czwartek, 11 maja 2017

kot stefan, ogród botaniczny i dotrzymywanie słowa.

co tydzień odwiedzamy kawiarnię i sklep z zabawkami oraz grami planszowymi, gdzie moje dzieci doświadczają edukacji w zakresie przeróżnym metodą powszechnie poważaną. na montessori znaczy.

co tydzień chcą, żeby im coś kupić. a ja co tydzień lawiruję między wymówkami, bo zwyczajne "nie przychodzimy tu, by co tydzień coś kupować" nie działa. dziwne, bo przecież bystre są. wymyślam zatem fortele na niekupowanie rzeczy. natasza upatrzyła grę, kota stefana i bardzo, ale to bardzo chciała ją mieć. co tydzień. co tydzień a to zapominałam portfela, a to nie miałam gotówki, a to nie miałam karty, a to nie miałam pieniędzy und zo wajta.

obiecałam natomiast, przed wielkanocą, że być może zając będzie na tyle sprytny i zorientowany w temacie, że może tego kota stefana jakoś, nie wiem, zdobędzie, podrzuci, przyniesie i zostawi. taki zając to hoho. on jest jak mikołaj święty i uszy ma duże i wszystko słyszy. obiecałam.

sprzedawałam farmazony ciesząc się w głębi matki jedynej, że mam pomysł na prezent dla nich.

zając się spisał, kota stefana zdobył, spał sobie podrzuciwszy uprzednio prezenta pod dziecięce łóżka i wtem. 

nadranek.

wpierw słychać szepty, następnie tętent czterech maluśkich stópek, do sypialni wbiegają dwie poczochrane kulki emocji, łuna aż bije od ichniejszego rozedrgania oraz świat pięknieje od szczebiotu: mamo! nie uwierzysz, mamo! zając przyniósł nam kota stefana! I TO CAŁKIEM ZA DARMO!!!

bardzo lubię dotrzymywać obietnic. nawet jeśli są malutkie, jak te stopy, co robią ten taki gigantyczny tętent. nie zawsze to, co dla nas małe, małym jest dla kogoś. lubię. 

tak więc, od kilku dni mówiłam, że jak będzie niepadać, to idziemy do ogrodu botanicznego karmić daniele, kozy i owce kameruńskie, bo takie rzeczy się właśnie robi w ogrodzie botanicznym. i dziś nie padało.

szał ciał, fikando, kozia ślina na całych rękach, ekselent. dużo dzieci, dużo dorosłych, dużo rozsypanego owsa i tych kulek dla kóz, co to nigdy nie wiem czy one są przed zjedzeniem, czy może już po. kijanki wyciągane ze stawu tylko żeby popatrzeć i odkładane natychmiast, żeby sobie jeszcze popływały. pulsowało życie.

w pewnej chwili mój wyostrzony zmysł obserwacji podsunął mi przed mózg obrazek zapłakanej babci. siedziała na ławce. wodziła wzrokiem za chłopcem. chłopiec to się bawił, to zerkał na babcię, babcia zaś ewidentnie nie tego.

empatia plus dwieście, wyobraźnia w kosmosie, "nieszczęśliwi" myślę. czemu ta babcia płacze. że co się stało. że może podejdę, a może przyszła tu odpocząć. ale od czego odpocząć. może od pytań: co się stało. o jezu, jaka biedna. zmęczona? smutna? a to dziecko takie jakieś niebiegające. czy ono nie jest głodne? czy zaopiekowane? co robić? co robić? 

mój mózg drukował kazylion rozwiązań do być może nieistniejącego problemu, ale może właśnie to nieistnienie tak ją boli, dopadło tu na ławce, w słońcu. i te łzy skrzą się bardziej takie rozświetlone, że może normalnie nie widać. ale normalnie to przecież nie ma łez. czy ja mam się rzucić na pomoc? walczę ze sobą, trochę jeszcze obserwuję, kiedy słyszę.

- kamil! - głośno do chłopca. - kamil! idziemy do domu! kamil!! a pod nosem: bo coś tu babci zajebiście pyli.

dotrzymujcie słowa. 
to się pyli. 
opyla znaczy.

9 komentarzy:

  1. Puenta mię zmiotła. ;) Lofciam Was i pozdrawiam ciepło. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Matko...Ty jsk zawsze...tylko Ty tak umiesz znaleźć tę osobę i ten moment! Szczęście do sytuacji...albo przyciąganie 😉

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam Twoje pisanie. I tez sie musze uczyc przy mej 3 latce odmawiania roznych różności. Pozdrawiam cieplo.m

    OdpowiedzUsuń
  4. na dzien dobry piekny usmiech:)

    OdpowiedzUsuń
  5. To niech nam się pyli! :)))

    OdpowiedzUsuń
  6. Matko jedyna jak wydasz ksiazke to bede pierwsza w kolejce ktora ja kupi. A moze sage, zebym miala co czytac do konca zycia. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń