kiedy patrzę na swoje córki, na szczuplaki uśmiechnięte od ucha do ucha, umorusane w piaskownicy, z chlebem z masłem w zapiaszczonych łapkach, na dziewczynki szczęśliwie biegające po trawie na bosaka, albo na czworakach, kiedy całuję je, a całuję non stop, kiedy wącham, przytulam, noszę, przenoszę, wynoszę, przestawiam, jak namolne muchy, kiedy znów nie zjem, bo idę czytać bajkę/wysadzić na nocnior/dmuchać w ptaszka z wodą "ale tak, żeby ćwierkał, ale nie tak, jakoś inniej!", kiedy wycieram nosy, uszy, buzie, pupki, kiedy ganiam, doganiam, nie doganiam, kiedy zmieniam pieluchy, włączam setny raz te same kolędy w upale i tańczę do nich z balonami asystując księżniczce w tiulowej spódnicy uważając, by drugiej księżniczki żującej cokolwiek znalezionego przed sekundą nie nadepnąć, kiedy jedną łyżką karmię obie na zmianę, kiedy wyjadam to, co im wypadło z buzi, kiedy ściągam im mokre od rosy skarpety i zamieniam na suche, które za chwilę też będą mokre, kiedy tarzam się szukając lalek, klocków, kiedy odczepiam, przyczepiam coś do czegoś, kiedy gotuję z plastiku i naprawdę, kiedy turlam się po łóżku z obiema, albo tylko jedną, kiedy proszę i nie przychodzą, kiedy śpiewam, kiedy zabraniam, kiedy sykam, że nie wolno łapek pchać do prądu, wychodzić niemowlętom na schody i takie tam, kiedy ryczę, że nie dam rady, kiedy ryczę, że dziękuję za kwiaty, córeczki, kiedy ryczę, że nie spałam, kiedy ryczę, że "kocham cię mamo", wtedy bardzo, ale to bardzo mocno żałuję, że moja mama ich nie poznała.
poniedziałek, 26 maja 2014
środa, 21 maja 2014
mamo, tato, to już lato.
ponoć w polsce są dwie pory roku. lato i ciulato.
dziś było lato.
wystroiłam zatem starsze dziecię w krótkie gacie, młodsze dziecię w pełny spodzień, albowiem przemierza świat pełznąc po nim dosyć prędko, na kolanach. siebie nie wystroiłam, albowiem od jakichś pięciu lat żałuję sobie ciuchów i innych tego typu rozpieszczających kobietę dupereli godząc się na wieczną zmarzlinę psychiczną w zamian za linoleum w korytarzyku do łazienki, tudzież klamki, kontakty, a na żyrandole jak nie było, tak nie ma. mogłabym płakać i płakać oraz wymieniać czego nie mam, ale wolę wymieniać kontakty na nowe i talerze na nieobtłuczone, chociaż tutaj i tak nie nadążam.
zoja była przepiękna w zwykłych bawełnianych spodniach, acz bieluśkich jak mgła o poranku na naszym pięknym landszafcie zaokiennym. body może i troszeczkę oplute poranna kaszą, ale cóż znaczy jedna niewielka plama w obliczu całego czystego jeszcze bodziaka. nataszka zaś w koszulce równie białej, spodenkach krótkich, a obie wysmarowane grubo kremem z filtrem, w czapeczkach, jak małe mleczareczki, bajkowo, ach, bajkowo.
nie minęło pół godziny, jak natasza miała na głowie zgrulowany spocony kołtun pod przekrzywioną czapką, koszulkę umazaną flamastrem, na brzuchu namalowane wąsy, a na całej ręce - ramieniu, przedramieniu i przegubie - dziarę rodem z pierdla i to dla analfabetów. wszystko czarnym mazakiem wymaziane. do tego było pite coś gęstego a pomarańczowego, co się cudownie osadzało pod nosem, co stalaktytami nakapało na spodenki, albo stalagmitami, ja ich nie odróżniam. a do butów nawłaziła skoszona trawa, toteż buty zostały wzgardzone i wymienione na skarpetki, te zaś unurane w piaskownicy, z której uprzednio wywalono żółty piach i nasypano czarnej ziemi, jeszcze jak było ciulato, w kaloszach.
zoja tymczasem, spośród sześciu tysięcy metrów kwadratowych trawy i połowy metra betonu, wybrała beton, wepchnąwszy sobie wpierw do uśmiechniętej japy kamienie, trochę żwiru, skoszoną, wcześniej wspomnianą trawę, korę z pobliskiej gruszy, na którą wcześniej usiłowała wejść, a to wszystko w otoczeniu błotka z dopiero co wyschniętej kałuży. ubłoconą rączką zdjęła sobie z łebka ostatni bastion czystości, chustkę, i dzierżąc ją w dłoni, poraczkowała z pędęm pioruna nazad (i na zad) do kałuży, wywalając wpierw na siebie wiaderko kamieni z szutrowej drogi, których nazbierała starsza siostra, i za którymi płakała rzewnie, rozcierając sobie na obliczu łzy, piach, flamaster i gąsienicę, którą akurat ratowała z piaskownicy.
zdruzgotanie odzienia zajęło im może z piętnaście minut, zabawa przednia trwała zaś dzień cały, póki nie zaszło słońce.
moje dziewczynki, ledwo żywe po całym dniu na dworze, lekko opłukane w zlewie, szczęśliwe i pachnące kremem i wiatrem odłożyłam do łóżeczek.
pościel zmienię jutro.
no chyba, że będzie znowu lato, to się nie opyla.
poniedziałek, 12 maja 2014
toy story.
kiedy właśnie chcesz być najciszej na świecie, bo dzieci usnęły ledwo co, a już jest, kurna, dwudziesta druga nad ranem, a ty masz jeszcze zrobić obiad, upiec ciasto, pomalować kuchnię i przestawić meble w salonie, w taki zwyczajny poniedziałkowy wieczór, zdarza się to, co w podrzędnych amerykańskich komedyjkach. włazisz w aluminiową miskę pełną sztućców, też aluminiowych, przygotowanych do wyniesienia na strych, albo potrącisz ręką karton z kapslami, co stał na krawędzi komody, a ty się zbierałaś tyle razy, żeby to wyrzucić, no to teraz zbierasz, albo wleziesz w grającą zabawkę.
nie postrzegam grających zabawek jako plagi egipskiej, więcej, kiedy moje dziecię (jedno i drugie) dostaje do ręki grającą zabawkę, znika na jakieś, ja wiem, może i nawet piętnaście minut! kocham grające zabawki. uwielbiam. mam słuch wybiórczy i nie przeszkadza mi naparzanie tych koszmarnych dźwięków, idiotycznych melodyjek i słodkiego głosiku pani od gąsienicy, garnuszka, pieska czy innego badziewia śpiewającej na tę samą melodię hitów w stylu "jedna kulka lodów, czas podzielić się, druga kulka lodów, w sumie będą dwie" czy "ciasto lep, ciasto gnieć, chce się jeść, panie piekarzu, chcę szybko ciastko mieć. gnieć je, lep je, zrób z literką CE, upiecz w piekarniku dla dzidzi i mnie". pomijam tendencję dzieci do samplowania tymi urządzeniami. znam dziecko, które wciskało tylko jeden klawisz w zabawkowym laptopie. do tej pory krewni i znajomi tego królika na pewnego ssaka nie mówią inaczej, niż "de-de-delfin. de-delfin. delfi-delfin. de-delfin".
grające zabawki potrafią się odezwać w najmniej oczekiwanym momencie. mam wrażenie, że toy story wcale nie jest wymyślone. że niektóre zabawki cały swój zabawkowy żywot czają się na odpowiedni moment.
kiedyś skradająca się cichcem po ciemku do toalety mama małego wówczas chłopca, kiedy zrobiła siku, usłyszała gromkie "ho, ho, ho". tak się święty mikołaj ucieszył.
kiedy zaś wujek, również w toalecie, oddawał się czynnościom następującym po siku, i to nie pojedynczo, bo coś się temu wuju z żołądkiem stało, wówczas szczeniaczek uczniaczek skwitował głosikiem cienkim jak wujek tego dnia: "fajnie się bawisz!".
trzecie wspomnienie nie ma nic wspólnego z zabawkami. ale idealnie się wpasowuje. mieszkanie w bloku. dokładnie w wieżowcu. a jeszcze dokładniej toaleta w mieszkaniu. ale nie, że stylowy mebel, tylko normalny kibel. a wiadomo, jak tam się dźwięk niesie. po subtelnym "plusk!" do sedesu, dało się słyszeć "baza wirusów została zaktualizowana".
no. to idę przestawiać meble.
a potem "nie śpię, bo trzymam kredens".
środa, 7 maja 2014
to boli.
zakończono leczenie.
trzeci tydzień bez chemii.
od jakiegoś czasu dziecko płacze, jest drażliwe, wrażliwe, nerwowe.
nikt mi nie potrafi powiedzieć co jest.
'to wiek'.
'nie wiem'.
'wszystko razem'.
czuję się zbyta. jak wtedy, kiedy półtora roku szukałam dla niej ratunku u najlepszych lekarzy w polsce, którzy leczyli fioletem zmiany nowotworowe.
niepewność.
a jak będzie wyglądała kontrola? pytam.
zrobimy morfologię.
aha.
morfologię.
która nic nie wykazuje.
od dawna.
jestem kłębuszkiem.
kłębuszkiem nerwuszków.
no i proszę obserwować dziecko.
obserwuję.
dniami i nocami.
na przykład dziś.
drapie się za uszami.
i drapie.
i drapie.
i czerwone plamy.
już raz tak było.
ja nie chcę.
strach.
kładę spać to dziewczątko.
i nagle przeszywa mnie strach.
strach wielki jak cyrk za dzieciaka.
milcząc krzyczę łzami.
duszę się strachem.
połykam łzy, strach, przerażenie.
mama, śpiewaj.
potrafię tylko na wdechu szepnąć: kocham cię córeczko.
a w głowie krzyczę, że nie chcę. nie chcę. nie chcę, żebyś była chora.
zdobyłam się jeszcze na "obudź się zdrowa".
i zgięłam się w pół, z otwartymi ustami, którymi nie mogłam krzyczeć, bez oddechu, kiwając się w przód i w tył.
nie mogę przy dziecku.
co u ciebie? ktoś się mnie spytał niedawno.
no co u mnie. nie ma mnie. jestem matką dziewczynki z bezlitosną chorobą. to u mnie.
jestem wyfiletowana strachem. oddziela mi skórę od mięśni. wyrwał mi kości i wątłą, mokrą szmatę mojego ciała cisnął boleśnie na ziemię. kości z gruchotem rzucił na drugą kupkę. strach. wyrafinowany rzeźnik.
podnoszę to maluśkie ciałko, biorę w ramiona i tulę, tulę, kiwam się z nią w przód i w tył.
gdy mi ciebie zabraknie, śpiewam w głowie, gdy zabraknie mi ciebie.
nie.
nie.
nie.
proszę.
nie.
sobota, 19 kwietnia 2014
mów mi 'ikona stylu', albo jakoś tak.
matka jedyna wybiera się na ślub i przyjęcie weselne.
matka jedyna się weseli, że ktoś się weseli. sama matka jedyna weseliła się już jakiś czas temu, niezbyt dawno, ale już zdążyła zapomnieć. zresztą, matka jedyna z tych, co to kala tradycję i poszła do ślubu w sukience różowej, z doczepionymi na chwilę włosami za osiem złotych i z mężem w dżinsach doczepionym już na zawsze.
ale, wbrew pozorom, matka jedyna lubi wyglądać. nie że zza krzaka, choć tak to najczęściej się kończy, ale lubi sobie matka jedyna wdziać na zadek jedyny coś ładnego.
tak miało być i tym razem. używając swego lisiego sprytu, przebiegłości, że okiem sokolim nie zmierzysz, a także internetu i usługi banku, co to można zapłacić natychmiast, matka jedyna zrobiła zakupy onlajn.
znalazła se matka stylizację, że i do tańca i do reszty, choć tak naprawdę matka jedyna nie tańczy (zarzuciła już picie takich ilości alkoholu, żeby po nich tańczyć, bo od tego tańca to strasznie łeb naparza), tak więc kiedy stylizacja nadejszła za pomocą kuriera, okazało się, że jest do reszty. do reszty nietrafiona. nie że zła, bo nie, ale.
kiedy pan stylista próbował przedzierzgnąć matkę jedyną i piotra bałtroczyka podczas toptrendów w coś reprezentatywnego, napocił się, jak matka jedyna przy porodzie. i to pierwszym. wówczas piotrek użył zdania, którego matka trzymać się będzie po kres dni swoich. otóż, stwierdził, my jesteśmy niebanalnej konstrukcji.
mnie się na ogół wydaje, że ja jestem zwykła. że takie o coś. nie żeby mysz, ale też nie lew. coś pomiędzy hieną (ale szczeka!), borsukiem (niebywałe, taki opasły, a drapieżnik!), a jenotem (co to w ogóle jest?!). nic z tego. matka jedyna wchodzi do sklepu, w którym są ubrania dla zwykłych ludzi i oto co następuje.
kiedy giry matka upchnie w jakiś gustowny gać, zad nie wchodzi. kiedy zad wchodzi, to do jednej nogawicy obunóż matka też wchodzi. matka, być może błędnie, wyobraża sobie siebie zgrabną w zwykłych, cygaretkowych spodniach i to siedem ósmych, albowiem matka jedyna, jak nigdy, kupiła sobie obuw na obcasie. na wysokim obcasie. na obcachu. póki matka się chodzić wew rzeczonym nie naumi, to nawet i na obciachu. na obuw matka się rzuciła, przytuliła, pomyślała, że może i nie ponosi, ale też nie odda, albowiem raz na życie człowiekowi się należy. matka w obuwiu się zabujała i przysięga, że będzie dążyć do jakichś ekstremalnych kilkominutowych (tyle matka na dwunastu centymetrach ustoi) sytuacji, aby z uwielbieniem na obute w cudo giry z góry spozierać.
wracajmy jednak do historii. matka jedyna porzuciwszy córki swe jedyne na pastwę babci, która na pewno czegoś nowego ich nauczyła, nakarmiła lepiej niż ona sama, a także uspała bez cyrków, ceregieli i takich tam, udała się do świątyni zakupów. przekonana, że oto dyspensa na czynności zielony, pin, zielony zaowocuje ekstraciuchem - spodniami i bluzką, bo taki plan matka posiadała na siebie. obuw uroczy, ale giry krzywe, tak więc spodniami matka ratować się postanowiła.
kurwa, przymierzyłam sto tysięcy par spodni. wąskich, szerokich, krótkich, długich, ciemnych, jasnych, gładkich, w deseń, cienkich, grubych, tanich, drogich, z lajkrą, bez lajkry, codziennych, wizytowych. do każdych zakładałam zataszczone do świątyni cud-buty. i nichuja.
jestem wyjątkowa.
wyjątkowo źle wyglądam we wszystkim, co udało mi się na zad wciągnąć. albo jak dupa świni w folii, albo jak wychodzący z wody dżejms bond w latach siedemdziesiątych, albo jakbym narobiła w gacie, nawet i ze śmiechu.
nie ma nic. nic. nic!
do bluzki nawet podejścia nie robiłam, bo jak piękna by nie była, jak dobrze bym się w niej nie prezentowała, to i tak nie odwróci uwagi od gołego tyłka, jakim niewątpliwie będę świecić.
postanowień matka jedyna przy okazji narobiła, ażeby na fiknes wrócić, bo matka jedyna w domu porządnego lustra nie ma, ogląda się więc "na dole" podskakując w korytarzu przed lustrem zawieszonym na wysokości ryja, tudzież, zgapiwszy od dzieci - w piekarniku. a tam, w świątyni, światła i lustra. nawet w tych wyszczuplających było widać, że ząb czasu jednak mnie nadgryzł, ale, o dziwo, nie na dupie, tam, gdzie by się najbardziej nażarł, tylko na klacie, gdzie już i tak dzieci wcześniej wyżarły.
żeby nie było. matka jedyna nosi rozmiar 36 w kierunku 34. wyłączając tyłek, jak się okazuje. dał się mi pewno we znaki mój wdupizm absolutny, jednak pomału trzeba się będzie z tego wycofać, bo jakże ja w parcianym worku, co jako jedyny mi pozostanie.
tak więc nie mam w czym pójść.
pozostaje mi zawsze sukienka za 18,40 z lumpeksu, w której furorę zrobiłam już na dożynkach gminnych, dwóch weselach i - tak, tak - na pogrzebie.
no nie wiem.
może się jeszcze państwo młodzi rozmyślą...?
środa, 9 kwietnia 2014
syknęłam jadem.
nie jestem typem, co się społecznie angażuje. tak miało być i tym razem. ale.
aferka niewielka i w zasadzie już przebrzmiała. ale.
miałam sobie darować swoją błyskotliwą opinię, ale.
chodzi o dzieci w rajtuzach.
że to fopas. ojej, jak to nie wypada. dzieci mogą nie mieć różnych rzeczy - rączek lub nóżek, więc dlaczego akurat nie mają spódniczki, skoro mają rajstopy. toż to skandal i targowica.
wiadomo już, jakie mam zdanie.
i miałam nim nie epatować w tej kwestii. ale.
na korytarzach największego szpitala dla dzieci w tym kraju, na dziesięciu piętrach najtrudniejszych chorób, jakie dotykają tych okruchów, na tych korytarzach, na których te mocno doświadczone, ale - wciąż - dzieci, ścigają się na wózkach inwalidzkich, na tych korytarzach, na których koczują z rodzicami, z torbami, w których mają szczoteczkę do zębów, bo nie wiadomo jak długo zostaną, albo tantum verde, bo są już bez zębów, a o jamę ustną trzeba dbać, żeby się zarazki dalej nie rozprzestrzeniały, z torbami, w których mają jedzenie, picie, zabawki, ubrania, koce, termometry, leki, na tych korytarzach, gdzie próbują spać, jeść, bawić się, odrabiać lekcje, na korytarzach, na które trafiają od czwartej w nocy, piątej nad ranem, szóstej, od trzech miesięcy, od dwóch tygodni, od czterech lat, są dzieci w rajtuzach.
niektóre to nawet mają polarowe spodnie w środku lata, a fe.
i bladoróżowe, gaciowe piżamy z heloł kiti pisownia oryginalna.
i kapcie w kolorze wcale nie camel, ale z cekinami albo samochodami, bo łyse dzieci rozpoznasz tu tylko po kapciach.
te niezorientowane w trendach dzieci mają, o zgrozo, pstrokate chustki na głowach. pompy pozwalające im żyć zupełnie niedobrane do koloru rzeczonych rajstop.
mają jeden but zużyty, bo tylko jedna noga działa, okropność. a drugi to chyba matka powinna sama trzeć o beton? bo symetria to piękno?
a te matki, jakie nie wtenczas. wprawdzie każda z cieniem, ale każda z szarym - pod okiem, nad okiem.
ojcowie jacyś tacy nieuczesani, bez prezencji. dźwigają te dzieci bez gracji tam i z powrotem.
i te wózki. o, wózki mają fajne, nowoczesne. wszak spędzą w nich całe życie. no ale naprawdę, żeby tak ufajdać chrupkami. owocami. sondą. wstyd.
koszulki gdyby były od projektantów, to pewnie lepiej układałyby się na zdeformowanych ciałkach.
polska się nie uśmiecha, co? ludzie są szarzy, co? rodzice smutni, co?
a wiesz, że dziecko się nie żali? że kiedy dziecko mówi, że boli, to nie boli? to napierdala. wiesz?
jest naprawdę wszystko jedno co wszyscy macie na sobie, kiedy we dwoje wyciągacie ręce do dziecka, a ono wyciąga ręce do was, kiedy płaczecie we trójkę. kiedy znika za wielkimi drzwiami. kiedy przelewa się przez ręce.
są naprawdę ważniejsze rzeczy, niż rajtuzy.
więc pomyśl o tym, kiedy następnym razem wypuścisz dziecko na mróz w letniej kurtce, żeby ładnie wyszło na zdjęciach.
czwartek, 3 kwietnia 2014
poradnik doświadczonej mamy.
jak zajmować czas bardzo rezolutnej trzylatce mając pod pachą dziewięciomiesięczniaka o temperamencie czołgu?
jak się wyspać śpiąc po pięć godzin na dobę i to nie ciągiem?
jak zachować porządek, kiedy dzieci roznoszą po domu wszystko?
jak się nie denerwować, kiedy jest się na skraju wyczerpania fizycznego i psychicznego?
jak nie mieć wyrzutów sumienia, że się krzyknęło, pękło, nie wytrzymało, wybuchło?
skąd czerpać energię, by każdego dnia robić to samo z uśmiechem?
kiedy czytać książki, oglądać filmy, realizować swoje cele?
jak gotować smacznie, zdrowo i tak, żeby każdy zjadł?
kiedy to robić?
jak sprawić, żeby dzieci nie chorowały, nie zarażały się jedno od drugiego?
skąd brać cierpliwość, by odpowiadać na tryliard pytań?
kiedy się myć, malować?
jak sprawić, żeby nie prać codziennie?
skąd wziąć pieniądze na taką pralkę, żeby nie trzeba było prasować?
kiedy pracować?
skąd czerpać kreatywność do swojej pracy?
kiedy obcinać paznokcie - po ogryzieniu skórek, a przed ogryzieniem paznokci? zdążę?
jak wpadając w furię i wymagając od trzylatki, by była bardziej rozumna się opamiętać zanim się zapłacze z trzylatką?
jak spokojnie żyć z tym, że się ma dziecko leczone onkologicznie?
jak mimo tego wszystkiego być pogodnym i wychować dzieci na radosnych ludzi?
nie wiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)