sobota, 20 maja 2017

mój meksyk.

nie umiem opisać meksyku.
nie umiem go opisać bez zachwytu, bez łez, bez tęsknoty, która od samego powrotu wierci mi dziury w ciele i duszy.

zachłysnęłam się światem.







będzie chaotycznie, nie po kolei. pierwszy raz w życiu nie potrafię czegoś opisać.

***
stoję na dziobie katamaranu. pierwszego dnia skradałam się po nim rękami i nogami, niczym człowiek pająk, przerażona brakiem stabilności, ogromem żywiołu pod spodem, bujaniem. teraz stoję. trzymam się foka nawiniętego na sztag, na którego jeszcze przed chwilą mówiłam "ta rurka z przodu". patrzę w wodę przed nami, bo głębokościomierz pokazuje siedemnaście metrów, a mapa ponad sto. chwilę później podskakuję piszcząc, nie mogąc złapać tchu, serce chce mi wyskoczyć z piersi, euforia wyrywa się z gardła. najpierw fontanna, później grzbiet, na końcu ogon wieloryba. wieloryba! wieloryba!!! ola, która jest najspokojniejszą z nas, najskromniejszą, po prostu damą, mówi swoim cichym, delikatnym głosem: ja pierdolę!


ja nie jestem damą.
ja pierdolę wniebogłosy, krzyczę, wiję się, tupię, jestem dzieckiem. dzikim dzieckiem. wieloryby, bo jest ich kilka, odprowadzają nas aż do portu. czekaliśmy na nie cały rejs. przybyły.

pierwszego dnia w morze wyprowadzają nas delfiny. prawdopodobnie grindwale. nie wiem. trzęsę się. trzy grzbiety z płetwą, które sprawiają, że się trzęsę. nie przestanę do końca wyprawy.

dzień wcześniej ocean.
przyjęłam meksyk całym ciałem. euforycznie.
prawdziwy wielki pacyfik zalał mi mózg i koszulkę, spodenki, majtki i serce. zalał mi włosy, oczy, nawpuszczał piasku we wszystkie otwory, pod powieki, do serca, do brzucha, sromu. ogrom i huk, moc, żywioł, potęga, bryza, mgła, słoność wdzierająca się przez moją skórę do środka, do całej matkijedynej, do kości, mięśni, krwi, do duszy. ocean wdarł się we mnie, oczarował, wydrążył dziurę i szumi w niej do teraz.




ławica latających ryb dzwoni. nie wiedziałam. wyskakując z wody dzwonią, jakby ich skrzydłopłetwy były ze srebra. tak też wyglądają. za dzieciaka wrzucałam pęczak do jeziora, wpadał stopniowo, ziarnko po ziarnku, latające ryby wpadają w wodę, jak pęczak. moje skojarzenia są małe i biedne. z polski. latające ryby błyszczą jak moje oczy, kiedy na nie patrzę.

co i rusz z każdej strony burty widać wyskakujące z wody płaszczki. machają skrzydłami, jakby chciały latać. śmiejemy się, że nurkują. mają szkółkę chyba. nie wiedzą, że płaszczki nie latają. albo my nie wiemy. kto z nas jest pod powierzchnią, a kto nad? patrzę na nie, zachwycam się i myślę, czy jak u nas pada, to dla nich jest brzydka pogoda? z tym że u nas nie pada. znów myślę po polsku.


po całym morzu korteza pływają maluśkie kaczuszki. zastanawiamy się jak to możliwe, żeby takie małe kuleczki utrzymywały się na takim wielkim morzu? wiele z nich ginie. trupki unoszą się na wodzie, turlają po plaży. wieczorami te żywe zbijają się w stada, jak my. raźniej. milej. nam też. my wieczorami w swoim stadzie siedzimy na siatce, rozmawiamy, pijemy, żartujemy, albo wręcz przeciwnie. nie wiemy czy gapić się w niebo, czy na fluorescencyjny plankton. na siatce wygrało jednak niebo. plankton ma branie w toalecie. aż żal było spuszczać, tak ładnie wygląda świecąca kupa.


kapitan dynda w hamaku na pokładzie. pozazdrościłam, dostałam swój hamak na jedną noc. nasz cały świat stanął na głowie. patrzymy na księżyc, z którego polski twardowski niechybnie by zjechał, na mleczną drogę, na orion, na wielki wóz jadący zupełnie gdzie indziej. ja też jadę już zupełnie gdzie indziej. czwarta, albo piąta rano. śpisz? nie. to patrz na wenus. i na delfiny.
znowu się trzęsę. i to nie dlatego, że noce na pokładzie są zimne.



pustynia. kaktusy wielkości drzew. cykady dzwoniące jak piła łańcuchowa. a może motorowa. dźwięk wibruje i rozchodzi się w suszu. w gorączce. wszystko ceglasto-miedziane. gorące powietrze wbija się w płuca, usta, głowę, brzuch. boję się. boję się pustyni. ale chcę tam być. lasy kaktusowe, rezerwat największych na świecie kaktusów. zero ludzi. tylko my. czy wypada nam być tu ludźmi? znowu zachwyt. jestem mała.





boję się wejść do wody. oni pływają z maskami i rurkami, ja bardzo chcę, ale się boję. "chodź, bo będziesz żałowała" słyszę. tak, żałowałabym. to, co się ukazuje moim oczom, już kiedyś widziałam. pan disnej narysował w bajce. rozgwiazdy (zoja mówi orazgwiazdy) i ryby są kolorowe. bardzo kolorowe. są żółte, cytrynowe, fioletowe, pomarańczowe, niebieskie, czarne, czerwone, pasiaste, kropkowane, grube chude, smukłe, obłe, kolczaste, ładne, straszne, fascynujące. niektóre są jak nadmanganian potasu, w którym kąpałam nataszkę. jestem mała i z polski. nie umiem w masce, ale umiem w okularach. wynurzam się tylko na ułamki sekund, by łyknąć powietrza. szkoda czasu na niebycie pod wodą. jestem bardzo mała.


popłynęłam z ojcem jedynym wpław do brzegu. sto metrów. bałam się, ale dałam radę. moje lekcje pływania nie poszły na marne. wtem krzyczą do mnie z łódki czy chcę buty w góry, bo płyną pontonem. chcę. dźwięk nie dociera do nich. chcę!! krzyczę, ale mnie nie słyszą. myślę sobie, że chcę też koszulkę. ojciec jedyny płynie do łódki po moje buty. tylko, że ja o tym nie wiem. zostałam sama na wyspie. nie chcę być sama. chcę być ze wszystkimi. więc wracam. za dużo jak dla mnie. nie tonę tylko ze wstydu, chwytam bojkę, którą dla bezpieczeństwa ciągnę za sobą, mam atak paniki, zawał i krótki oddech. widzę całą bandę, która patrzy na mnie, nie wiedzą, że właśnie umarłam ze strachu. jestem trupem, który płynie chyba tylko siłą rozpędu. mąż i kapitan przed moimi oczami bacznie na mnie patrzą. obaj pytają czy mi pomóc. moja godność nie pozwala mi na to. oraz fakt, że jak kiwnę głową na tak, to się zachłysnę i utopię naprawdę. nigdy się tak nie bałam. zwijam się potem w kłębek i płaczę. wtedy chcę być sama. jestem mała.


cały czas obok nas krążą pelikany. są tak niezgrabne, jak mój dzisiejszy opis. nie pasują do tego świata. ja czasem też. śmieszne, nieforemne, jednocześnie idealne. na swoim miejscu, w swoim czasie, umiejętnie i zgrabnie uderzają dziobami w wodę. natura wie lepiej. pelikan nurkuje obok głowy krzyśka, kiedy krzysiek pływa obok lwów morskich. ja nie weszłam. cała wyspa niezwykle zwinnych w wodzie lwów morskich z osiemsetkilogramowym samcem alfa na czele to dla mnie za dużo. jestem z polski.


złowiliśmy tuńczyka. jest wielki i niebieski. mam wachtę kuchenną, więc trzymam go za ogon, kiedy waldek go filetuje. ciepła krew płynie po moich wegetariańskich rękach. mogę nie patrzeć, ale mam trzymać. mięso jest bordowe i ponoć smaczne. jedzą go na surowo, w tatarze. 



siedzę wtedy na dziobie i czytam książkę. też miło.


odpoczywamy. pierwszy raz od kilku lat z ojcem jedynym odpoczywamy. ciałem, głową, duszą.


co dwa dni z becią i waldkiem biegamy. po powrocie bieganie jest dla mnie podtrzymaniem.
tam biegamy po bezludnych wyspach, albo po wyspach z pięcioma domami. biegamy po pustyniach, obserwujemy kozy, jaszczurki i kaktusy. wychodzimy w góry. "nie łapcie grzechotników za grzechotki", mówi waldek. w razie gdybyśmy chcieli.

jesteśmy. po prostu wszyscy jesteśmy.


tu biegam po lesie i raz udało mi się nie nadepnąć zaskrońca. jestem z polski.

dopływamy z martą pontonem na plażę. będziemy kręcić teledysk. mamy rum i telefon. oraz wolne głowy. martę poznałam na tej wyprawie. nie chcę pamiętać czasu, kiedy jej nie znałam. siska. czuję, jakbym siedziała z nią w jednym brzuchu u jakiejś matki. prawdopodobnie matki ziemi. zbieramy muszle i żałujemy trupków, chodzimy w góry i całujemy kaktusy. pływamy w dmuchanych kółkach i śpiewamy te same piosenki. razem głupio żartujemy i razem płaczemy na koniec wyjazdu.








powrót do rzeczywistości jest trudny. choć bardzo mocno się staram. moje serce zostało w meksyku. przynajmniej kawałek. wciąż pamiętam jak pachnie jedzenie, powietrze, jak słońce ogrzewa ramiona, jak wiatr na łodzi owiewa głowę, chłodzi myśli, jak słońce wszystko uspokaja, jak woda buja łódź i to, że podczas sztormu mogę po prostu ze strachu nie wyjść z kajuty.

pamiętam jak smakuje kaktus i dojrzałe awokado. mango i papaja.


przez dwa tygodnie moje życie czytała krystyna czubówna.
było mi ciepło i bezpiecznie. beztrosko i pięknie.

teraz jestem w polsce. i mam tylko jedno, jedyne - może złożone, ale naprawdę jedno - pytanie do kapitana: waldek, co ty mi zrobiłeś - jak ja teraz pojadę do rewala?!




ps zdjęcia z powierzchni ojciec jedyny, zdjęcie podwodne i nasze wspólne martson.pl (dos!)

25 komentarzy:

  1. Jak to jest napisane! Rytm: wdech, wydech, zachwyt, przydech, bezdech. To jeden rytm, ten szybszy, a pod spodem cały czas ten drugi, wolniejszy, miarowy rytm: oddech oceanu, upału, ziemi. Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  2. O Matko Jedyna jakie to piękne.

    OdpowiedzUsuń
  3. O Matko Jedyna jak to dobrze napisane. Przeżyte.

    OdpowiedzUsuń
  4. Gdziekolwiek bys byla,cokolwiek robila to odbierasz swiat Cala soba, jakbys byla podrozujaca po ziemi kosmitka.....

    OdpowiedzUsuń
  5. Bajka :) Byłam w zeszłym roku i podpisuję się rękami i nogami. Pojedź do Tajlandii i jeszcze bardziej rozmiękniesz... Ja już chcę wracać! Z przyjemnością wchłonęłam Twoje pachnące oceanem wspomnienia : D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ciekawe czy wystarczy mi życia na wszystko? :)

      Usuń
  6. O jaaaaaaa. Fantastyczny mieliście pomysł.Cudowna wyprawa. Rozumiem i czuję każdą Twoją emocję. Ale nie smutaj.Na szczęście życie jeszcze takie dłuuuugie przed nami😊I ja tak siebie pocieszam po przeczytaniu Twojej opowieści.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jak zorganizowalas wyjazd ?? Sama? Znajomi? Biuro ??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kilka nieznanych mi wcześniej osób wspólnie organizowało. prywatnie. kapitan waldek i pierwszy oficer marta. dołączyliśmy się.

      Usuń
  8. Niesamowite. Ponosi, zabiera dech w piersiach, unosi i zachwyca. Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  9. Pieknie napisałaś, emocjami,sercem.
    Ja płacze nad morzem, stoję, patrzę,słucham i łzy same mi lecą po twarzy. Cztery prawie lata mieszkania na wyspie, soli i piachu w powietrzu, a teraz jestem z Niemiec i Polski i jak już dusza nie może, to mi się śni w nocy, ale jak jakiś sen erotyczny, z bujaniem, ciepłem, dozaniami. Tak mi się śni morze.
    Lecę tam- płacze, wracam- płaczę jeszcze mocniej.
    Także, rozumiem Cię Matko w całej rozciągłości.

    OdpowiedzUsuń
  10. Piękny Meksyk, zdjęcia, świetny reportaż :) wysłałam linkę mężowi: zobacz jak pięknie, chcę tam!

    OdpowiedzUsuń
  11. Przypomnialy mi sie moje pierwsze zachwyty Matka Ziema. Ocean i moc jego fal i ten piasek przenikjacy wszedzie. Dziekuje, bo juz zapomnialam :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Cudowne. Na zawsze zostaje w głowie.
    Należy Ci się :-)

    OdpowiedzUsuń
  13. Najpiekniejsza opowieśc z prodróży, jaką udało mi się kiedykolwiek przeczytać (a czytam sporo). Finezja klawiatury i umiejętność czerpania z życia pełnymi garściami. Uwielbiam Cię Matko jedyna od lat. Cudowny urlop. Dziękuję, że chciałaś się nim podzielić. Piękna relacja. Czytam piąty raz.... przeczytam pewnie jeszcze kilka razy. Gdzieś w tych opisach odnajduje kawałeczki siebie, choć nigdy nie byłam w Meksyku ;-)

    OdpowiedzUsuń
  14. Napisane tak, ze jakbym sama tam zachwytem twym sie przeniosla, zachlysnela goracym oddechem pustyni, polknela slona wode oceanu, ciarki na widok delfinowatych i wielorybich stworow na calym ciele odczuwala... wzruszenie... dziekuje x

    OdpowiedzUsuń
  15. Magiczny opis. Przepiekne zdjecia. Nigdy nie bylam w Meksyku a czuje tamta atmosfere i emocje. Nigdy nie przestawaj pisac! Robisz to swietnie!

    OdpowiedzUsuń
  16. Przepiekny ten Twoj Meksyk! :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Moje serce jest w kilku miejscach na ziemi.
    Źle mi kiedy wracam. A wracam zbyt rzadko. Wolałabym częściej.
    Piękny Meksyk i piękny opis. Jak każdy twój.

    OdpowiedzUsuń
  18. Jak dobrze ze wlazła w te wodę. Matko Jedyna jesteś odważna. Ja tylu nie robie bo sie boje, no durna ja. Nie latam - bo się boję. Wezmę z matki przykład i się w końcu przelamie; ). Bo jak nie dzisiaj to kiedy. Jesteś bohaterka. Uściski i takie tam inne spoufalania przesyłam.

    OdpowiedzUsuń