i próbujesz oswoić. że nie musisz chwytać za najmniejsze fałdy jej skóry na brzuchu, ramionach, udach i tam wbijać igły, bo to boli mamo, proszę, ja tego nie wytrzymam, nie rób mi, nie.

to jest dziwne, bo zazdroszczę ci zdrowego dziecka, chociaż nigdy, przenigdy nie zamieniłabym się z tobą.

rozumiesz beata?




piątek, 24 marca 2017

w czepku urodzona.

jak byłam dzieciakiem, to miałam taki chitry plan, że tata nauczy mnie pływać. tata powoził mnie w wodzie na własnych plecach, albowiem sam pływa dobrze. wprawdzie miejscówka na karku była ekscytująca, a tata śmigał delfinem powodując dodatkowo mój chichot, ale jednak chciałam umieć pływać, żeby nie okazało się to chichotem losu.

mój chitry plan postanowiłam zrealizować bystro a nonszalancko, zagadując tatę: tata, nauczysz mnie pływać? na co on, że tak. potem powiedział: zanurz głowę pod wodą i otwórz oczy, ja, że nie, a tata, że to nie. i po nauce.
i tak ze trzy lata z rzędu.

gdyby były mistrzostwa świata z dydaktyki, motywacji i zagrzewania do walki, to myślę, że tata mógłby być drugi. pierwszy byłby mój wykładowca z uczelni, który próbował nauczyć mnie dydaktyki, ale nie nadawaliśmy na jednych falach. to znaczy być może nadawaliśmy, ale aktualnie mieliśmy tsunami. i kiedy powiedziałam mu, że okej, pan mnie nie lubi, ja pana nie lubię, załatwmy to jakoś, pan doktor zwyczajnie miał ochotę mi zdzielić z liścia. jak to potem opowiadałam tacie, to powiedział, że szkoda, że mnie nie zdzielił, bo by poleciał z roboty, a ja bym zaliczyła semestr. no i chyba tata mi się tym samym wysunął na prowadzenie.

w tajemnicy przed tatą zdarzało mi się otwierać oczy pod wodą i widzieć wielką zieleń, bo woda w jeziorze zawsze była zaglutowana.

no i coś tam pływałam, żabką turystyczną, taką trochę potrąconą, co ma jedna nóżkę bardziej.

w wodzie najbardziej przeraża mnie głębia, ogrom, czarna czeluść. jak jest przejrzysta woda, to mogę ewentualnie się pomoczyć.

na studiach miałam rok basenu w ramach wuefu. rok basenu! z kolejnym psychopatą, który widząc pięćdziesiąt polonistek aż furczał, żeby ta lekcja trwała w nieskończoność. poniżał nas, no. kilka zajęć przeleżałam gołym bebzolem na kafelkach imitując ruchy takie jak przy pływaniu i brałam na klatę wszystko to, co żyje na basenowej posadzce. istne grzybobranie.
przepłynęłam jednak na koniec roku siermiężnym kraulem jedną długość basenu, dostałam czwórkę i emocjonalną zapaść.

ojciec jedyny zaś to człowiek wody. miłośnik. jakby był, to by miał zestaw mały żeglarz. raz mnie zabrał kajakiem na randkę, a raz na rower wodny, oba razy niepotrzebnie.

no ale w końcu postanowiłam, że nauczę się pływać, żeby wakacje na katamaranie nie były dla mnie życiową traumą, a przygoda życia nie polegała na przerzyganiu i przesraniu dwóch tygodni w kajucie, ale na drugim końcu świata.

no i poszłam na lekcje. 
oczywiście na początku była kwestia kostiumu. jednoczęściowego nie mogę mieć, bo mam taką figurę, że na plecy mogłabym sobie wrzucić jeszcze worek kartofli, a one jednak mają słabą pływalność. część majtkowa w jednoczęściowych robi mi z dupy cztery pośladki, a ja nie jestem z tym widokiem zżyta.

bikini fikuśnie wiązane po bokach nadaje się do ponętnego leżenia na piachu, a nie wyczynowego pływania, nawet jeśli jest to styl rozpaczliwy, jaki mam opanowany do perfekcji, ale jednak wyczynowego, bo że wlazłam do wody to już duży wyczyn.

wzięłam więc dwuczęściowy sportowy kostium, a instruktor kazał jeszcze czepek i okulary. okulary mam w domu, czepek musiałam kupić, a ponieważ okazało się, że zapomniałam z domu okularów, to trzeba je było zakupić, w związku z czym budżet na czepek drastycznie zmalał. wybrałam pomarańczowy, bo wydawało mi się, że kostium mam w takich kolorach i faktycznie, wydawało mi się. różowy z pomarańczowym komponuje się tak, że jak rzucam się na taflę wody w brodziku, to wyglądam jak wielki żarzący się wkurw. dzieci płaczą, starcy się rozsuwają. ekselent.

pomijam fakt, że często nim jestem, bo po pierwsze, depiluję się dwadzieścia minut przed basenem ze słowami "okurwa, zapomniałam", po czym pocięta na nogach, opuchnięta w okolicach bikini, czyli również pod pachą, bo my całe stanowimy okolice bikini, z wrośniętymi kłakami to tu, to tam wbiegam na basen, a to po pierwsze piecze, po drugie nie wygląda. ale jebać to. przecież przyszłam się nauczyć pływać, mam prawie czterdzieści lat, dwójkę dzieci, jak na to wszystko - spoko ciało i - co najważniejsze - trenera z wadą wzroku.

no ale ten czepek. job twoju mać pomarańczowy. dziś zobaczyłam się w lustrze. i on jest chyba jakiś nie taki. bo przecież nie ja.

on mi jakoś tak obciska ryj, uszy przykrywa, jak próbuję odsłonić uszy, to mi się zsuwa na czubek łba i ta guma wyrywa mi kłaki, a dodam, że i tak nie mam dużo.

ja mam rożne kompleksy - ciekawe i mniej, ale jakoś nigdy nie czepiałam się swojego czoła, aż do teraz. bo w tym czepku to ja muszę upychać skórę z czoła, jak cycki w staniku. niedługo będzie jakaś czepkofitterka, co będzie radziła jak upchnąć tam łeb, żeby było schludnie. ja dziś zebrałam całą skórę z czoła nad oczami i już to powodowało, że wyglądałam jak komandor ze star treka, z tym że  - mówiąc eufemistycznie - zdenerwowany. jak dołożyłam do tego okulary, to się okazało, że ta skóra z czoła robi mi daszek nad oczodołami i fajnie, bo jak idę na bicze wodne, to mi do oczu nie leci, ale niefajnie, bo kiedy - jak to ładnie określa trener - szybuję na wodzie, to się gubię, bo mi ta skóra na oczy nachodzi. taka powieka zewnętrzna, nad którą nie masz kontroli.

ja wiem, że ten czepek nie był drogi. 
ale ja też wiem, że nie kupię innego.

coraz częściej zastanawiam się nad założeniem sobie na czaszkę reklamówki z biedronki - uroda podobna, a jak nabierze powietrza, to przynajmniej - kiedy się utopię - będzie mnie zajebiście dobrze widać.

środa, 8 marca 2017

jak żyć w kłamstwie? praktyczne porady.

znałam kiedyś dziewczynę, która żyła w kłamstwie. od lat. zmieniali się ludzie wokół i kłamstwa, ale niewiele poza tym. miała oczy dookoła głowy - zawsze, nie chodziła w pewne rejony, chowała się w sklepach, bramach, krzakach. z kimś gadała, z kimś nie. półsłówka, tajemnicze zdania. paranoja. 

zawsze myślałam jak tak można. i po co. jak żyć, jak zapamiętać co się komu nakłamało, co się komu powiedziało, a czego nie i przede wszystkim dlaczego.

być może psychologia ma na to jakąś swoją szufladkę, nie wiem.

nie mogłam sobie z tym poradzić, dlatego od niemal dwudziestu lat kręcę w tym temacie głową na boki, aż mi się poluzowała i dynda, jak piesek w samochodzie.

bo ja jestem na tyle gadatliwa, że wygadam wszystko, zwłaszcza w domu, ale.

przez prawie rok okłamywałam mojego męża.
który to mąż jest moją najbliższą przyjaciółką. 
jedynie jak chcę na niego posapać, to dzwonię do brata.
bo brat jest moją drugą najlepszą przyjaciółką.

tak więc z każdym z nich rozmawiam o tym samym, przy tym mężowi kłamię. kłamałam, bo już nie.

było to dla mnie uczucie tra-gicz-ne. wokół jednego dużego kłamstwa musiałam zbudować sieć nowych, malutkich, związanych z dużym. musiałam chować telefon, mejle i czyścić historię w komputerze. musiałam wymyślać kłamstwa na poczekaniu. pociłam się jak szczur i kręciłam w rozmowach. mąż czuł oczywiście, że kłamię, a ponieważ się nie kłócimy, to rozumiał, że nie chcę o czymś mówić, co jest dziwne samo w sobie, bo ja cały czas coś mówię.

uszy mnie piekły i głowa bolała przez kilka miesięcy od tego napięcia.

w końcu pękłam. nie wytrzymałam. musiałam podejmować kolejne decyzje za nas dwoje, co było już dla mnie zbyt trudne. 

"muszę ci coś powiedzieć" - drżącym głosem powiedziałam.
ojciec jedyny zbladł.
"nie wiem jak zareagujesz" - ciągnęłam. nie wiedziałam jak zacząć.
podszedł do mnie powoli, naprężony, jak ja przez ostatnie miesiące.
"bo ja...", "bo ja...", "ja cię od jakiegoś czasu okłamuję".
mój mąż bardzo ciężko milczał.
"bo ty masz w tym roku czterdzieste urodziny i ja ci szykuję niespodziankę".
złapał oddech.
"lecimy do meksyku, a stamtąd płyniemy w rejs katamaranem po zatoce kalifornijskiej i po oceanie spokojnym. urlop masz załatwiony, sprzęt i bilety też. musimy jeszcze parę rzeczy zorganizować. i ja już nie mam siły sama tego ogarniać". rozpłakałam się. ciśnienie wybiło mi oczami, trysnęłam, jak wieloryb z grzbietu. wdech mojego męża świsnął jak wesoły delfin. prawie czuć było wakacje. niemal udławił się tlenem.

milczał do końca dnia. tulił mnie i milczał. całował moje oczy, ręce, twarz. milczał. wieczorem powiedział, że milczy, bo nie wie co powiedzieć, ale w środku cały się trzęsie.

sami na urlop pierwszy raz od sześciu lat.
pierwszy raz tak daleko.
pierwszy raz taka przygoda.

warto było knuć.
dziękuje wszystkim, którzy mnie wspierali w tym knuciu przez niemal rok. zwłaszcza mojemu bratu, teściówce, rodzicom, współpracownikom męża.

ponoć woda jest tam tak słona i ma taką wyporność, że nie dam rady utonąć, jednak biorąc pod uwagę fakt, jak bardzo boję się wody, pod prysznic też będę chodziła w kapoku.

ahoj.

poniedziałek, 27 lutego 2017

ona. ona.

postawiliśmy ją w pokoju, w którym do tej pory mieszkały koty, w foteliku samochodowym.

wyjęłam ją stamtąd.

położyłam na sofie.

to był jej pokój.

co teraz? pytaliśmy siebie nawzajem i patrzyliśmy na nią. ona na nas. co teraz?
przesiedzieliśmy tak trochę. kwiliła. popiskiwała. stękała, jak tylko delikatnie stękać potrafią niemowlęta. mówią nosem. knychają. ruchami żółwia rozpatulają się z kokonów, w które je z uporem maniaka zawijamy.

jeść chce. pić chce. nie wiem co chce. pierś chce. mnie chce. nie wiem. nie wiem.

zanieśliśmy ją do naszej sypialni. przystawiłam do piersi. ssała i oddychała, oddychała i ssała. jak to wspaniale współgrało. cisza w domu. absolutna cisza nie licząc pomlaskiwań i fuknięć.

co teraz? tkwiło w nas cały czas.

położyliśmy się obok niej. ona na kocyku, na pieluszce, wypranej, wygotowanej, wyprasowanej, wygniecionej, by była miękka, a potem znów wyprasowanej, żeby równa. zbyt długie rękawy body z napisem 56 na metce podwijałam drżącymi rękoma. chude, bordowe nóżki i rączki ruszały się we własnych rytmach. kręciły, wierciły, nie ustawały w mozolnej pracy odkopywania się ze wszystkiego. paluszki, nad którymi nie miała władzy, wystający język, kiedy w końcu nauczyła się trochę głośniej skrzeczeć. trochę mi zajęło, nim zaczęłam zakładać skarpetki pod śpiochy, a nie na, co zostawiało jej pogniecioną skórę na cienkich nóżkach. i tak nóżki się wyślizgiwały i stópki były zimne, podczas gdy skarpety zwisały smętną kulą oplatając końcówki śpiochów. rączki zaciśnięte na buźce, drapiące oczy, ślepy kot, kret, żółw. nie spaliśmy i spaliśmy jednocześnie. dzień zlewał się z nocą, ranek z wieczorem, jeść, pić, spać, wydalać. całą trójką. przez miesiąc.

kąpiel była jak trzymanie pajęczyny. jak próba dotknięcia motyla dłonią. jak łapanie jedwabiu. 

zachłystywaliśmy się sobą nawzajem. pięknem, zapachem, krztusiliśmy się. ona mlekiem, my łzami. przeciągaliśmy przez małe otwory ubrań jej delikatne ręce, nogi, głowę. 

zgadywaliśmy czym są sapnięcia i uczyliśmy się siebie.

co teraz?

teraz jest sześć lat później. nadal się siebie uczymy, nadal się sobą zachłystujemy, już we czwórkę. wieczorami chwytam jej bose stopy, głaszczę po miękkim brzuchu, drapię po plecach. głaszczę po włosach, trzymam za policzki, całuję usta, palce. czyszczę nos, uszy. szepczę to samo, co od sześciu lat. przynoszę wodę, okrywam kołdrą, podsuwam pluszaki. i słucham. to się nie zmieniło. jej spokojny, cichy oddech, to moje spokojne, uciszone serce.

wszystkiego najlepszego. kocham cię nataszko.

kocham cię, zoju. i już do ciebie idę.


środa, 22 lutego 2017

gejoza.

wiele, wiele razy się zastanawiałam jak to napisać. czy to napisać. i dlaczego to napisać.

po prostu.
tak.
bo tak.

a zatem: lubię gejów. uwielbiam. chłopaków i dziewczyny. mam kilkoro wśród znajomych i po prostu ich uwielbiam.

w zasadzie nie wiem dlaczego. 
zawsze sobie myślę, że ci to dopiero mieli/mają pod górkę. zawsze gdzieś w ukryciu, zawsze gdzieś po kątach, jeśli wcześnie odkryli swoje fascynacje płcią nieprzeciwną, to być może w ich głowach działo się o wiele więcej złego skierowanego w swoją stronę, niż w mojej na przykład.
tak sobie myślę: ile to czasu trzeba, żeby się ze sobą pogodzić, zaakceptować, jaki to trzeba mieć otwarty umysł i jak mocno kochać siebie, żeby wyjść z szafy.

zazdroszczę im miłości do siebie, samoakceptacji i siły na życie w tym homo- i ksenofobicznym kraju.

nie wiem kto ustala, że wsadzanie fiuta lasce w tyłek przez chłopaka jest okej, a chłopakowi nieokej. nie wiem kto ustala, że wkładanie męskich palców w krocze laski jest okej, a kobiecych nieokej. nie wiem kto ustala, że w zasadzie bezpłciowy język stykający się z drugim bezpłciowym językiem jest w wykonaniu męsko-damskim spoko, a w męsko-męskim czy damsko-damskim niespoko. 

i - nomen omen - w dupie mam kto komu co gdzie i kiedy wkłada, póki ta druga osoba tego chce i nikt nikogo nie krzywdzi.

żaden heteryk nie ma do siebie tyle dystansu, co jednak niewielka grupa gejów, jaką znam. jednak heteryków znam całe mnóstwo i żaden nie daje rady tak, jak tych kilka moich ukochanych, przepraszam, ciotek.

jeśli kiedykolwiek moje dzieci przyjdą mi powiedzieć, że kochają kogoś tej samej płci (a mam nadzieję, że będą świadome, że mogą), będę mówiła im to samo co wtedy, gdy przyjdą z kimś płci przeciwnej - "czy się kochacie", "dbajcie o siebie", "rozmawiajcie ze sobą", "szanujcie się" i "jak ją skrzywdzisz, to cię, kurwa, zajebię".

mam ogromny szacunek dla tych, którzy przyznali się do tego, że są homoseksualni. jest to dla mnie wyraz niezwykłej siły. jak widzę hejty sypiące się jak gówno z barana na chłopaka, który pokazuje na jutubie jak się malować, to mi się rzygać chce. prawdopodobnie nigdy nie będę miała (bo, że nie miałam to pewne) tak zadbanej skóry, jak on, tak dobrze wyregulowanych brwi i tak dobrze wykonanego makijażu. chuj ci do tego, jeden z drugim, kogo on kocha. daj ty się kochać komuś o twoich poglądach i chciałabym, żebyś to też robił po cichu.

wspieram całą swoją wątłą klatą dziewczyny, które chcą mieć krótkie włosy, małe cycki, wąskie biodra i wcale nie chodzi mi o ciało. 

życzę każdemu, aby mógł po prostu być sobą. 
o.

a żeby być pedałem nie trzeba być gejem, jeśli wiesz co chcę powiedzieć.

sobota, 18 lutego 2017

córeczko.

trzymam cię za rękę, kiedy śpisz. 
głaszczę twoje spocone włosy. 
zginam delikatnie dziecięce paluszki.
uwielbiam niemo ciepłe nieumyte stopy.

poprawiam piżamę, żeby zakryć nerki.
podwijam spodnie na śniegu. 

oddaję ci wszystkie wiśnie z dżemu.
wycinam śnieżynki, które narysowałaś na niezapłaconych rachunkach.

dmucham na rany i na jedzenie. mój oddech leczy, grzeje i chłodzi. 

całuję krew na twoich kolanach.
zlizuję zeschnięte ziarenka kaszy z twojej brody.

przedkładam ciebie ponad wszystko.
szepczę 'kocham' w środek śpiącego ucha.

w kółko robię to samo, mimo że już bardzo nie chcę. bo ty chcesz.

walczę o ciebie jak lwica.
zagarniam cię pod swój spód, przytulam do swojego miękkiego i bezbronnego brzucha.
chowam cię przed deszczem, słońcem i mrozem. życiowym. 

wciąż daję ci monety do skarbonki, mimo że stale zatapiasz je w plastelinie i gubisz.

trę białymi kostkami rąk plamy na twoich ulubionych sukienkach.

patrzę na ciebie, córeczko, bo cię bardzo kocham.
ta miłość jest niezależna od okoliczności. 



szkoda, że mówię to wszystko za ciebie, mamo. 
szkoda.


poniedziałek, 6 lutego 2017

o tym, jak chciałam zostać dzikiem.

przez ostatni miesiąc miałam ospę swoich dzieci. nic mnie nie gryzło i nie swędziało, nic mi nie pękało, oprócz serca oraz mózgu, że w nocy podbiegam to do jednego, to do drugiego pokoju i próbuję a. oszukać pryszcze i dziecięce głowy i drapać naokoło bąbla, co w półśnie przynosi ulgę, ale do czasu, bo wiadomo, że i nerw w półśnie potrafi większym być, b. smarować taką pianką, co może i nie ma koloru, ale konsystencję ma taką, że po pierwsze kleją się całe włosy, zwłaszcza do rozdrapanego strupa, po drugie, jest pianką, więc ma właściwości pianki, to znaczy pękające bąbelki, które zapryśnięte do ucha powodują wielki hałas w samym środku nocy, a jak się okazuje, taka noc w ospie to ma kilka środków. 

na piankę zatem trzeba dmuchać, gdyż ponieważ jest mokra, a do mokrego to się piżama przykleja i nieszczęście gotowe. kiedy się już rozdrażni wszystkie strupy ściągnąwszy mokrą bluzkę od piżamy i założywszy suchą, bo się niedokładnie wysuszyło piankę dmuchaniem, to ponownie trzeba pianką zapsikiwać. i kiedy już się to okiełznało wszystko, trzeba było już tylko zaśpiewać kołysankę. lecz nie można było przy tym zasnąć wyśpiewując charczące bzdury, bo się dostawało burę i hałas był jeszcze większy, niż przy bąbelkach pianki pękającej w uszach.

moje córki przeszły ospę bardzo łagodnie, dodam. nie czochrały się, nie chciały się zamienić w dzika, jak kiedyś ja, a mianowicie wtedy, kiedy na rozmowę biznesową poszłam w sukience, może i zakupionej na dziale dziecięcym, ale za to z bardzo przepysznej wełenki, mięciutkiej. 
chyba, że się założyło na tę sukienkę obcisły płaszczyk, a pod tę sukienkę jeszcze bardziej obcisłe rajstopy mające na celu ukształtować nasze nadwątlone czasem i brakiem starań poślady, a potem się galopowało po mrozie z dzieckiem do supermarketu i biegło się trochę z tym dzieckiem na ręku, bo ono chciało siku to dziecko, a potem się mu obiecało zabawkę, a w supermarkecie jest bardzo gorąco, żeby nie powiedzieć w chuj, a dziecko rzadko tam bywa oraz ma problem z podjęciem decyzji i najzwyczajniej w świecie dostało oczopląsu i jeszcze się potem próbowało wyciągnąć stamtąd dziecko, w torebce niosło zgrzewkę wody, a w rękach opakowanie od zajebiście wielkiej lali - bobasa i się troszeczkę, że tak to ujmę, zapociło, to wtedy, właśnie wtedy sukienka przestawała być milusia. ja zresztą też. 

ja wtedy po prostu chciałam być dzikiem. chciałam z tym wszystkim na rękach pobiec jeszcze na stację benzynową, kupić wór drewna kominkowego, tak, może być to najtańsze, rozsypać je i czochrać się plecami o te kawałki drewna. płynąć stylem grzbietowym po asfalcie z pieńkami, chrząkać i się drapać, wytarzać w trocinach, do krwi rozdrapać, sierść zostawić na tej białej korze, bo jednak brzoza najtańsza, z rozkoszą wbić sobie drzazgi w wilgotne plecy i rozszarpać na strzępy tę piękną błękitną wełnianą drażniącą sukienusię.

no więc moje dzieci nie.
łagodnie.
stawały przed naszym łóżkiem, albo nawet się nie kwapiły, tylko ze swoich wygodnych, cieplutkich i milutkich, świeżych pokładów, o każdej porze dnia i nocy nawoływały: swęęędzi!!! na co ja reagowałam prawidłowo, mianowicie truchtem na ratunek, uzbrojona w piankę i zmianę odzieży.

w stanie byłam takim, że jak miałam posegregować pranie na białe i czarne, to pół dnia siedziałam przed stosem. głowę miałam gorącą w miejscu, gdzie kiedyś stwierdzono mózg, ślina oczywiście smętnie zwisała mi z kącika ust brużdżąc mi, chciałoby się powiedzieć świeżą i chciałoby się powiedzieć twarz. egzamin do mensy. z zegarkiem w ręku. dwie godziny. które to może być czarne, a które białe?

dodatkowo czekało mnie coś więcej, chyba staż w nasa, albowiem musiałam ocenić których rzeczy jest więcej i które wyprać najpierw. nie wiem jak to zrobiłam, ale prawdopodobnie po prostu byłam w kosmosie i jakoś samo poszło.

ostatni czas spędziłam z zojką, która bardzo, ale to bardzo uroczo sepleni i nie mówi "r", ja naprawdę z rozczuleniem na nią patrzę, słucham i się uśmiecham, jest w tym cudowna, a pani logopeda się jeszcze nie martwi, to co ja będę. 

przywykłam już, że bóg się jodzi, moc tjuchleje i tak dalej. że niosą tam majyi błoto, kadzidło i mijję. to wszystko jest dla mnie zupełnie naturalne.

więc kiedy słuchałyśmy piosenek z bajek wyśpiewywanych na kilka głosów, z początku w ogóle mnie nie zdziwiło, gdy usłyszałam: "podoba mi się ten chój".

dopiero za chwilę, za małą chwilę, w której mój ostatni neuron dokonał żywota w swojej misji dostarczenia mi do mózgu impulsu, szczerze się zasmuciłam.

albowiem.
wiem.
że to zdanie.
usłyszę od niej.
jeszcze parę razy.
w życiu.

a już będzie umiała powiedzieć "r".

wtorek, 31 stycznia 2017

zsuwam się.


zawsze to robię. pakuję się do jednej niedużej torbywalizki, się i dziecko, oczywiście moje są tam: piżama i koszulka, a dziecka: sukieneczki, spódniczki, legginsy, rajtuzki, buciczki, skarpetunie i o wiele więcej paruń majtuniuniów, niż potrzeba.
szpitalna rewia mody, warszawa łelkam tu. a bo może zachce spódniczkę, a może sukienkę,  przecież jadę samochodem, a jak się spoci, zakrwawi, obleje, a jak niedajpanieboże zostaniemy?

do swojej damskiej torebki dokładam już tylko książki, żarcie, kubek, ładowarkę, półtora litra wody, termokubek, przekąski, kredki, brokat w kleju, zakopiańskie korale i pudełko faszerowanych jajek, co teściówka przywiozła, bo po pierwsze - dobre, po drugie - natasza z chęcią zjadła, a po trzecie - bo są.

dziecko zabiera ze sobą już tylko plecak ze szmacianą lalą nataszą, sześciocentymetrowym, również szmacianym delfinkiem wypełnionym piaskiem, łamigłówkami dla ośmioletnich dzieci, które rozwijają jedynie frustrację wynikającą z nieogaru ilorazu oraz iloczynu, zszywaczem, temperówką o fi niepasującym do powziętych kredek oraz pluszową maskotką dla wielkiej plastikowej lali hani - bobasa, która to lala już nigdzie nie wlazła, to znaczy nie do końca, albowiem mianowicie luzem pod pachę. moją.

jedziemy na jedną noc.

standardowo dzieje się tak, że natasza w drodze zasypia, zazwyczaj pod szpitalem, zazwyczaj usypia ją mantra "kiedy" wyta od połowy drogi, czyli od dwóch i pół godziny.

no i ja z tym majdanem muszę się dostać do pokoju hotelowego.
wcześniej muszę tylko dolać płynu do chłodnicy na środku drogi.

to jest środek mojej życiowej drogi w ogóle - tak myślę, kiedy wsiadam do auta skostniała z zimna i ujebana.
i co mi więcej zostało, niż po ciemku zjeść te wszystkie jajka z pudełka, na środku tej mojej drogi, faszerowane już nie tylko pieczarkami i majonezem, ale gronkowcem, kurwa, salmonellą i niewielką ilością różowiutkiego petrygo.

dlaczego ja w ogóle wiem co to jest petrygo, chłodnica i uszczelka pod głowicą? dlaczego ja wiem co to są histiocyty i neutrofile? dlaczego ja mam zapalenie spojówek, zoja ospę, teściowa jakieś zapalenie krtani, ojciec jedyny zwykłe przeziębieniowe podduszanko, a natasza gil wielkości lodowca?

gdyby mi mąż dziś rano nie polał oczu wrzącym rumiankiem, to ja bym ich w ogóle nie otworzyła. owszem, marzyłam, żeby poleżeć z zamkniętymi oczami, ale nie, kurwa, z obustronnym zapaleniem spojówek, jak się domyślam!

i tak sobie dywaguję przy jajeczkach, palce już czyściutkie, otarte o śliskie białeczko, coś mi tam chrzęści w ząbkach, popijam niefirmowym napojem energetycznym, jakże zdrowym i oczy mnie zaczynają swędzieć. jeszcze tylko dojechać pod szpital, myślę, mantra "kiedy" zmieniła się w melodyjne chrapanie z pogwizdywaniem, jakby nataszkę stworzyli w studio filmowym se-ma-for, zwłaszcza ci, co podkładali głos pod chrapiącego reksia.

warszawę przemierzam na pamięć, zabieram się na raz z całym tym jebanym majdanem, wyglądam jak połowa naszych starych handlujących czymkolwiek na węgrzech na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. 

to, co mi się niebezpiecznie zsuwa, to natasza. pokój na pierwszym piętrze, a jakże. myślę co pierdolnąć. ale wszystko sobie nawieszałam na siebie, trzymam jedynie dziecko wbijając mu klucze w żebra. co tu dużo gadać, chcę umrzeć. ale nie chcę tak naprawdę. po prostu mam dość, ale ten dzień nie różni się szczególnie od wczoraj, ani od jutra, więc biorę niepierdolę, uśmiecham się i żyję. jeszcze. bo po tych jajkach z brudem z silnika to nie wiem ile jeszcze. i siku idę, i już tylko łazienka zalana. jutro. jutro się tym zajmę. 

i wychodzę z łazienki, i widzę, jak w półśnie moje sześcioletnie (za miesiąc), metrowe i piętnastokilowe dziecko próbuje zsunąć dwa łóżka i szepcze: żebyś mogła mnie tulić.

ach, to po to wszystko.
zsuwam łóżka, 
zsuwam się i ja.


wtorek, 17 stycznia 2017

tera nera.

mam takiego lekarza rodzinnego, co go bardzo, ale to bardzo lubię.
gdyż albowiem jest normalny.
albo właśnie wcale normalny nie jest.
na pewno jest buddystą, na pewno leczy zgodnie z zasadami medycyny chińskiej, prawdopodobnie jest szczęśliwy, a już na pewno zawsze uśmiechnięty.
lubię do niego przychodzić, bo gada inne rzeczy, niż "proszę się rozebrać" nie zaszczyciwszy mojej persony swoim spracowanym spojrzeniem. o, nie. to nie on.

ten, jak chciałam zajść w ciążę, jak mnie zobaczył, jak ze mną pogadał, to kazał wyjąć wszystkie kolczyki z ciała, uświadomił mi, że tatuaż na wysokości macicy, na którym dwie małe tribalowe nibyrybki się gryzą, to nie jest najszczęśliwszy pomysł, jak się chce zajść w ciążę, no i polecił mi jeść mięso, bo żeby przeżyć w naszym klimacie o misce ryżu, trzeba by mieszkać w lesie nad rzeką, hahaha.
hahahałam niemal ze zrozumieniem, wyciągając z karku i jęzora kolczyki, próbując dociec czy aby da się tatuaż zszorować pumeksem i zupełnie nie przyznając się, że mieszkam w lesie nad rzeką.

kiedy zaś zaszłam w pierwszą ciążę i bardzo bolała mnie głowa, i spanikowana przyszłam zapytać czy mogę coś z tym zrobić, to z rozbrajającym uśmiechem powiedział mi, że owszem, jak wierzę w boga, to mogę się położyć i poprosić go, żeby mi przeszło.

to jest mój rodzinny lekarz. taki z enefzetu. poważka.

miałam dziś ochotę skorzystać z jego usług, albowiem napiżdża mnie nera.
i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby zoja nie trzymała się za boczek mówiąc "boczek mnie boli".
skoro mnie boli i ją boli, to może coś robimy nie tak.
lecz zanim się wybrałam, postanowiłam skorzystać z tak zwanej wyroczni, bo - jak mówi stare ludowe porzekadło - nie ma w gogle, nie ma wogle.

no i wpisałam w te gogle: napiżdża mnie nera i co się okazuje. nery nie napiżdżają. płuca nie napiżdżają, nery nie napiżdżają, mózg nie napiżdża, to ja nie wiem co mnie napiżdża. boczek, cyc i próżnia. przy czym w moim przypadku cyc również zawiera się w próżni. odwrotnie proporcjonalnie do boczku.

no i teraz tak. jak sprawdzić co mnie napiżdża? zawsze lubiłam biologię i jakieś tam pojęcie mam, wiem gdzie co. mam serce i patrzam w serce. cóż więc mię tak napiżdża w okolicy nery, skoro to nie ona? no i uznałam, że musi być jakaś appka na androida. musi ktoś stworzyć takie coś, że przykładasz telefon w miejsce gdzie cię napiżdża i ci mówi co to jest. jak nie masz telefonu, to się kładziesz na komputer i www.comnietaknapiżdża.pl.

no bo ja nie pójdę do lekarza mówiąc: o dzień dobry, napiżdża mnie nera, wiem, że nera nie napiżdża, ale mnie akurat napiżdża, więc albo jestem wyjątkowa, albo to nie nera.

bo najbardziej boję się tego, że mi powie, że nie jestem wyjątkowa.

no trudno, niech napiżdża.

niedziela, 15 stycznia 2017

nowy dom.

mam nowy dom.
taki nowy nowy.

że echo w nim hula razem z nami, bo mam też dziecko z ospą w domu. na szczęście ospa okazała się być na tyle wyrozumiała, że oprócz czochrania nie dała dziecku nic. ani bólu, ani gorączki. więc hulamy. natasza, ja i echo.

zaraz dom napełni się nami, zdjęciami, obrazkami, ramkami, rysunkami, ubraniami dla lalek, żołędziami, które żal wyrzucić, obrusami za małymi na nowy stół, ale takie ładne były i takie tanie, że aż żal było nie wziąć, włóczkami zanabywanymi w drodze kupna, że może tym razem coś wydziergam, szydełkami zgubionymi i odnalezionymi, sznurówkami do już wyrzuconych butów, wkładkami do tychże, ręcznikami kuchennymi, które choć dziurawe, to jednak od cioci basi, zapasową nogą od kanapy, nietypowymi flekami od znoszonych butów, bluzami, które mimo, że mają falbany na mankietach, to są ukochane, koszulkami, które jak się wyrzuci, to już się nic nie będzie miało, pojedynczymi skarpetami, których pełne są wszystkie domy, a które giną w niewyjaśnionych okolicznościach, gaciami, które piją, ale są z koronki i może kiedyś i ja się napiję, by je założyć i zagrać seksi laskę, rajtami na zimno, pończochami na ciepło, bo kto wie, być może jeszcze zrobię z udami takie coś, że pończochy nie będą wyglądały na nich jak przeguby niemowlaka, elektrycznym grillem nigdy nie użytym, takim wichajstrem do przewracania mięsa, choć mięsa od lat nie jem, reklamówkami, które już częściowo uległy w szafce biodegradacji, zużytymi bateriami, które kiedyś wyniosę do kastoramy, niedziałającymi lampkami choinkowymi i własną schizą, bo przeczytałam kiedyś książkę o feng szui i wiem, że nie wolno takich rzeczy w domu gromadzić.

na razie mam nowy dom i nie mieszka tu jeszcze żaden kot z kurzu.

na razie mam nowy dom i chodzę z takim psikaczu i psikam. łapię osobiste pokemony z plam na papierowy ręcznik.

na razie chodzę i pucuję. i mi się chce.

więc jak parę dni temu zobaczyłam niewiadomego pochodzenia różowawe plamy o konsystencji niepodobnej do niczego, to od razu zawiesiłam wszystkie znane mi psy na plej-do i na plastelinie. szurałam kapciami i kolanami po kafelkach i panelach i wieszałam psy także na tych, którzy to do mojego nowego domu przywlekli. tarłam fugi do gołego mięsa, klnąc najszpetniej, jak tylko potrafię zapominając, że po pierwsze dzieci uwielbiają się tym bawić, a po drugie przywlekli to ci z moich bliskich, którym na pytanie: "co kupić dzieciom?" zawsze odpowiadam "plastelinę" albo "plej-do".

i kiedy tak plułam na szmatę i psikałam psikaczem, a plamy się mnożyły, jak kropki ospy na nataszy, to zobaczyłam, że to ja sama na kapciach mam kawałek konturówki do ust, który mi wypadł z temperówki, jak nieudolnie próbowałam po raz wtóry zrobić z siebie gwiazdę internetów i im bardziej wkurwiona szuram kapciami, tym bardziej zajebuję cały dom na różowawo.

więc. jeśli ktokolwiek będzie chciał do mnie przyjść i coś mi kupić, to błagam, niech to będzie młotek, żebym się pacnęła w łeb.

albo po prostu wódka.


czwartek, 5 stycznia 2017

cała ja.

czasami sobie zaprzątam głowę rozmyślaniami typu: czy wszystkie ludowe prawdy są prawdami i co, jeśli jedna zaprzecza drugiej. nawet nieszczególnie się na tym skupiam, ale takie myśli przychodzą i są. zupełnie jak te, że kiedy oglądam gwiezdne wojny, to się zastanawiam kto im w tych wszystkich statkach okna myje i że wiem, że jeśli już, to pewnie jakiś robocik, ale czym? na mokro czy jak? albo czy w próżni może być ciepło, albo zimno, czy próżnia to próżnia, nic. wiem, że na niektóre pytania są odpowiedzi, ale jest czasami bardzo miło ich nie znać.

jeśli idzie o prawdy ludowe, to od wigilii zastanawiam się czy to prawda, że jaka wigilia, taki cały rok. i że chyba nieprawda, bo inaczej musiałabym codziennie popłakiwać od osiemnastej do dwudziestej trzeciej, chodzić obżarta pierogami i śpiewać kolędy, co akurat dzieciom nie przeszkadza do samego lipca.

no i jeśli wigilia na przykład nie jest w poniedziałek, tylko w inny dzień, a mówi się też, że jaki poniedziałek, taki cały tydzień, więc jeśli wigilia jest w inny dzień, dajmy na to w czwartek, to do czwartku jest tak, jak w poniedziałek, a od czwartku tak jak w wigilię, a w poniedziałek od nowa? to gdzie ten cały rok? no tak sobie myślę.

że jaki początek roku, taki cały rok. przecież zazwyczaj początek roku jest przeleżany w cielesno-psychicznym bezwładzie na kanapie z bólem głowy i familijnym kinem przed oczami. ja wiem, że sporo osób w naszym pięknym kraju tak właśnie potrafi spędzić rok, ale znowu nie ma tych osób aż tyle. a co z rzeczami niezależnymi od nas? czy jeśli przy nowym roku dostaniesz okres, to przez cały rok będzie cię krew zalewać?

ale jakichś prawd chcę się trzymać i kiedy zaraz po nowym roku, a był to poniedziałek, a wiadomo, że poniedziałki nie cieszą się zbytnią przychylnością społeczeństwa, więc nie dość że poniedziałek, to jeszcze nowy rok, ale ja dziarsko próbowałam stawić czoła temu festiwalowi niepowodzeń, wówczas pan, przemiły pan, podarował mi bilet parkingowy, którego nie wykorzystał. a ja wtedy wiedziałam, że to będzie dobry rok.

i aż poszłam do lumpa i tam kupiłam sobie bluzę-dziwadło za osiemnaście złotych, którą nie wiadomo jak się nosi, ale ja lubię takie wyzwania i to mnie też utwierdziło w przekonaniu, że to będzie dobry rok.

i jak kolejnego dnia przyszedł pan spisać licznik od wody, a ja akurat nagrywałam filmik, który wymagał ode mnie sporego urodowego nieładu, do czego akurat nie musiałam się jakoś szczególnie przygotowywać, po prostu wstałam z łóżka i już, no więc kiedy przyszedł ten pan, to ja wiedziałam, że to jest kolejny etap końca budowy i ja wiedziałam, że to będzie dobry rok.

tak więc stałam w nieporządku, ale szczęśliwa, z panem przed nosem i nawet zażartowałam, że gdzie ja mam licznik, a on, że pewnie w garażu, a ja oboże, to musi pan chwilę poczekać, bo muszę zbudować garaż. i czekam na jakieś hahaha, nie jakieś głośne, ale chociaż na jakiś grymas ustem w górę. czekam, a tu nic.

i dopiero jak pan wyszedł, to się okazało, że po prostu najzwyczajniej w świecie mam wielką krwistą plamę w okolicy niedługo-znów-pieluszkowej. 

cóż, ten rok nie będzie się różnił niczym od poprzednich i następnych.