czwartek, 10 listopada 2016

hu hu ha.

wciąż mieszkamy u mamusi. u teściówki jedynej. dom już jest tak blisko, że im bliżej, tym dalej. jesteśmy jak maratończyk przed metą, ostatkiem sił ciągniemy do końca skupieni już nie na wyniku, ale na tym, by się zwyczajnie nie wyjebać na końcu.

jest podłoga, na której chętnie położylibyśmy się, bo jest ciepła i z tej odległości nie mamy wątpliwości czy te panele są zielone, czy jednak nie. z tej odległości jednak widać niedoskonałości pracy płytkarza, więc turlalibyśmy się najchętniej zwracając lub nie, uwagę na nasze nowe tu i ówdzie.

nie możemy zaś się turlać, bo biegamy na krótkie dystanse. ojciec jedyny do pracy, na budowę, do domu, do hurtowni budowlanych, do geodety, do pracy, do elektryka, do hydraulika, do domu, na zupę, do bankomatu i do bankomatu. ja biegałabym do przedszkola i z powrotem, gdyby nie fakt, że biegam do apteki i z powrotem, po termometr i po lekarstwa, po chusteczki, po syrop, po herbatkę, po suchą pościel. a potem dopiero do przedszkola i z powrotem.

dodatkowo teściówka niemalże unieruchomiona po zabiegu. dramat.

a tu ulubiona pora roku. najulubieńsza. to pora roku, w związku z którą trzeba przewieźć kartony swetrów, kurtek i butów od mojego ojca. to pora roku, w której zerkam nieśmiało czy nataszkę już cisną te drogie kozaczki, a jeśli tak, to czy zojci nie spadają z nóżki. to pora, w której zerkam nieśmiało czy rękawy swetrów wystających spod kurtki już wyglądają wieśniacko, czy można udawać, że to taka stylówa, skoro sama zamotana w obrus na szyi udaję, że o to własnie chodziło, a nie, że nie ten karton od ojca przywiozłam.

to czas, w którym dokupuje się rzeczy, a mieszkanie teściówki nadal nie urosło. czasami, kiedy stoję objuczona pod drzwiami, najchętniej zadzwoniłabym do sąsiadki, żeby mnie docisnęła nogą obutą w kapeć i zamknęła drzwi przekręcając klucz w zamku. 

mam wrażenie, że to wszystko pierdolnie. wybuchnie. 

że szyby już są wypukłe, że ten blok eksploduje wraz z trzema kombinezonami, z których wyrosły moje dzieci, a przecież mam je sprzedać, żeby kupić dobre, więc niech leżą. jezusmaria gdzie one leżą? 

rozpierdoli po osiedlu moje hawajaniasy, kroksy z lidla, płócienne sukienki, wszystkie dwie, spódnice, które być może jeszcze założę, zylion pluszaków, kawałki świętych karteczek zaklejonych świętymi kółeczkami i mnóstwem glutów z kleju, równie świętymi kawałkami wstążek, piór, bandaży, rozpirzonych żołędzi, książek, kredek, gazetek reklamowych z netto i ofert na drzwi zewnętrzne, kawałków cegły klinkierowej elewacyjnej w ilości sztuk siedem niby identycznych a każda inna, zawiniętych w gazety, ręczników, które jeszcze całkiem się nie popruły, chust, które może kiedyś założę, rajstop zaciągniętych tylko na kostkach, które do kozaków jeszcze się nadadzą, o boże czemu wyrzuciłam kozaki.

łinter is komin'. uwielbiam czas, w którym muszę pamiętać o tym, żeby założyć podkoszulek pod podkoszulek z merynosa, bo mnie gryzie, ale w dwóch podkoszulkach będzie mi gorąco, ale kurtki jeszcze nie mam tej zimowej, to może faktycznie tego merynosa, albo bluzę. z tym, że nie mam bluzy. icoteraz.

to czas, w którym moje życie ogranicza się do rozterek czy założyć dzieciom rajstopy i kto im je zdejmie jak już pójdą do przedszkola, czas, w którym myślę intensywnie która czapka będzie dla nich odpowiednia, czas, w którym w panice zakładam dziecku dwie pary skarpet do adidasów, bo kozaki jeszcze nie przyszły. 

czas, w którym stoję zapocona w kurtce i czapce z kurwa wełny, nie dziwiąc się więcej dlaczego elizka oddała taką fajną czapkę, bo kurwa gryzie tak, że musiałabym zakładać czapkę pod czapkę i pewnie tak bym robiła, gdybym tylko wiedziała, gdzie jest moja czapka ta nie od elizki, więc stoję, a gdzie, chuja tam stoję, próbuję wyłapać dzikie zwierzęta przebrane za moje dzieci, które obleczone jednak w rajtuzy i dresy postanawiają się bawić w ucieczki, a kiedy już je wyłapię, ubiorę do końca i zagonię do drzwi, to oznajmiają mi, że chcą siku. oczywiście jednocześnie. a czemu ona pierwsza, przecież ja jestem pierwszą córeczką.

to mój ulubiony czas, w którym opatulona z dziećmi dobiegam do auta już spóźniona i zgrabiałymi ręcyma próbuję usadzić je w fotelikach w kurtkach myśląc, że tak nie wolno, ale nigdy, przenigdy w życiu nie stałabym na parkingu strzeżonym czekając, aż auto się nagrzeje, a dzieci na całe półtorej minuty rozbiorę, by potem je ubrać i żwawo pognać do przedszkola. przecież w ogóle na wszystko mam półtorej minuty.

to czas, w którym dwie puchate kulki próbuję zmieścić w fotelikach, z których się wydłubują, bo muszą, powtarzam, muszą i to natychmiast sięgnąć po coś, czego z fotelika nie dosięgną. i czy jest to mikrogrzebień do wyrywania włosów podróbie kucyka tłajlajt sparkl, czy kawałek pianki poliuretanowej niskoprężnej z budowy, czy papier po nielegalnie zeżartym przeze mnie cukierku, czy chusteczka nie do końca zasmarkana i może jeszcze się da wyprostować, a poza tym jest krzywo poskładana, nie ważne, ja dostaję pierdolca. wewnętrznego. wpadam w furię. 

w myślach eksploduję, jak wieżowiec, z którego przed chwilą w tych samych myślach wyleciał nasz dobytek. gotuję się, piszczę, zalewam się wrzątkiem i co? nadal muszę przypiąć dzieci.

japierdolę. zapocona już drugi raz w ciągu kilku minut wsiadam do auta, półtorej minuty mówię na zmianę: nie wiem gdzie są wasze płyty, tak to jest muzyka klasyczna, nie, nie wiem co to za instrument, który masz na myśli i nie gadajcie naraz, bo nie rozumiem żadnej z was. oraz nie kłóćcie się która pierwsza mówi.

wychodząc dziś na próbę zaczęłam przeczesywać mieszkanie mamy w poszukiwaniu swojej kurtki zimowej. znalazłam. muszę ją nosić, bo już nie dam rady jej wcisnąć do szafy. kupiłam ją pod koniec zeszłej zimy. jako jedyna spośród kurtek, jakie znalazłam, nie miała tego futra naokoło kaptura, dokładnie tego, co udaje eskimoskie i dokładnie tego, które jest zbędne w naszym klimacie i dokładnie tego, które wchodzi do ryja przy mikrowietrze, chwyta się pomadki ochronnej, i którego nie da się wypluć, mimo usilnych pocharkiwań i odruchu wymiotnego, bo jest kurwa przyszyte. no więc właśnie tę kurtkę zakładam. 

chciałam być porządna w zeszłym sezonie, wobec tego uprałam ją i schowałam. ponieważ suszyłam ją przewieszoną przez sznurek, puch trochę się przemieścił i prawdopodobnie przez najbliższą zimę będzie mi zajebiście zimno w kręgosłup, za to zajebiście ciepło w nadgarstki.

nie warto być porządnym.
i jak to dobrze, że cały czas gdzieś biegnę.

20 komentarzy:

  1. Ja pitole. Mysli matek uchwycone w slowa. Ten dylemat coroczny czy juz wbic w rajstopy, ale przeciez sie zapoci w przedszkolu. Pincset kurtek utytlanych jakby na zuzlu byl, bo sie bawili przecie i jeszcze tej nie zalozy, tylko ta co usyfiona jak swinia.
    Chusteczki raz smarkniete ma w torebce, w kieszeniach kurtek, spodni i wszedzie.
    Zaraz jedziemy marznac na Swietego Marcina w przedszkolu, cwal z lampionem i grzaniec :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja rano wstaje myśle sobie dzisiaj będzie dobrze! A tu łóżko obsikane bo mu się śniło ze jest w kiblu. Nic się nie stało kochanie mamusia wypierze ale jak ściągałam ten obszczany materac to klątwa poszła na cały świat i po co akurat sekundę temu białe nastawiałam teraz to się już na bank spóźnię wale to nie czesze włosów dzisiaj i już na pewno w dupie mam co będzie na obiad!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakbym o sobie dzisiaj czytała część związaną z przedszkolem. Uwielbiam te momenty i zastanawiam się, jak to możliwe ze od ilości wkurzu jeszcze do tej pory nie wybuchłam?!?!

    OdpowiedzUsuń
  4. tja... na cale szczęście mam ten dylemat tylko co drugi dzień;) i cale szczęście do zabawy w "turlaczkę" oraz "jeb na glebę" mamy osobne ciuchy, które po prostu oskrobuję jak już wyschną. tak się cieszę że mieszkam w lesie ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Podpisuję się obiema matczynymi łapkami!

    OdpowiedzUsuń
  6. Cz Ty czytasz w moich myślach? :)

    OdpowiedzUsuń
  7. nie pierwsza, nie ostatnie i nie jedyna ...... życie

    OdpowiedzUsuń
  8. Jakbym zobaczyla moja rodzinke w czasie budowy. Ledwo to przeżyliśmy

    OdpowiedzUsuń
  9. No nie. Wyłaz matko jedyna z mojej głowy w to tej chwili! Normalnie no. ...

    OdpowiedzUsuń
  10. Słowo tok tok. Prawda że w oczy kole. Wracasz mi proporcje kiedy karmię się iluzją o pięknym życiu.

    OdpowiedzUsuń
  11. Och! matko jedyna, tulę z Bułgarii.

    OdpowiedzUsuń
  12. Moje dzieci prawie pełnoletnie (jedno już dawno, drugie prawie)ale twoje obrazy budujące słowa, przypomniały mi te dylematy rajstopowe i ubraniowe.. Z samochodem i fotelikami nie miałam do czynienia, bo prawka wtedy nie posiadałam,a do przedszkola blisko, więc i tak na piechotkę..Z córą było łatwiej, miałam patent: rajstopy i spodnie, w przedszkolu spodnie ściągałam i zakładałam jej spódniczkę..ewentualnie legginsy i spodnie na drogę, ściągałam te z wierzchu, gorzej z synem, bo kalesony be, rajstopy też (chłopaki nie noszą, mama!).. dwie pary spodni zostawały w opcjach.
    Ta pora jesienno-zimowa była koszmarnym nasłuchiwaniem czy któreś nie kaszle w nocy... no i też dylematami za co kupić buty czy kurtkę, czasem dwa razy w ciągu jednej zimy....
    Cóż.. teraz jest o tyle łatwiej, że już tak szybko nie wyrastają z ubrań ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Matko jedyna co za odkrycie ten blog.

    OdpowiedzUsuń
  14. Matko jedyna. prawdziwe. Daję radość. Wpadnij do mnie.

    OdpowiedzUsuń