poniedziałek, 12 czerwca 2017

dalej.

biegnę.

po mazowszu biegnę, oderwana od wszystkiego, dokąd jechałam tak długo. w swoich butach z lidla, spodniach z biedronki i koszulce z tesko biegnę. myślę, że biegnę tak samo, jak gdybym biegła w asiksach, adidasach, najkach. w głowie mam mapę, którą podyktował mi brat, a nie endomondo na telefonie, smartłoczu, dżipiesie. pomiędzy budynkami prosto, asfaltem, aż się zmieni w szuter, zakręty takie bardzo bardzo - kilka, aż przekroczysz asfalt, zawracasz. zaraz za bocianim gniazdem, dwadzieścia kroków na północny wschód od zajęczej nory zawracasz. z ptakami.

biegnę, kolorowa jestem, liczę asfalty, szutry, zakręty. 
patrzę, wącham, słucham.
biegnę. z każdym podskokiem dzikie siano moich myśli ubija się, miażdży, wyrównuje. kompost spod spodu się rozsypuje, na wierzch narzucam kolejne kępy splątanych myśli.

wiem, że kiedy wrócę, głowa będzie spokojna, ciało wybujane, a oddech miarowy.

biegnę.

czeremcha wbija mi się w nozdrza, tracę rytm oddechu, ale zyskuję skok w podstawówkę. wdycham szybciej i więcej, niż wydycham. żeby tego nie stracić, jak kichnięcia. nie chcę zgubić tego zapachu, wspomnienia.

zawsze się przyjaźniłam z ładnymi blondynkami, do których lgnęli ci oni, wszyscy. zawsze miałam więc umysł napięty jak struna i gotowa byłam zajebać ripostą od wczesnego dzieciństwa, żeby się tym onym podobać. nigdy nie działało. zresztą, do tej, kurwa, pory, zajebuję sobie w lustro ripostą i - jakoś nieszczególnie sama się sobie podobam, więc jakże bym im miała? - prawdopodobnie gdzieś w tym myśleniu tkwi błąd. kiedyś dojdę - dobiegnę do tego, w którym miejscu.

teraz biegnę. mam siedem lat i siedzę w zachodniej polsce na gałęzi w dzikim sadzie z blondyną, czeremcha napierdala w nozdrza, konwalie z poniemieckiego cmentarza takoż, konwalie, które przyniósł mi mój wówczas chłopak i to z piątej klasy, to znaczy byłby w piątej, gdyby nie zakiblował. jezusmaria, mam siedem lat, bujam się w nastolatku, bo jakby nie liczyć jedenaście to jest nastolatek, a on we mnie. ta czeremcha i konwalie drążą mi mózg i wiele lat będę myślała, że tak właśnie pachnie miłość, a najgorsze jest to, że o tym, że to czeremcha dowiedziałam się dopiero w zeszłym roku.

biegnę. wbiegam w las i jestem w bydgoszczy. na kapuściskach. w lasku przy tramwajach, gdzieś niedaleko fontanna. poziomki z cukrem i śmietaną u babci, pani grabiowa z siódemką dzieci i wszystkie w kilku parach majtek w fontannie, żeby nie zmarzły. teraz wącham bydgoszcz, choć dziś pachnie zupełnie inaczej.

biegnę. słyszę kury, koguty. jestem przecież w mieście. a nie w mieście. indor się bulwersuje na moje tupoty i sapanie. gulga-gulgocze, mnie się morda cieszy. cielak mi wylazł na drogę, patrzy. biegnę. patrzę. nie wierzę. oczom własnym nie wierzę. wdycham zapach kurzych gówien, patrzę na byczka, który jeszcze ma tylne nogi za długie, dupa mu nad wyraz wystaje, mnie trochę też, choć nóg za długich nie mam. nie wiem kto komu się bardziej dziwi.

żyto zielone faluje na wietrze, jak jakaś wielka, zielona woda, jak ocean, morze, ja wewnątrz tego świata. biegnę.

kosmate łąki sąsiadują z ogródeczkami przystrzyżonymi od linijki. ludzie koszą, porządkują, pracują. nikt tu nie biegł dawno, no chyba że mój brat, ale i on ostatnio też nie. czuję się jak owad, jak różowa ważka, która wbiła się państwu w sam środek soboty na podwórza, a tu przecież nie ma nigdzie wody, skąd tu ważka-nieważka. nikt tu donikąd nie biegnie, a już na pewno nie bez powodu.

oglądam ogolone przed niedzielą trawniki, na które z okien patrzą też papierowe jany pawły drugie w sztucznych kwiatach i żółtych chorągiewkach. uśmiechamy się wszyscy, każdy do swoich myśli.

polne kwiaty jak intruzy jakieś chcą zajrzeć na wystrzyżone podwórka, kosiarki za pomocą złowieszczego warkotu i człowieczych rąk grożą - wrr, wrr, nie wyrastaj tu, my tu mamy równo.

biegnę. 

myśli w mojej głowie próbują się ubić, tym razem nie pozwalam. wyrzucam ich siano wysoko nad głowę, pozwalam swobodnie opadać. mózg to nie trawnik.

niech rośnie dziki.

śmieję się.

biegnę.



środa, 7 czerwca 2017

już mogę.

siedzę w kuchni u teściówki w domu. przy stole. patrzę na sztuczne słoje miedzianego emdeefu. są. płyną. widzę je.

jest poniedziałek, wtorek, środa, albo coś innego. wszystko jedno.

wodzę palcem po słojach.

nieprawda.

nie wodzę. wodziłabym, gdybym miała siłę.

wzrokiem nawet nie wodzę.

nie wodzę.

słowa grają mi w głowie. nie wodzę, nie przewodzę. nie jestem wodzem. swoim, ani niczyim. co ranek ubieram dziewczynki, swoje dwie cudowne dziewczynki, odprowadzam do drzwi, do przedszkola, do życia. potem myję się, ogarniam jakoś, siadam. autopilot w głowie nastawiony na "dziś". mijają dni, tygodnie, miesiące, ja z wbitym w stół wzrokiem. jem, piję, coś myślę, płaczę. dużo płaczę.

dlaczego?

odpowiedź przychodzi tylko jedna. jest we mnie, nie szukam jej, bo tak właśnie teraz myślę: nie umiem żyć.

nie mam siły, potrzeby, chęci zapytać siebie co to znaczy umieć żyć. wiem jedno, wiem, że nie umiem żyć. i to jest moje wczoraj, dzisiaj, jutro, to moja niedziela, mój maj, lipiec, mój ranek i zmierzch. zmierzch.

nie mogę się naoddychać. nie umiem nabrać powietrza bardziej, niż do gardła. czuję, jakby mi nie były potrzebne płuca, serce, żołądek. zgrabiałą piąstką wciskam do ust porcję ryżu. a może ziemniaków. a może warzyw. coś wciskam w siebie, nawet nie wiem co. widzę tylko plastikowe słoje na stole, nic powyżej. nie chcę, nie wiem, nie umiem.

czasem nadchodzi nadludzka siła. zadania. coś, co muszę zrobić. kark jest półprzygięty, nogi też się nie prostują, głowa nie chce i nie może się podnieść. tak dawno nie widziałam nieba.

weź niepierdol. wtedy właśnie go tworzę. kiedy mam zagrać, że podnoszę głowę, że żyję, że potrafię.
jest szał. jak pani się z tym czuje? jak pani to zrobiła? jak się zostaje sułtanem internetu? jak się wpada na genialne pomysły?
nie wiem. nie umiem. nie chcę. dziękuję.

najpierw padam ja, potem diagnoza.

depresja. dzień dobry. 

psychoterapeutka nie daje rady. pani magdo, pani jest zagrzebana w liściach, ja próbuję je odgrzebać, ale chyba trzeba sięgnąć po narzędzie.

czuję liście. wyraźnie czuję zatęchły stos nade mną. to dlatego nie mogę oddychać. zwijam się w kłębek i płaczę inaczej niż zwykle. nie ma wzruszeń, nie ma smutku, nie ma strachu, nie ma nic. czarno jest. jestem ja bez kości. bez środka. moja powłoka powłóczy. w oczach mam pusto, w sercu pusto, mimo tego chodzę, czeszę, śpiewam, karmię, myję, usypiam. 

każdy dzień waży tonę i nie waży nic. tonę i jestem niczym. delfiny popełniają samobójstwo po prostu nie wypływając po oddech. chcę tak samo, ale nawet tego nie umiem.

chcę zniknąć. czuję, że mnie już dawno nie ma. ciało nie moje, myśli nie moje, duch uleciał. uleciało życie. nie umiem żyć. nie ma dobrych pytań, nie ma dobrych odpowiedzi, nie ma nawet złych.

dostaję psychotropy. zasypiam co pięć minut. zasypiam na spacerze - kładę się w lesie i śpię kilka godzin. gdzie byłam? nie wiem.
wychodzę z dziećmi. kładę się na ziemi obok piaskownicy, malutka zoja podkłada mi pod głowę plecak, zdejmuje swój sweter i mnie okrywa. leżę pod wieżowcem. sąsiedzi przechodzą obok. mogliby przeze mnie. bo przecież właśnie znikam.
otwieram oczy i tak samo mnie nie ma, jak wówczas, gdy mam je zamknięte.
kiedy zaczną działać leki? za miesiąc. nie zadziałały. przespałam miesiąc. nie jest mi z tym źle, jest mi źle po prostu. nadal nie umiem żyć.

świat nie wie.

pani doktor zmienia mi leki. te działają lepiej. zaczynam widzieć, mieć siłę podnieść i utrzymać powieki. psychoterapeutka trzyma mnie w pionie. bartek trzyma mnie za ręce i serce. mama bartka pilnuje, bym zjadła, by dzieci zjadły, powoli podnoszę głowę. słoje na stole przestają mi zajmować mózg.

przez rok jem proszki. pocę się jak szczur. budzę się w nocy mokra, cała mokra. skutki uboczne. cztery przebiórki, zmiana pościeli kilka razy co noc. jesteśmy zmęczeni. wiem, że wszyscy, wiem też, że kiedyś oprócz "wiem" także poczuję. zmęczenie, coś. na razie jestem wypalona, zwęglona, czarna w środku i brudzę sobą.

jest mi trudno przyznać się przed sobą, że mam depresję. jak to, ja nie dałam rady? ja jestem chora? ja? a kto z dzieckiem jednym, drugim? jak to nie ja? długo nie uznaję choroby. wstydzę się, jestem zażenowana swoją słabością. niepotrzebnie.

ale mija czas. podnoszę się. wychodzę ze studni, mimo że ma śliskie ściany i łatwo zjechać z powrotem. potrafię już zadrzeć głowę i zobaczyć, że studnia ma koniec i światło na szczycie. widzę je. czuję. jest.

trzy miesiące temu odstawiłam leki. ucichłam. zmieniłam się. ale jestem. żyję, biegam, byłam na rejsie w meksyku, uczę się pływać, jeździć konno. chcę żyć. chcę się jarać światem. chcę brać garściami, bo wiem jak to jest, kiedy nie wiesz nawet, że masz ręce.

ty też chciej.
pomogę.
sobą, jak umiem.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

wszystkiego.

jestem chorągwią na wietrze.
łopoczę, poddaję się siłom, łopoczę z całej mnie.
wtem zwracam twarz, głowę, ciało przeciwko. stawiam opór. prawie spadam z żerdzi, na której siedzę.

wtem nagle z.
z wiatrem, z prądem, z biegiem, z falą, szybciej, dalej.

śmieję się do rozpuku, obnażam zęby i dziąsła w ostrzegawczym warknięciu. chwila po chwili. to ja i to ja.

podskakuję, wysoko, wysoko, ze śmiechem, z głośnym śmiechem, ostatni raz bezwładnie opadam z płaczem. leżę na ziemi, gryzę kurz, płaczę kamieniami.

zaczynam się śmiać z tego, że gryzę ziemię, że przecież odrażająca, brudna, zła.

przygryzałam seksownie pomalowaną wargę, aż ugryzłam za mocno. krew i piach.

głaszczę swoimi małymi dłońmi, głaszczę czule, zagłaskuję na śmierć. mocno, mocniej, najmocniej.

kocham tak samo. od wcale do za bardzo.

nie mam środka. jestem ścieżką na stromej górze. z jednej strony szczyt, z drugiej przepaść.

dudnię smutnym basem, rytmicznie, wibruję, piszczę sopranem ze strachu.

wrzeszczę ze szczęścia i z nieszczęścia.

płaczę z radości i miłości. ze smutku i strachu.

biegnę do celu, aż przebiegnę go i uciekam. przed sobą.

za mną, ze mną, we mnie i obok jest on.

mój mąż.

dziękuję, że potrafisz mnie trzymać ze ręce kiedy spadam i za włosy, kiedy rzygam. za nogi, kiedy tonę i za głowę, kiedy tonę. za serce, kiedy krwawi i za twarz, kiedy łzawi.

dziękuję ci za każdy dzień.
za spokój.
za pewność.
za niepewności.
za niepokoje.

dziękuję, że jesteś przy mnie.
tylko ty umiesz.

bądź.


czwartek, 25 maja 2017

a ty?

wybuch w manchesterze. mam tam kuzynkę. piszę do niej wiadomość, nie odpowiada. nie wytrzymuję, dzwonię do jej mamy, tu w polsce. wszystko jest w porządku, są bezpieczni. rozmawiam chwilę z ciocią. oczywiście pyta jak nataszka. opowiadam. ni stąd ni zowąd, z zaskoczenia, ciocia mówi do mnie: podziwiam cię, jesteś bardzo silna. nigdy się nie poddasz, prawda?

prawda, ciociu.
prawda, świecie.
nigdy się nie poddam. 
krew z krwi, kość z kości. 
moje serce. moje dziecko.

odkładam telefon, wracam do pracy.
akurat w tej chwili gram trudną rolę. morduję i kroję człowieka.
produkcja tania, mimo to staram się jak umiem najlepiej.

siedzę na nogach aktora, który gra, że umiera. gram, że czekam, aż przestanie oddychać. "stupor" - słyszę - "magda, stupor". gram stupor najmocniej, jak potrafię. za bardzo się angażujemy. reżyser wstrzymuje zdjęcia. ekipa milczy. za chwilę klaszcze. przerwa. kto pali szlugi, ten idzie zapalić. kto widzi, że jestem spocona i ledwie stoję, przynosi wiatrak i wieje mi na ciało, włosy, na gorącą od tego wszystkiego głowę.
gosia gra, że ćwiartuje. nie daję rady być w tym samym pomieszczeniu. reżyser powtarza: to tylko film, bawimy się, to się nie dzieje, to nie wy.

scena, w której niesiemy torby ze zwłokami na niby, "upuść torbę, jak złapiesz światło" - słyszę. i: "stupor, magda". stupor mam chwilowo na drugie. dwa dni po czternaście godzin zdjęć. wszyscy jesteśmy zmęczeni. powtarzamy uderzenia, zamachy, stupory. upuszczam torbę w plamie zachodzącego słońca. wszyscy milczą. w moim stuporze zastygli.
taka robota.

nie, nie poddam się nigdy.
choćbym miała to zagrać.
choć nie jestem aktorką.
nigdy się nie poddam.

jestem kotem. nie podejdę, jeśli nie chcę, możesz mnie pogłaskać, ale mogę pokąsać, jeśli mi się nie podoba. leżę w słońcu, nieustannie grzeję futro. idę tam, gdzie chcę iść, tylko wtedy, kiedy chcę. jestem naprężona, kiedy poluję, jestem miękka i gibka, kiedy idę tam, dokąd idę. nikt nie wie dokąd. ścieżka prowadzi tylko mnie. 

jestem kotem. walczę o dzieci jak lwica, liżę rany i spadam zawsze na cztery łapy. czasem wydaje mi się, że ktoś mi przyczepił do grzbietu chleb z masłem, wyrzucił mnie przez okno i patrzy czy spadnę na cztery łapy, czy pierdolnę masłem o ziemię. za każdym razem udaje mi się jednak wywinąć. zjadam wtedy z satysfakcją kromkę z pleców. ostentacyjnie zlizuję masło i prycham światu w okrągłą twarz. 

jestem kotem. jestem wolna. zanim drasnę kogoś na zawsze, jeszcze się z nim pobawię, jeszcze dam mu poczuć, że coś może, kiedy ja dawno wiem, że nie.

jestem kotem. czasem w klatce, którą - kiedy ktoś zdoła otworzyć - opuszczam powoli, ale zaciekawiona. ciekawość zawsze zwycięża u kota. 

jestem kotem. dzikim, wolnym, ciekawym kotem. 
nie poddam się nigdy.

a ty?

sobota, 20 maja 2017

mój meksyk.

nie umiem opisać meksyku.
nie umiem go opisać bez zachwytu, bez łez, bez tęsknoty, która od samego powrotu wierci mi dziury w ciele i duszy.

zachłysnęłam się światem.







będzie chaotycznie, nie po kolei. pierwszy raz w życiu nie potrafię czegoś opisać.

***
stoję na dziobie katamaranu. pierwszego dnia skradałam się po nim rękami i nogami, niczym człowiek pająk, przerażona brakiem stabilności, ogromem żywiołu pod spodem, bujaniem. teraz stoję. trzymam się foka nawiniętego na sztag, na którego jeszcze przed chwilą mówiłam "ta rurka z przodu". patrzę w wodę przed nami, bo głębokościomierz pokazuje siedemnaście metrów, a mapa ponad sto. chwilę później podskakuję piszcząc, nie mogąc złapać tchu, serce chce mi wyskoczyć z piersi, euforia wyrywa się z gardła. najpierw fontanna, później grzbiet, na końcu ogon wieloryba. wieloryba! wieloryba!!! ola, która jest najspokojniejszą z nas, najskromniejszą, po prostu damą, mówi swoim cichym, delikatnym głosem: ja pierdolę!


ja nie jestem damą.
ja pierdolę wniebogłosy, krzyczę, wiję się, tupię, jestem dzieckiem. dzikim dzieckiem. wieloryby, bo jest ich kilka, odprowadzają nas aż do portu. czekaliśmy na nie cały rejs. przybyły.

pierwszego dnia w morze wyprowadzają nas delfiny. prawdopodobnie grindwale. nie wiem. trzęsę się. trzy grzbiety z płetwą, które sprawiają, że się trzęsę. nie przestanę do końca wyprawy.

dzień wcześniej ocean.
przyjęłam meksyk całym ciałem. euforycznie.
prawdziwy wielki pacyfik zalał mi mózg i koszulkę, spodenki, majtki i serce. zalał mi włosy, oczy, nawpuszczał piasku we wszystkie otwory, pod powieki, do serca, do brzucha, sromu. ogrom i huk, moc, żywioł, potęga, bryza, mgła, słoność wdzierająca się przez moją skórę do środka, do całej matkijedynej, do kości, mięśni, krwi, do duszy. ocean wdarł się we mnie, oczarował, wydrążył dziurę i szumi w niej do teraz.




ławica latających ryb dzwoni. nie wiedziałam. wyskakując z wody dzwonią, jakby ich skrzydłopłetwy były ze srebra. tak też wyglądają. za dzieciaka wrzucałam pęczak do jeziora, wpadał stopniowo, ziarnko po ziarnku, latające ryby wpadają w wodę, jak pęczak. moje skojarzenia są małe i biedne. z polski. latające ryby błyszczą jak moje oczy, kiedy na nie patrzę.

co i rusz z każdej strony burty widać wyskakujące z wody płaszczki. machają skrzydłami, jakby chciały latać. śmiejemy się, że nurkują. mają szkółkę chyba. nie wiedzą, że płaszczki nie latają. albo my nie wiemy. kto z nas jest pod powierzchnią, a kto nad? patrzę na nie, zachwycam się i myślę, czy jak u nas pada, to dla nich jest brzydka pogoda? z tym że u nas nie pada. znów myślę po polsku.


po całym morzu korteza pływają maluśkie kaczuszki. zastanawiamy się jak to możliwe, żeby takie małe kuleczki utrzymywały się na takim wielkim morzu? wiele z nich ginie. trupki unoszą się na wodzie, turlają po plaży. wieczorami te żywe zbijają się w stada, jak my. raźniej. milej. nam też. my wieczorami w swoim stadzie siedzimy na siatce, rozmawiamy, pijemy, żartujemy, albo wręcz przeciwnie. nie wiemy czy gapić się w niebo, czy na fluorescencyjny plankton. na siatce wygrało jednak niebo. plankton ma branie w toalecie. aż żal było spuszczać, tak ładnie wygląda świecąca kupa.


kapitan dynda w hamaku na pokładzie. pozazdrościłam, dostałam swój hamak na jedną noc. nasz cały świat stanął na głowie. patrzymy na księżyc, z którego polski twardowski niechybnie by zjechał, na mleczną drogę, na orion, na wielki wóz jadący zupełnie gdzie indziej. ja też jadę już zupełnie gdzie indziej. czwarta, albo piąta rano. śpisz? nie. to patrz na wenus. i na delfiny.
znowu się trzęsę. i to nie dlatego, że noce na pokładzie są zimne.



pustynia. kaktusy wielkości drzew. cykady dzwoniące jak piła łańcuchowa. a może motorowa. dźwięk wibruje i rozchodzi się w suszu. w gorączce. wszystko ceglasto-miedziane. gorące powietrze wbija się w płuca, usta, głowę, brzuch. boję się. boję się pustyni. ale chcę tam być. lasy kaktusowe, rezerwat największych na świecie kaktusów. zero ludzi. tylko my. czy wypada nam być tu ludźmi? znowu zachwyt. jestem mała.





boję się wejść do wody. oni pływają z maskami i rurkami, ja bardzo chcę, ale się boję. "chodź, bo będziesz żałowała" słyszę. tak, żałowałabym. to, co się ukazuje moim oczom, już kiedyś widziałam. pan disnej narysował w bajce. rozgwiazdy (zoja mówi orazgwiazdy) i ryby są kolorowe. bardzo kolorowe. są żółte, cytrynowe, fioletowe, pomarańczowe, niebieskie, czarne, czerwone, pasiaste, kropkowane, grube chude, smukłe, obłe, kolczaste, ładne, straszne, fascynujące. niektóre są jak nadmanganian potasu, w którym kąpałam nataszkę. jestem mała i z polski. nie umiem w masce, ale umiem w okularach. wynurzam się tylko na ułamki sekund, by łyknąć powietrza. szkoda czasu na niebycie pod wodą. jestem bardzo mała.


popłynęłam z ojcem jedynym wpław do brzegu. sto metrów. bałam się, ale dałam radę. moje lekcje pływania nie poszły na marne. wtem krzyczą do mnie z łódki czy chcę buty w góry, bo płyną pontonem. chcę. dźwięk nie dociera do nich. chcę!! krzyczę, ale mnie nie słyszą. myślę sobie, że chcę też koszulkę. ojciec jedyny płynie do łódki po moje buty. tylko, że ja o tym nie wiem. zostałam sama na wyspie. nie chcę być sama. chcę być ze wszystkimi. więc wracam. za dużo jak dla mnie. nie tonę tylko ze wstydu, chwytam bojkę, którą dla bezpieczeństwa ciągnę za sobą, mam atak paniki, zawał i krótki oddech. widzę całą bandę, która patrzy na mnie, nie wiedzą, że właśnie umarłam ze strachu. jestem trupem, który płynie chyba tylko siłą rozpędu. mąż i kapitan przed moimi oczami bacznie na mnie patrzą. obaj pytają czy mi pomóc. moja godność nie pozwala mi na to. oraz fakt, że jak kiwnę głową na tak, to się zachłysnę i utopię naprawdę. nigdy się tak nie bałam. zwijam się potem w kłębek i płaczę. wtedy chcę być sama. jestem mała.


cały czas obok nas krążą pelikany. są tak niezgrabne, jak mój dzisiejszy opis. nie pasują do tego świata. ja czasem też. śmieszne, nieforemne, jednocześnie idealne. na swoim miejscu, w swoim czasie, umiejętnie i zgrabnie uderzają dziobami w wodę. natura wie lepiej. pelikan nurkuje obok głowy krzyśka, kiedy krzysiek pływa obok lwów morskich. ja nie weszłam. cała wyspa niezwykle zwinnych w wodzie lwów morskich z osiemsetkilogramowym samcem alfa na czele to dla mnie za dużo. jestem z polski.


złowiliśmy tuńczyka. jest wielki i niebieski. mam wachtę kuchenną, więc trzymam go za ogon, kiedy waldek go filetuje. ciepła krew płynie po moich wegetariańskich rękach. mogę nie patrzeć, ale mam trzymać. mięso jest bordowe i ponoć smaczne. jedzą go na surowo, w tatarze. 



siedzę wtedy na dziobie i czytam książkę. też miło.


odpoczywamy. pierwszy raz od kilku lat z ojcem jedynym odpoczywamy. ciałem, głową, duszą.


co dwa dni z becią i waldkiem biegamy. po powrocie bieganie jest dla mnie podtrzymaniem.
tam biegamy po bezludnych wyspach, albo po wyspach z pięcioma domami. biegamy po pustyniach, obserwujemy kozy, jaszczurki i kaktusy. wychodzimy w góry. "nie łapcie grzechotników za grzechotki", mówi waldek. w razie gdybyśmy chcieli.

jesteśmy. po prostu wszyscy jesteśmy.


tu biegam po lesie i raz udało mi się nie nadepnąć zaskrońca. jestem z polski.

dopływamy z martą pontonem na plażę. będziemy kręcić teledysk. mamy rum i telefon. oraz wolne głowy. martę poznałam na tej wyprawie. nie chcę pamiętać czasu, kiedy jej nie znałam. siska. czuję, jakbym siedziała z nią w jednym brzuchu u jakiejś matki. prawdopodobnie matki ziemi. zbieramy muszle i żałujemy trupków, chodzimy w góry i całujemy kaktusy. pływamy w dmuchanych kółkach i śpiewamy te same piosenki. razem głupio żartujemy i razem płaczemy na koniec wyjazdu.








powrót do rzeczywistości jest trudny. choć bardzo mocno się staram. moje serce zostało w meksyku. przynajmniej kawałek. wciąż pamiętam jak pachnie jedzenie, powietrze, jak słońce ogrzewa ramiona, jak wiatr na łodzi owiewa głowę, chłodzi myśli, jak słońce wszystko uspokaja, jak woda buja łódź i to, że podczas sztormu mogę po prostu ze strachu nie wyjść z kajuty.

pamiętam jak smakuje kaktus i dojrzałe awokado. mango i papaja.


przez dwa tygodnie moje życie czytała krystyna czubówna.
było mi ciepło i bezpiecznie. beztrosko i pięknie.

teraz jestem w polsce. i mam tylko jedno, jedyne - może złożone, ale naprawdę jedno - pytanie do kapitana: waldek, co ty mi zrobiłeś - jak ja teraz pojadę do rewala?!




ps zdjęcia z powierzchni ojciec jedyny, zdjęcie podwodne i nasze wspólne martson.pl (dos!)

czwartek, 11 maja 2017

kot stefan, ogród botaniczny i dotrzymywanie słowa.

co tydzień odwiedzamy kawiarnię i sklep z zabawkami oraz grami planszowymi, gdzie moje dzieci doświadczają edukacji w zakresie przeróżnym metodą powszechnie poważaną. na montessori znaczy.

co tydzień chcą, żeby im coś kupić. a ja co tydzień lawiruję między wymówkami, bo zwyczajne "nie przychodzimy tu, by co tydzień coś kupować" nie działa. dziwne, bo przecież bystre są. wymyślam zatem fortele na niekupowanie rzeczy. natasza upatrzyła grę, kota stefana i bardzo, ale to bardzo chciała ją mieć. co tydzień. co tydzień a to zapominałam portfela, a to nie miałam gotówki, a to nie miałam karty, a to nie miałam pieniędzy und zo wajta.

obiecałam natomiast, przed wielkanocą, że być może zając będzie na tyle sprytny i zorientowany w temacie, że może tego kota stefana jakoś, nie wiem, zdobędzie, podrzuci, przyniesie i zostawi. taki zając to hoho. on jest jak mikołaj święty i uszy ma duże i wszystko słyszy. obiecałam.

sprzedawałam farmazony ciesząc się w głębi matki jedynej, że mam pomysł na prezent dla nich.

zając się spisał, kota stefana zdobył, spał sobie podrzuciwszy uprzednio prezenta pod dziecięce łóżka i wtem. 

nadranek.

wpierw słychać szepty, następnie tętent czterech maluśkich stópek, do sypialni wbiegają dwie poczochrane kulki emocji, łuna aż bije od ichniejszego rozedrgania oraz świat pięknieje od szczebiotu: mamo! nie uwierzysz, mamo! zając przyniósł nam kota stefana! I TO CAŁKIEM ZA DARMO!!!

bardzo lubię dotrzymywać obietnic. nawet jeśli są malutkie, jak te stopy, co robią ten taki gigantyczny tętent. nie zawsze to, co dla nas małe, małym jest dla kogoś. lubię. 

tak więc, od kilku dni mówiłam, że jak będzie niepadać, to idziemy do ogrodu botanicznego karmić daniele, kozy i owce kameruńskie, bo takie rzeczy się właśnie robi w ogrodzie botanicznym. i dziś nie padało.

szał ciał, fikando, kozia ślina na całych rękach, ekselent. dużo dzieci, dużo dorosłych, dużo rozsypanego owsa i tych kulek dla kóz, co to nigdy nie wiem czy one są przed zjedzeniem, czy może już po. kijanki wyciągane ze stawu tylko żeby popatrzeć i odkładane natychmiast, żeby sobie jeszcze popływały. pulsowało życie.

w pewnej chwili mój wyostrzony zmysł obserwacji podsunął mi przed mózg obrazek zapłakanej babci. siedziała na ławce. wodziła wzrokiem za chłopcem. chłopiec to się bawił, to zerkał na babcię, babcia zaś ewidentnie nie tego.

empatia plus dwieście, wyobraźnia w kosmosie, "nieszczęśliwi" myślę. czemu ta babcia płacze. że co się stało. że może podejdę, a może przyszła tu odpocząć. ale od czego odpocząć. może od pytań: co się stało. o jezu, jaka biedna. zmęczona? smutna? a to dziecko takie jakieś niebiegające. czy ono nie jest głodne? czy zaopiekowane? co robić? co robić? 

mój mózg drukował kazylion rozwiązań do być może nieistniejącego problemu, ale może właśnie to nieistnienie tak ją boli, dopadło tu na ławce, w słońcu. i te łzy skrzą się bardziej takie rozświetlone, że może normalnie nie widać. ale normalnie to przecież nie ma łez. czy ja mam się rzucić na pomoc? walczę ze sobą, trochę jeszcze obserwuję, kiedy słyszę.

- kamil! - głośno do chłopca. - kamil! idziemy do domu! kamil!! a pod nosem: bo coś tu babci zajebiście pyli.

dotrzymujcie słowa. 
to się pyli. 
opyla znaczy.

piątek, 7 kwietnia 2017

czego i komu zazdroszczę.

zazdroszczę ci tej błogości.
zazdroszczę ci tego, że jesteś niewyspana i tylko tyle.
że nad wyraz zmęczona, bo „ona mi wstała dziś o piątej, rozumiesz beata”.

zazdroszczę ci kłopotów, że słoiczek zjadła za szybko, za późno, za dużo, za mało.
zazdroszczę ci tego wkurwa, że ona cię oblizała po policzku, po twoim świeżo rozprowadzonym, idealnie dobranym podkładzie, którego jeszcze szczątki widzę za hybrydowym paznokciem w hitowym kolorze tego lata.

zazdroszczę ci, że „zasrała, rozumiesz beata, tego bodziaka od karoliny herery”. i że będziesz musiała prać to ręcznie też zazdroszczę, bo „żaden, rozumiesz beata, wanisz nie pomoże”. to nie wystarczy polać plamy i włożyć do pralki, ten idealny tips będzie skrobał między włóknami bawełny, którą zapewne średnio opłacony chińczyk dla pani herery pozyskiwał w upale i pocie czoła drżąc o własne dzieci, albo sam dzieckiem będąc, albo przy boku swojej mamy, a może on/ona/ono w ogóle nie ma mamy, bo on nawet nie wie „ile pani herera karolina kasuje za jednego, wyobraź sobie beata, bodziaka”. albo może inaczej. ja nie mam pojęcia jak się pozyskuje bawełnę. tak czy owak, w jej włóknach, beata, jest kupa. i wiem, że wiesz i że sama skrobiesz. widzę, że też masz zrobione paznokcie. pokaż, ładne.

zazdroszczę ci twojego braku wątpliwości, kiedy wiozłaś swoją nadię, nastkę, nasturcję na przekłuwanie uszu, zazdroszczę ci tego braku wirowań w głowie tych słów: dezynfekcja, krew, wuzetwu typu be, niepotrzebny stres, ból, a po co.

zazdroszczę ci twojej swobody w dawaniu pięciomiesięcznemu żołądkowi wafelka, lodów, tiramisu, mięsa i pesto z restauracji, bo „ona, rozumiesz beata, zawsze jak jestem w restauracji, to mi wyjada”.

zazdroszczę ci, że twoje dzisiejsze dylematy to czy ta chustka z tą kokardą będzie pasowała do tych leginsów, a nie, przepraszam, dżeginsów, katany i botków emo w rozmiarze kurwa dwanaście.

zazdroszczę.

że nie wróciłaś wczoraj z drugiego końca polski ze szpitala i że nie musisz liczyć który to był wyjazd i że już ponad sześćdziesiąty.

że nie niosłaś jej śpiącej, twojej nadii, nastki, nasturcji razem z dwiema walizkami, w deszczu z samochodu do hotelowego pokoju. że siku robiłaś ty i twoja dziewczynka, rozumiesz, w domu. że się wykąpałaś, choćby szybko i z przerwami. że nie siedziałaś za kółkiem przez pięć godzin udając, że nie jesteś zmęczona, znużona, zdenerwowana, przestraszona i załamana.

że nie niosłaś lodówki turystycznej pożyczonej od przyjaciół, która z impetem i z lekami dla twojej nastki, nadii, nasturcji pierdolnęła ci o kamienną podłogę w szpitalu i ten moment na kolanach, kiedy próbowałaś tę przyszłość twojego dziecka wyzbierać z podłogi był jedynym momentem, w którym pozwoliłaś sobie przy dziecku spuścić głowę i na chwilę załkać.

że nie musisz odkupić lodówki, choć to bzdura.

zazdroszczę ci, że zasypiała ci wczoraj, rozumiesz beata, chyba z pół godziny. wrzeszczała i takie tam.
że nie musisz jej kłuć codziennie, że nie rysujesz z nią strachu czarnymi kredkami, któremu nadajesz imię, rysujesz hamburgery i próbujesz oswoić. że nie musisz chwytać za najmniejsze fałdy jej skóry na brzuchu, ramionach, udach i tam wbijać igły, bo to boli mamo, proszę, ja tego nie wytrzymam, nie rób mi, nie.

to jest dziwne, bo zazdroszczę ci zdrowego dziecka, chociaż nigdy, przenigdy nie zamieniłabym się z tobą.

rozumiesz beata?




piątek, 24 marca 2017

w czepku urodzona.

jak byłam dzieciakiem, to miałam taki chitry plan, że tata nauczy mnie pływać. tata powoził mnie w wodzie na własnych plecach, albowiem sam pływa dobrze. wprawdzie miejscówka na karku była ekscytująca, a tata śmigał delfinem powodując dodatkowo mój chichot, ale jednak chciałam umieć pływać, żeby nie okazało się to chichotem losu.

mój chitry plan postanowiłam zrealizować bystro a nonszalancko, zagadując tatę: tata, nauczysz mnie pływać? na co on, że tak. potem powiedział: zanurz głowę pod wodą i otwórz oczy, ja, że nie, a tata, że to nie. i po nauce.
i tak ze trzy lata z rzędu.

gdyby były mistrzostwa świata z dydaktyki, motywacji i zagrzewania do walki, to myślę, że tata mógłby być drugi. pierwszy byłby mój wykładowca z uczelni, który próbował nauczyć mnie dydaktyki, ale nie nadawaliśmy na jednych falach. to znaczy być może nadawaliśmy, ale aktualnie mieliśmy tsunami. i kiedy powiedziałam mu, że okej, pan mnie nie lubi, ja pana nie lubię, załatwmy to jakoś, pan doktor zwyczajnie miał ochotę mi zdzielić z liścia. jak to potem opowiadałam tacie, to powiedział, że szkoda, że mnie nie zdzielił, bo by poleciał z roboty, a ja bym zaliczyła semestr. no i chyba tata mi się tym samym wysunął na prowadzenie.

w tajemnicy przed tatą zdarzało mi się otwierać oczy pod wodą i widzieć wielką zieleń, bo woda w jeziorze zawsze była zaglutowana.

no i coś tam pływałam, żabką turystyczną, taką trochę potrąconą, co ma jedna nóżkę bardziej.

w wodzie najbardziej przeraża mnie głębia, ogrom, czarna czeluść. jak jest przejrzysta woda, to mogę ewentualnie się pomoczyć.

na studiach miałam rok basenu w ramach wuefu. rok basenu! z kolejnym psychopatą, który widząc pięćdziesiąt polonistek aż furczał, żeby ta lekcja trwała w nieskończoność. poniżał nas, no. kilka zajęć przeleżałam gołym bebzolem na kafelkach imitując ruchy takie jak przy pływaniu i brałam na klatę wszystko to, co żyje na basenowej posadzce. istne grzybobranie.
przepłynęłam jednak na koniec roku siermiężnym kraulem jedną długość basenu, dostałam czwórkę i emocjonalną zapaść.

ojciec jedyny zaś to człowiek wody. miłośnik. jakby był, to by miał zestaw mały żeglarz. raz mnie zabrał kajakiem na randkę, a raz na rower wodny, oba razy niepotrzebnie.

no ale w końcu postanowiłam, że nauczę się pływać, żeby wakacje na katamaranie nie były dla mnie życiową traumą, a przygoda życia nie polegała na przerzyganiu i przesraniu dwóch tygodni w kajucie, ale na drugim końcu świata.

no i poszłam na lekcje. 
oczywiście na początku była kwestia kostiumu. jednoczęściowego nie mogę mieć, bo mam taką figurę, że na plecy mogłabym sobie wrzucić jeszcze worek kartofli, a one jednak mają słabą pływalność. część majtkowa w jednoczęściowych robi mi z dupy cztery pośladki, a ja nie jestem z tym widokiem zżyta.

bikini fikuśnie wiązane po bokach nadaje się do ponętnego leżenia na piachu, a nie wyczynowego pływania, nawet jeśli jest to styl rozpaczliwy, jaki mam opanowany do perfekcji, ale jednak wyczynowego, bo że wlazłam do wody to już duży wyczyn.

wzięłam więc dwuczęściowy sportowy kostium, a instruktor kazał jeszcze czepek i okulary. okulary mam w domu, czepek musiałam kupić, a ponieważ okazało się, że zapomniałam z domu okularów, to trzeba je było zakupić, w związku z czym budżet na czepek drastycznie zmalał. wybrałam pomarańczowy, bo wydawało mi się, że kostium mam w takich kolorach i faktycznie, wydawało mi się. różowy z pomarańczowym komponuje się tak, że jak rzucam się na taflę wody w brodziku, to wyglądam jak wielki żarzący się wkurw. dzieci płaczą, starcy się rozsuwają. ekselent.

pomijam fakt, że często nim jestem, bo po pierwsze, depiluję się dwadzieścia minut przed basenem ze słowami "okurwa, zapomniałam", po czym pocięta na nogach, opuchnięta w okolicach bikini, czyli również pod pachą, bo my całe stanowimy okolice bikini, z wrośniętymi kłakami to tu, to tam wbiegam na basen, a to po pierwsze piecze, po drugie nie wygląda. ale jebać to. przecież przyszłam się nauczyć pływać, mam prawie czterdzieści lat, dwójkę dzieci, jak na to wszystko - spoko ciało i - co najważniejsze - trenera z wadą wzroku.

no ale ten czepek. job twoju mać pomarańczowy. dziś zobaczyłam się w lustrze. i on jest chyba jakiś nie taki. bo przecież nie ja.

on mi jakoś tak obciska ryj, uszy przykrywa, jak próbuję odsłonić uszy, to mi się zsuwa na czubek łba i ta guma wyrywa mi kłaki, a dodam, że i tak nie mam dużo.

ja mam rożne kompleksy - ciekawe i mniej, ale jakoś nigdy nie czepiałam się swojego czoła, aż do teraz. bo w tym czepku to ja muszę upychać skórę z czoła, jak cycki w staniku. niedługo będzie jakaś czepkofitterka, co będzie radziła jak upchnąć tam łeb, żeby było schludnie. ja dziś zebrałam całą skórę z czoła nad oczami i już to powodowało, że wyglądałam jak komandor ze star treka, z tym że  - mówiąc eufemistycznie - zdenerwowany. jak dołożyłam do tego okulary, to się okazało, że ta skóra z czoła robi mi daszek nad oczodołami i fajnie, bo jak idę na bicze wodne, to mi do oczu nie leci, ale niefajnie, bo kiedy - jak to ładnie określa trener - szybuję na wodzie, to się gubię, bo mi ta skóra na oczy nachodzi. taka powieka zewnętrzna, nad którą nie masz kontroli.

ja wiem, że ten czepek nie był drogi. 
ale ja też wiem, że nie kupię innego.

coraz częściej zastanawiam się nad założeniem sobie na czaszkę reklamówki z biedronki - uroda podobna, a jak nabierze powietrza, to przynajmniej - kiedy się utopię - będzie mnie zajebiście dobrze widać.

środa, 8 marca 2017

jak żyć w kłamstwie? praktyczne porady.

znałam kiedyś dziewczynę, która żyła w kłamstwie. od lat. zmieniali się ludzie wokół i kłamstwa, ale niewiele poza tym. miała oczy dookoła głowy - zawsze, nie chodziła w pewne rejony, chowała się w sklepach, bramach, krzakach. z kimś gadała, z kimś nie. półsłówka, tajemnicze zdania. paranoja. 

zawsze myślałam jak tak można. i po co. jak żyć, jak zapamiętać co się komu nakłamało, co się komu powiedziało, a czego nie i przede wszystkim dlaczego.

być może psychologia ma na to jakąś swoją szufladkę, nie wiem.

nie mogłam sobie z tym poradzić, dlatego od niemal dwudziestu lat kręcę w tym temacie głową na boki, aż mi się poluzowała i dynda, jak piesek w samochodzie.

bo ja jestem na tyle gadatliwa, że wygadam wszystko, zwłaszcza w domu, ale.

przez prawie rok okłamywałam mojego męża.
który to mąż jest moją najbliższą przyjaciółką. 
jedynie jak chcę na niego posapać, to dzwonię do brata.
bo brat jest moją drugą najlepszą przyjaciółką.

tak więc z każdym z nich rozmawiam o tym samym, przy tym mężowi kłamię. kłamałam, bo już nie.

było to dla mnie uczucie tra-gicz-ne. wokół jednego dużego kłamstwa musiałam zbudować sieć nowych, malutkich, związanych z dużym. musiałam chować telefon, mejle i czyścić historię w komputerze. musiałam wymyślać kłamstwa na poczekaniu. pociłam się jak szczur i kręciłam w rozmowach. mąż czuł oczywiście, że kłamię, a ponieważ się nie kłócimy, to rozumiał, że nie chcę o czymś mówić, co jest dziwne samo w sobie, bo ja cały czas coś mówię.

uszy mnie piekły i głowa bolała przez kilka miesięcy od tego napięcia.

w końcu pękłam. nie wytrzymałam. musiałam podejmować kolejne decyzje za nas dwoje, co było już dla mnie zbyt trudne. 

"muszę ci coś powiedzieć" - drżącym głosem powiedziałam.
ojciec jedyny zbladł.
"nie wiem jak zareagujesz" - ciągnęłam. nie wiedziałam jak zacząć.
podszedł do mnie powoli, naprężony, jak ja przez ostatnie miesiące.
"bo ja...", "bo ja...", "ja cię od jakiegoś czasu okłamuję".
mój mąż bardzo ciężko milczał.
"bo ty masz w tym roku czterdzieste urodziny i ja ci szykuję niespodziankę".
złapał oddech.
"lecimy do meksyku, a stamtąd płyniemy w rejs katamaranem po zatoce kalifornijskiej i po oceanie spokojnym. urlop masz załatwiony, sprzęt i bilety też. musimy jeszcze parę rzeczy zorganizować. i ja już nie mam siły sama tego ogarniać". rozpłakałam się. ciśnienie wybiło mi oczami, trysnęłam, jak wieloryb z grzbietu. wdech mojego męża świsnął jak wesoły delfin. prawie czuć było wakacje. niemal udławił się tlenem.

milczał do końca dnia. tulił mnie i milczał. całował moje oczy, ręce, twarz. milczał. wieczorem powiedział, że milczy, bo nie wie co powiedzieć, ale w środku cały się trzęsie.

sami na urlop pierwszy raz od sześciu lat.
pierwszy raz tak daleko.
pierwszy raz taka przygoda.

warto było knuć.
dziękuje wszystkim, którzy mnie wspierali w tym knuciu przez niemal rok. zwłaszcza mojemu bratu, teściówce, rodzicom, współpracownikom męża.

ponoć woda jest tam tak słona i ma taką wyporność, że nie dam rady utonąć, jednak biorąc pod uwagę fakt, jak bardzo boję się wody, pod prysznic też będę chodziła w kapoku.

ahoj.

poniedziałek, 27 lutego 2017

ona. ona.

postawiliśmy ją w pokoju, w którym do tej pory mieszkały koty, w foteliku samochodowym.

wyjęłam ją stamtąd.

położyłam na sofie.

to był jej pokój.

co teraz? pytaliśmy siebie nawzajem i patrzyliśmy na nią. ona na nas. co teraz?
przesiedzieliśmy tak trochę. kwiliła. popiskiwała. stękała, jak tylko delikatnie stękać potrafią niemowlęta. mówią nosem. knychają. ruchami żółwia rozpatulają się z kokonów, w które je z uporem maniaka zawijamy.

jeść chce. pić chce. nie wiem co chce. pierś chce. mnie chce. nie wiem. nie wiem.

zanieśliśmy ją do naszej sypialni. przystawiłam do piersi. ssała i oddychała, oddychała i ssała. jak to wspaniale współgrało. cisza w domu. absolutna cisza nie licząc pomlaskiwań i fuknięć.

co teraz? tkwiło w nas cały czas.

położyliśmy się obok niej. ona na kocyku, na pieluszce, wypranej, wygotowanej, wyprasowanej, wygniecionej, by była miękka, a potem znów wyprasowanej, żeby równa. zbyt długie rękawy body z napisem 56 na metce podwijałam drżącymi rękoma. chude, bordowe nóżki i rączki ruszały się we własnych rytmach. kręciły, wierciły, nie ustawały w mozolnej pracy odkopywania się ze wszystkiego. paluszki, nad którymi nie miała władzy, wystający język, kiedy w końcu nauczyła się trochę głośniej skrzeczeć. trochę mi zajęło, nim zaczęłam zakładać skarpetki pod śpiochy, a nie na, co zostawiało jej pogniecioną skórę na cienkich nóżkach. i tak nóżki się wyślizgiwały i stópki były zimne, podczas gdy skarpety zwisały smętną kulą oplatając końcówki śpiochów. rączki zaciśnięte na buźce, drapiące oczy, ślepy kot, kret, żółw. nie spaliśmy i spaliśmy jednocześnie. dzień zlewał się z nocą, ranek z wieczorem, jeść, pić, spać, wydalać. całą trójką. przez miesiąc.

kąpiel była jak trzymanie pajęczyny. jak próba dotknięcia motyla dłonią. jak łapanie jedwabiu. 

zachłystywaliśmy się sobą nawzajem. pięknem, zapachem, krztusiliśmy się. ona mlekiem, my łzami. przeciągaliśmy przez małe otwory ubrań jej delikatne ręce, nogi, głowę. 

zgadywaliśmy czym są sapnięcia i uczyliśmy się siebie.

co teraz?

teraz jest sześć lat później. nadal się siebie uczymy, nadal się sobą zachłystujemy, już we czwórkę. wieczorami chwytam jej bose stopy, głaszczę po miękkim brzuchu, drapię po plecach. głaszczę po włosach, trzymam za policzki, całuję usta, palce. czyszczę nos, uszy. szepczę to samo, co od sześciu lat. przynoszę wodę, okrywam kołdrą, podsuwam pluszaki. i słucham. to się nie zmieniło. jej spokojny, cichy oddech, to moje spokojne, uciszone serce.

wszystkiego najlepszego. kocham cię nataszko.

kocham cię, zoju. i już do ciebie idę.


środa, 22 lutego 2017

gejoza.

wiele, wiele razy się zastanawiałam jak to napisać. czy to napisać. i dlaczego to napisać.

po prostu.
tak.
bo tak.

a zatem: lubię gejów. uwielbiam. chłopaków i dziewczyny. mam kilkoro wśród znajomych i po prostu ich uwielbiam.

w zasadzie nie wiem dlaczego. 
zawsze sobie myślę, że ci to dopiero mieli/mają pod górkę. zawsze gdzieś w ukryciu, zawsze gdzieś po kątach, jeśli wcześnie odkryli swoje fascynacje płcią nieprzeciwną, to być może w ich głowach działo się o wiele więcej złego skierowanego w swoją stronę, niż w mojej na przykład.
tak sobie myślę: ile to czasu trzeba, żeby się ze sobą pogodzić, zaakceptować, jaki to trzeba mieć otwarty umysł i jak mocno kochać siebie, żeby wyjść z szafy.

zazdroszczę im miłości do siebie, samoakceptacji i siły na życie w tym homo- i ksenofobicznym kraju.

nie wiem kto ustala, że wsadzanie fiuta lasce w tyłek przez chłopaka jest okej, a chłopakowi nieokej. nie wiem kto ustala, że wkładanie męskich palców w krocze laski jest okej, a kobiecych nieokej. nie wiem kto ustala, że w zasadzie bezpłciowy język stykający się z drugim bezpłciowym językiem jest w wykonaniu męsko-damskim spoko, a w męsko-męskim czy damsko-damskim niespoko. 

i - nomen omen - w dupie mam kto komu co gdzie i kiedy wkłada, póki ta druga osoba tego chce i nikt nikogo nie krzywdzi.

żaden heteryk nie ma do siebie tyle dystansu, co jednak niewielka grupa gejów, jaką znam. jednak heteryków znam całe mnóstwo i żaden nie daje rady tak, jak tych kilka moich ukochanych, przepraszam, ciotek.

jeśli kiedykolwiek moje dzieci przyjdą mi powiedzieć, że kochają kogoś tej samej płci (a mam nadzieję, że będą świadome, że mogą), będę mówiła im to samo co wtedy, gdy przyjdą z kimś płci przeciwnej - "czy się kochacie", "dbajcie o siebie", "rozmawiajcie ze sobą", "szanujcie się" i "jak ją skrzywdzisz, to cię, kurwa, zajebię".

mam ogromny szacunek dla tych, którzy przyznali się do tego, że są homoseksualni. jest to dla mnie wyraz niezwykłej siły. jak widzę hejty sypiące się jak gówno z barana na chłopaka, który pokazuje na jutubie jak się malować, to mi się rzygać chce. prawdopodobnie nigdy nie będę miała (bo, że nie miałam to pewne) tak zadbanej skóry, jak on, tak dobrze wyregulowanych brwi i tak dobrze wykonanego makijażu. chuj ci do tego, jeden z drugim, kogo on kocha. daj ty się kochać komuś o twoich poglądach i chciałabym, żebyś to też robił po cichu.

wspieram całą swoją wątłą klatą dziewczyny, które chcą mieć krótkie włosy, małe cycki, wąskie biodra i wcale nie chodzi mi o ciało. 

życzę każdemu, aby mógł po prostu być sobą. 
o.

a żeby być pedałem nie trzeba być gejem, jeśli wiesz co chcę powiedzieć.

sobota, 18 lutego 2017

córeczko.

trzymam cię za rękę, kiedy śpisz. 
głaszczę twoje spocone włosy. 
zginam delikatnie dziecięce paluszki.
uwielbiam niemo ciepłe nieumyte stopy.

poprawiam piżamę, żeby zakryć nerki.
podwijam spodnie na śniegu. 

oddaję ci wszystkie wiśnie z dżemu.
wycinam śnieżynki, które narysowałaś na niezapłaconych rachunkach.

dmucham na rany i na jedzenie. mój oddech leczy, grzeje i chłodzi. 

całuję krew na twoich kolanach.
zlizuję zeschnięte ziarenka kaszy z twojej brody.

przedkładam ciebie ponad wszystko.
szepczę 'kocham' w środek śpiącego ucha.

w kółko robię to samo, mimo że już bardzo nie chcę. bo ty chcesz.

walczę o ciebie jak lwica.
zagarniam cię pod swój spód, przytulam do swojego miękkiego i bezbronnego brzucha.
chowam cię przed deszczem, słońcem i mrozem. życiowym. 

wciąż daję ci monety do skarbonki, mimo że stale zatapiasz je w plastelinie i gubisz.

trę białymi kostkami rąk plamy na twoich ulubionych sukienkach.

patrzę na ciebie, córeczko, bo cię bardzo kocham.
ta miłość jest niezależna od okoliczności. 



szkoda, że mówię to wszystko za ciebie, mamo. 
szkoda.


poniedziałek, 6 lutego 2017

o tym, jak chciałam zostać dzikiem.

przez ostatni miesiąc miałam ospę swoich dzieci. nic mnie nie gryzło i nie swędziało, nic mi nie pękało, oprócz serca oraz mózgu, że w nocy podbiegam to do jednego, to do drugiego pokoju i próbuję a. oszukać pryszcze i dziecięce głowy i drapać naokoło bąbla, co w półśnie przynosi ulgę, ale do czasu, bo wiadomo, że i nerw w półśnie potrafi większym być, b. smarować taką pianką, co może i nie ma koloru, ale konsystencję ma taką, że po pierwsze kleją się całe włosy, zwłaszcza do rozdrapanego strupa, po drugie, jest pianką, więc ma właściwości pianki, to znaczy pękające bąbelki, które zapryśnięte do ucha powodują wielki hałas w samym środku nocy, a jak się okazuje, taka noc w ospie to ma kilka środków. 

na piankę zatem trzeba dmuchać, gdyż ponieważ jest mokra, a do mokrego to się piżama przykleja i nieszczęście gotowe. kiedy się już rozdrażni wszystkie strupy ściągnąwszy mokrą bluzkę od piżamy i założywszy suchą, bo się niedokładnie wysuszyło piankę dmuchaniem, to ponownie trzeba pianką zapsikiwać. i kiedy już się to okiełznało wszystko, trzeba było już tylko zaśpiewać kołysankę. lecz nie można było przy tym zasnąć wyśpiewując charczące bzdury, bo się dostawało burę i hałas był jeszcze większy, niż przy bąbelkach pianki pękającej w uszach.

moje córki przeszły ospę bardzo łagodnie, dodam. nie czochrały się, nie chciały się zamienić w dzika, jak kiedyś ja, a mianowicie wtedy, kiedy na rozmowę biznesową poszłam w sukience, może i zakupionej na dziale dziecięcym, ale za to z bardzo przepysznej wełenki, mięciutkiej. 
chyba, że się założyło na tę sukienkę obcisły płaszczyk, a pod tę sukienkę jeszcze bardziej obcisłe rajstopy mające na celu ukształtować nasze nadwątlone czasem i brakiem starań poślady, a potem się galopowało po mrozie z dzieckiem do supermarketu i biegło się trochę z tym dzieckiem na ręku, bo ono chciało siku to dziecko, a potem się mu obiecało zabawkę, a w supermarkecie jest bardzo gorąco, żeby nie powiedzieć w chuj, a dziecko rzadko tam bywa oraz ma problem z podjęciem decyzji i najzwyczajniej w świecie dostało oczopląsu i jeszcze się potem próbowało wyciągnąć stamtąd dziecko, w torebce niosło zgrzewkę wody, a w rękach opakowanie od zajebiście wielkiej lali - bobasa i się troszeczkę, że tak to ujmę, zapociło, to wtedy, właśnie wtedy sukienka przestawała być milusia. ja zresztą też. 

ja wtedy po prostu chciałam być dzikiem. chciałam z tym wszystkim na rękach pobiec jeszcze na stację benzynową, kupić wór drewna kominkowego, tak, może być to najtańsze, rozsypać je i czochrać się plecami o te kawałki drewna. płynąć stylem grzbietowym po asfalcie z pieńkami, chrząkać i się drapać, wytarzać w trocinach, do krwi rozdrapać, sierść zostawić na tej białej korze, bo jednak brzoza najtańsza, z rozkoszą wbić sobie drzazgi w wilgotne plecy i rozszarpać na strzępy tę piękną błękitną wełnianą drażniącą sukienusię.

no więc moje dzieci nie.
łagodnie.
stawały przed naszym łóżkiem, albo nawet się nie kwapiły, tylko ze swoich wygodnych, cieplutkich i milutkich, świeżych pokładów, o każdej porze dnia i nocy nawoływały: swęęędzi!!! na co ja reagowałam prawidłowo, mianowicie truchtem na ratunek, uzbrojona w piankę i zmianę odzieży.

w stanie byłam takim, że jak miałam posegregować pranie na białe i czarne, to pół dnia siedziałam przed stosem. głowę miałam gorącą w miejscu, gdzie kiedyś stwierdzono mózg, ślina oczywiście smętnie zwisała mi z kącika ust brużdżąc mi, chciałoby się powiedzieć świeżą i chciałoby się powiedzieć twarz. egzamin do mensy. z zegarkiem w ręku. dwie godziny. które to może być czarne, a które białe?

dodatkowo czekało mnie coś więcej, chyba staż w nasa, albowiem musiałam ocenić których rzeczy jest więcej i które wyprać najpierw. nie wiem jak to zrobiłam, ale prawdopodobnie po prostu byłam w kosmosie i jakoś samo poszło.

ostatni czas spędziłam z zojką, która bardzo, ale to bardzo uroczo sepleni i nie mówi "r", ja naprawdę z rozczuleniem na nią patrzę, słucham i się uśmiecham, jest w tym cudowna, a pani logopeda się jeszcze nie martwi, to co ja będę. 

przywykłam już, że bóg się jodzi, moc tjuchleje i tak dalej. że niosą tam majyi błoto, kadzidło i mijję. to wszystko jest dla mnie zupełnie naturalne.

więc kiedy słuchałyśmy piosenek z bajek wyśpiewywanych na kilka głosów, z początku w ogóle mnie nie zdziwiło, gdy usłyszałam: "podoba mi się ten chój".

dopiero za chwilę, za małą chwilę, w której mój ostatni neuron dokonał żywota w swojej misji dostarczenia mi do mózgu impulsu, szczerze się zasmuciłam.

albowiem.
wiem.
że to zdanie.
usłyszę od niej.
jeszcze parę razy.
w życiu.

a już będzie umiała powiedzieć "r".

wtorek, 31 stycznia 2017

zsuwam się.


zawsze to robię. pakuję się do jednej niedużej torbywalizki, się i dziecko, oczywiście moje są tam: piżama i koszulka, a dziecka: sukieneczki, spódniczki, legginsy, rajtuzki, buciczki, skarpetunie i o wiele więcej paruń majtuniuniów, niż potrzeba.
szpitalna rewia mody, warszawa łelkam tu. a bo może zachce spódniczkę, a może sukienkę,  przecież jadę samochodem, a jak się spoci, zakrwawi, obleje, a jak niedajpanieboże zostaniemy?

do swojej damskiej torebki dokładam już tylko książki, żarcie, kubek, ładowarkę, półtora litra wody, termokubek, przekąski, kredki, brokat w kleju, zakopiańskie korale i pudełko faszerowanych jajek, co teściówka przywiozła, bo po pierwsze - dobre, po drugie - natasza z chęcią zjadła, a po trzecie - bo są.

dziecko zabiera ze sobą już tylko plecak ze szmacianą lalą nataszą, sześciocentymetrowym, również szmacianym delfinkiem wypełnionym piaskiem, łamigłówkami dla ośmioletnich dzieci, które rozwijają jedynie frustrację wynikającą z nieogaru ilorazu oraz iloczynu, zszywaczem, temperówką o fi niepasującym do powziętych kredek oraz pluszową maskotką dla wielkiej plastikowej lali hani - bobasa, która to lala już nigdzie nie wlazła, to znaczy nie do końca, albowiem mianowicie luzem pod pachę. moją.

jedziemy na jedną noc.

standardowo dzieje się tak, że natasza w drodze zasypia, zazwyczaj pod szpitalem, zazwyczaj usypia ją mantra "kiedy" wyta od połowy drogi, czyli od dwóch i pół godziny.

no i ja z tym majdanem muszę się dostać do pokoju hotelowego.
wcześniej muszę tylko dolać płynu do chłodnicy na środku drogi.

to jest środek mojej życiowej drogi w ogóle - tak myślę, kiedy wsiadam do auta skostniała z zimna i ujebana.
i co mi więcej zostało, niż po ciemku zjeść te wszystkie jajka z pudełka, na środku tej mojej drogi, faszerowane już nie tylko pieczarkami i majonezem, ale gronkowcem, kurwa, salmonellą i niewielką ilością różowiutkiego petrygo.

dlaczego ja w ogóle wiem co to jest petrygo, chłodnica i uszczelka pod głowicą? dlaczego ja wiem co to są histiocyty i neutrofile? dlaczego ja mam zapalenie spojówek, zoja ospę, teściowa jakieś zapalenie krtani, ojciec jedyny zwykłe przeziębieniowe podduszanko, a natasza gil wielkości lodowca?

gdyby mi mąż dziś rano nie polał oczu wrzącym rumiankiem, to ja bym ich w ogóle nie otworzyła. owszem, marzyłam, żeby poleżeć z zamkniętymi oczami, ale nie, kurwa, z obustronnym zapaleniem spojówek, jak się domyślam!

i tak sobie dywaguję przy jajeczkach, palce już czyściutkie, otarte o śliskie białeczko, coś mi tam chrzęści w ząbkach, popijam niefirmowym napojem energetycznym, jakże zdrowym i oczy mnie zaczynają swędzieć. jeszcze tylko dojechać pod szpital, myślę, mantra "kiedy" zmieniła się w melodyjne chrapanie z pogwizdywaniem, jakby nataszkę stworzyli w studio filmowym se-ma-for, zwłaszcza ci, co podkładali głos pod chrapiącego reksia.

warszawę przemierzam na pamięć, zabieram się na raz z całym tym jebanym majdanem, wyglądam jak połowa naszych starych handlujących czymkolwiek na węgrzech na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. 

to, co mi się niebezpiecznie zsuwa, to natasza. pokój na pierwszym piętrze, a jakże. myślę co pierdolnąć. ale wszystko sobie nawieszałam na siebie, trzymam jedynie dziecko wbijając mu klucze w żebra. co tu dużo gadać, chcę umrzeć. ale nie chcę tak naprawdę. po prostu mam dość, ale ten dzień nie różni się szczególnie od wczoraj, ani od jutra, więc biorę niepierdolę, uśmiecham się i żyję. jeszcze. bo po tych jajkach z brudem z silnika to nie wiem ile jeszcze. i siku idę, i już tylko łazienka zalana. jutro. jutro się tym zajmę. 

i wychodzę z łazienki, i widzę, jak w półśnie moje sześcioletnie (za miesiąc), metrowe i piętnastokilowe dziecko próbuje zsunąć dwa łóżka i szepcze: żebyś mogła mnie tulić.

ach, to po to wszystko.
zsuwam łóżka, 
zsuwam się i ja.


wtorek, 17 stycznia 2017

tera nera.

mam takiego lekarza rodzinnego, co go bardzo, ale to bardzo lubię.
gdyż albowiem jest normalny.
albo właśnie wcale normalny nie jest.
na pewno jest buddystą, na pewno leczy zgodnie z zasadami medycyny chińskiej, prawdopodobnie jest szczęśliwy, a już na pewno zawsze uśmiechnięty.
lubię do niego przychodzić, bo gada inne rzeczy, niż "proszę się rozebrać" nie zaszczyciwszy mojej persony swoim spracowanym spojrzeniem. o, nie. to nie on.

ten, jak chciałam zajść w ciążę, jak mnie zobaczył, jak ze mną pogadał, to kazał wyjąć wszystkie kolczyki z ciała, uświadomił mi, że tatuaż na wysokości macicy, na którym dwie małe tribalowe nibyrybki się gryzą, to nie jest najszczęśliwszy pomysł, jak się chce zajść w ciążę, no i polecił mi jeść mięso, bo żeby przeżyć w naszym klimacie o misce ryżu, trzeba by mieszkać w lesie nad rzeką, hahaha.
hahahałam niemal ze zrozumieniem, wyciągając z karku i jęzora kolczyki, próbując dociec czy aby da się tatuaż zszorować pumeksem i zupełnie nie przyznając się, że mieszkam w lesie nad rzeką.

kiedy zaś zaszłam w pierwszą ciążę i bardzo bolała mnie głowa, i spanikowana przyszłam zapytać czy mogę coś z tym zrobić, to z rozbrajającym uśmiechem powiedział mi, że owszem, jak wierzę w boga, to mogę się położyć i poprosić go, żeby mi przeszło.

to jest mój rodzinny lekarz. taki z enefzetu. poważka.

miałam dziś ochotę skorzystać z jego usług, albowiem napiżdża mnie nera.
i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby zoja nie trzymała się za boczek mówiąc "boczek mnie boli".
skoro mnie boli i ją boli, to może coś robimy nie tak.
lecz zanim się wybrałam, postanowiłam skorzystać z tak zwanej wyroczni, bo - jak mówi stare ludowe porzekadło - nie ma w gogle, nie ma wogle.

no i wpisałam w te gogle: napiżdża mnie nera i co się okazuje. nery nie napiżdżają. płuca nie napiżdżają, nery nie napiżdżają, mózg nie napiżdża, to ja nie wiem co mnie napiżdża. boczek, cyc i próżnia. przy czym w moim przypadku cyc również zawiera się w próżni. odwrotnie proporcjonalnie do boczku.

no i teraz tak. jak sprawdzić co mnie napiżdża? zawsze lubiłam biologię i jakieś tam pojęcie mam, wiem gdzie co. mam serce i patrzam w serce. cóż więc mię tak napiżdża w okolicy nery, skoro to nie ona? no i uznałam, że musi być jakaś appka na androida. musi ktoś stworzyć takie coś, że przykładasz telefon w miejsce gdzie cię napiżdża i ci mówi co to jest. jak nie masz telefonu, to się kładziesz na komputer i www.comnietaknapiżdża.pl.

no bo ja nie pójdę do lekarza mówiąc: o dzień dobry, napiżdża mnie nera, wiem, że nera nie napiżdża, ale mnie akurat napiżdża, więc albo jestem wyjątkowa, albo to nie nera.

bo najbardziej boję się tego, że mi powie, że nie jestem wyjątkowa.

no trudno, niech napiżdża.

niedziela, 15 stycznia 2017

nowy dom.

mam nowy dom.
taki nowy nowy.

że echo w nim hula razem z nami, bo mam też dziecko z ospą w domu. na szczęście ospa okazała się być na tyle wyrozumiała, że oprócz czochrania nie dała dziecku nic. ani bólu, ani gorączki. więc hulamy. natasza, ja i echo.

zaraz dom napełni się nami, zdjęciami, obrazkami, ramkami, rysunkami, ubraniami dla lalek, żołędziami, które żal wyrzucić, obrusami za małymi na nowy stół, ale takie ładne były i takie tanie, że aż żal było nie wziąć, włóczkami zanabywanymi w drodze kupna, że może tym razem coś wydziergam, szydełkami zgubionymi i odnalezionymi, sznurówkami do już wyrzuconych butów, wkładkami do tychże, ręcznikami kuchennymi, które choć dziurawe, to jednak od cioci basi, zapasową nogą od kanapy, nietypowymi flekami od znoszonych butów, bluzami, które mimo, że mają falbany na mankietach, to są ukochane, koszulkami, które jak się wyrzuci, to już się nic nie będzie miało, pojedynczymi skarpetami, których pełne są wszystkie domy, a które giną w niewyjaśnionych okolicznościach, gaciami, które piją, ale są z koronki i może kiedyś i ja się napiję, by je założyć i zagrać seksi laskę, rajtami na zimno, pończochami na ciepło, bo kto wie, być może jeszcze zrobię z udami takie coś, że pończochy nie będą wyglądały na nich jak przeguby niemowlaka, elektrycznym grillem nigdy nie użytym, takim wichajstrem do przewracania mięsa, choć mięsa od lat nie jem, reklamówkami, które już częściowo uległy w szafce biodegradacji, zużytymi bateriami, które kiedyś wyniosę do kastoramy, niedziałającymi lampkami choinkowymi i własną schizą, bo przeczytałam kiedyś książkę o feng szui i wiem, że nie wolno takich rzeczy w domu gromadzić.

na razie mam nowy dom i nie mieszka tu jeszcze żaden kot z kurzu.

na razie mam nowy dom i chodzę z takim psikaczu i psikam. łapię osobiste pokemony z plam na papierowy ręcznik.

na razie chodzę i pucuję. i mi się chce.

więc jak parę dni temu zobaczyłam niewiadomego pochodzenia różowawe plamy o konsystencji niepodobnej do niczego, to od razu zawiesiłam wszystkie znane mi psy na plej-do i na plastelinie. szurałam kapciami i kolanami po kafelkach i panelach i wieszałam psy także na tych, którzy to do mojego nowego domu przywlekli. tarłam fugi do gołego mięsa, klnąc najszpetniej, jak tylko potrafię zapominając, że po pierwsze dzieci uwielbiają się tym bawić, a po drugie przywlekli to ci z moich bliskich, którym na pytanie: "co kupić dzieciom?" zawsze odpowiadam "plastelinę" albo "plej-do".

i kiedy tak plułam na szmatę i psikałam psikaczem, a plamy się mnożyły, jak kropki ospy na nataszy, to zobaczyłam, że to ja sama na kapciach mam kawałek konturówki do ust, który mi wypadł z temperówki, jak nieudolnie próbowałam po raz wtóry zrobić z siebie gwiazdę internetów i im bardziej wkurwiona szuram kapciami, tym bardziej zajebuję cały dom na różowawo.

więc. jeśli ktokolwiek będzie chciał do mnie przyjść i coś mi kupić, to błagam, niech to będzie młotek, żebym się pacnęła w łeb.

albo po prostu wódka.


czwartek, 5 stycznia 2017

cała ja.

czasami sobie zaprzątam głowę rozmyślaniami typu: czy wszystkie ludowe prawdy są prawdami i co, jeśli jedna zaprzecza drugiej. nawet nieszczególnie się na tym skupiam, ale takie myśli przychodzą i są. zupełnie jak te, że kiedy oglądam gwiezdne wojny, to się zastanawiam kto im w tych wszystkich statkach okna myje i że wiem, że jeśli już, to pewnie jakiś robocik, ale czym? na mokro czy jak? albo czy w próżni może być ciepło, albo zimno, czy próżnia to próżnia, nic. wiem, że na niektóre pytania są odpowiedzi, ale jest czasami bardzo miło ich nie znać.

jeśli idzie o prawdy ludowe, to od wigilii zastanawiam się czy to prawda, że jaka wigilia, taki cały rok. i że chyba nieprawda, bo inaczej musiałabym codziennie popłakiwać od osiemnastej do dwudziestej trzeciej, chodzić obżarta pierogami i śpiewać kolędy, co akurat dzieciom nie przeszkadza do samego lipca.

no i jeśli wigilia na przykład nie jest w poniedziałek, tylko w inny dzień, a mówi się też, że jaki poniedziałek, taki cały tydzień, więc jeśli wigilia jest w inny dzień, dajmy na to w czwartek, to do czwartku jest tak, jak w poniedziałek, a od czwartku tak jak w wigilię, a w poniedziałek od nowa? to gdzie ten cały rok? no tak sobie myślę.

że jaki początek roku, taki cały rok. przecież zazwyczaj początek roku jest przeleżany w cielesno-psychicznym bezwładzie na kanapie z bólem głowy i familijnym kinem przed oczami. ja wiem, że sporo osób w naszym pięknym kraju tak właśnie potrafi spędzić rok, ale znowu nie ma tych osób aż tyle. a co z rzeczami niezależnymi od nas? czy jeśli przy nowym roku dostaniesz okres, to przez cały rok będzie cię krew zalewać?

ale jakichś prawd chcę się trzymać i kiedy zaraz po nowym roku, a był to poniedziałek, a wiadomo, że poniedziałki nie cieszą się zbytnią przychylnością społeczeństwa, więc nie dość że poniedziałek, to jeszcze nowy rok, ale ja dziarsko próbowałam stawić czoła temu festiwalowi niepowodzeń, wówczas pan, przemiły pan, podarował mi bilet parkingowy, którego nie wykorzystał. a ja wtedy wiedziałam, że to będzie dobry rok.

i aż poszłam do lumpa i tam kupiłam sobie bluzę-dziwadło za osiemnaście złotych, którą nie wiadomo jak się nosi, ale ja lubię takie wyzwania i to mnie też utwierdziło w przekonaniu, że to będzie dobry rok.

i jak kolejnego dnia przyszedł pan spisać licznik od wody, a ja akurat nagrywałam filmik, który wymagał ode mnie sporego urodowego nieładu, do czego akurat nie musiałam się jakoś szczególnie przygotowywać, po prostu wstałam z łóżka i już, no więc kiedy przyszedł ten pan, to ja wiedziałam, że to jest kolejny etap końca budowy i ja wiedziałam, że to będzie dobry rok.

tak więc stałam w nieporządku, ale szczęśliwa, z panem przed nosem i nawet zażartowałam, że gdzie ja mam licznik, a on, że pewnie w garażu, a ja oboże, to musi pan chwilę poczekać, bo muszę zbudować garaż. i czekam na jakieś hahaha, nie jakieś głośne, ale chociaż na jakiś grymas ustem w górę. czekam, a tu nic.

i dopiero jak pan wyszedł, to się okazało, że po prostu najzwyczajniej w świecie mam wielką krwistą plamę w okolicy niedługo-znów-pieluszkowej. 

cóż, ten rok nie będzie się różnił niczym od poprzednich i następnych.