sobota, 2 listopada 2013

mama.

trochę mnie to życie przegnało po chaszczach. nerwowam z natury, to i stres mnie zżera. to jest o tyle ważne, że zapadłam i ja na chorobę, która uleczalna może i nie jest, ale też da się z nią łatwo zmagać, a i statystycznie spotykana dość często, więc przejmuję się tylko tyle, żeby nie pogłębić objawów. mojej mamie też po rozwodzie się ujawniła i jest dziedziczna. tak więc nie mam co narzekać, że nic nie dostałam. dostałam. 
bywam więc u lekarzy.
znów.
och, jak ja lubię.
ale do brzegu. leczę się u doskonałej lekarki, która robi dwugodzinny wywiad z pacjentem, żeby niczego nie przegapić. pyta o rzeczy pozornie niezwiązane. i tak usłyszałam: a ludziom pani ufa? no i się musiałam dłużej zastanowić. odpowiedź była niejednoznaczna, bo przyznałam się, że chcę ufać, nie chcę być przeciętniakiem z polski, co to jak ktoś go zapyta która godzina, to odpowie nie wiem, nie mam, ja nie stąd i tak dalej. opowiedziałam o tym, że za wszelką cenę próbuję zwalczyć myśl w tramwaju, że ktoś mnie chyba właśnie okrada. że nie chcę wędrować po ulicy i trzymać się za kieszeń. czy to się da? nie wiem. pomocne to nie było, a może i było, tego też nie wiem, ale pytanie dostałam inne: co robię gdy widzę, że coś się dzieje? odpowiedziałam jak z procy: reaguję. a potem, w trzygodzinnej drodze do domu, ze śpiącym - na szczęście - niemowlakiem, analizowałam co tam się działo w gabinecie i czy ja przypadkiem nie odpowiedziałam jak bym chciała, żeby było, a nie jak jest naprawdę. czy faktycznie reaguję? jak ktoś tłucze dziecko, to tak. jak ktoś wrzeszczy na dziecko - też. jak gówniarze łupią w piłę przy ulicy i wybiegają pod samochody - też. ale ile tych sytuacji się ma w życiu, żeby potwierdzić tak, jestem dobrym człowiekiem? zmartwiłam się, że może skłamałam, że może nie jestem, że portfel jednak chowam w torebce głęboko, drobnych nie rozdaję, grubych tym bardziej, że nigdy nie trzeba mi umyć szybki, ani przypilnować auta. naprawdę się zmartwiłam. niepotrzebnie.
na drugi dzień miałam okazję zareagować. już było ciemno, jechaliśmy z cmentarza do domu, mijamy leżącą dziewczynę i dwie inne nad nią. zatrzymujemy się, ja biegnę. czy trzeba pomóc? co się stało? no dziewczyna biegła i się przewróciła. i tak leży twarzą do ziemi. oddycha? oddycha. jest kontakt? nie ma. dzwoniłyście po pomoc? nie. zbiegowisko coraz większe. pijana! żyje? kto to? dzwonię. pani dyspozytorka pyta czy pijana. nie wiem. w jakim wieku. nie wiem. przewrócić. 
ludzi już mnóstwo. ja dyryguję. odsunąć się, przewracamy. nikt mi nie pomaga. dziewczyna stawia opór. pewno pijana! kto to? jeszcze więcej ludzi, słyszę: trzeba przewrócić, ale nikt nie pomaga. coś mi majaczy z lekcji PO, że to łatwo przewrócić do pozycji bocznej ustalonej, jak się odpowiednio za rękę i nogę pociągnie. ale nie daję rady. podnoszę głowę: niech mi ktoś pomoże. słyszę znów, że pewno pijana. ona się nie rusza. dziewczyna, co ją znalazła pyta: piłaś? kiwa głową. nie wiem czy tak czy nie. ale co to zmienia? jak pijana, to zostawiamy? kurwa. zbliżam się do głowy: jesteś chora? tak. masz epilepsję? cukrzycę? cisza. jeszcze więcej ludzi. warknęłam: odsunąć się, o dziwo posłuchali. znów próbuję odwrócić. wreszcie lituje się mężczyzna, pomaga mi. ktoś rozpoznaje. dziewczyna ma epilepsję i schizofrenię. w ułamku sekundy wstaje i chce iść. już jest ok. nie, nie jest ok, bardzo nie jest ok. znasz numer do domu? znam. dzwonię. zanim pojawi się mama, ja zniknę.
rozdygotana wsiadam do auta.
kto ratuje świat? mama. jej mama.
nawet nie mogę się napić wódki.

mama.

8 komentarzy:

  1. Wódka. Wódka i tatar. Mmmm.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pocieszam Cie matkojedyna ze takze zmuszona jestem do abstynencji :)

    OdpowiedzUsuń
  3. jak poszłam raz na piwo po nataszy, to się tak źle czułam, ze okazało się, że znów jestem w ciąży, więc następnym razem się zastanowię.

    OdpowiedzUsuń
  4. Niestety znieczulica panuje w kraju i nie zapowiada się na zmiany. Smutna historia.
    Pozdrawiam. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Właśnie się zastanawiałam, czy ktoś się odniesie do opisanej tu historii. Dla mnie to trudna kwestia - trzy razy próbowałam pomagać, trzy razy się sparzyłam. Teraz, jak widzę leżącego na ulicy i widać ewidentnie, że pijany sobie śpi, to nie podchodzę niestety. I zostaję na długo z niesmakiem i kacem. A mój zięć konsekwentnie podchodzi i pyta, czy pomóc. Podziwiam. Ciebie i jego.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. z tym zaufaniem to jest tak - jak nikomu nie ufasz to nie bardzo można oczekiwać, że Tobie zaufają, bo niby jak.
    Ale i tak się sto razy zawiedziesz.

    OdpowiedzUsuń
  7. Pozdrowienia od Hashimoto :D

    OdpowiedzUsuń