wtorek, 5 marca 2013

zakupy.

wybrały my się do ludzi. do sklepu. do miasta.
stoimy my w drogerii słynnej na całą europę środkowozachodnią. dziecko szura koszykiem po podłodze z uwielbieniem i z dwoma deserami weń. matka zakazała rozparcelowywać, póki nie zapłacone. wtem matka dostrzega półkę z owocami i przekąskami bio, zdrowymi słodyczami i innymi cudowieństwami opakowanymi wyjątkowo nieatrakcyjnie dla dwulatki, jednak zajebiście wartościowymi dla alergicznej dwulatki.
matka nurkuje, wczytuje się, analizuje.
dwulatka czeka.
do czasu.
- mama, chodź.
- już, już.
- mama, chodź!
- już.
- mama!
- już!
- dobla. ja idę.

i poszła. 
zarechotał sklep tysiącem se-erc.

poniedziałek, 4 marca 2013

wiochna.

najpierw czekam z jakąś niepisaną tęsknotą. na słońce, na energię, na życie. na wiosnę.
potem okazuje się, że ona jest. że przyszła. że ja wyszłam na dwór, choć nie powinnam. ale co mam powiedzieć dwulatce? "mamę ciągnie brzuch, bo krewetka dzidziuś..." - słyszała to już tyle razy. i jeszcze wiele razy usłyszy, jeszcze zdąży na krewetce dzidziusiu zawiesić wszystkie znienawidzone psy nieobejrzane na ostatniej wystawie psów rasowych, bo taki rodzice chcieli prezent dwulatce zrobić. nie żeby ją wystawić, tylko, żeby sobie popatrzyła na pieski, przecież tak lubi zwierzątka. zwierzątka tak, ludzi nie. napierdalania słabą i zbyt głośną "muzyką" z pierdzących  głośników też nie. to jest dziecko audiofila. i audiobooka. to jest wzorzec gustu. to jest wypadkowa nas samych, więc skoro ja się męczę, ojciec jedyny się męczy, to jakże ona ma się cieszyć? nic to. 
wyszłam na dwór. na pół godziny, później pójdę na godzinę.
bezchmurne niebo bezlitośnie smagało mnie po nieposmarowanym ryju. ryj wystawiam do słońca i czekam aż spali niemoc, dół. i chuj.
nie pali.
więc ze spuszczoną głową wpatruję się w kępki pozostałego śniegu. w zamarznięty brud. trzymam się tego, jak ostatniego bastionu mnie samej. wiem, że w końcu cholera wzejdzie tak wysoko i na tak długo, że stopi zmarzlinę. że będę musiała się poddać. żyć dalej, może nawet się uśmiechnąć. póki co brodzę w błocie, pokazuję dziecku żurawie i jastrzębie udając, że to cudowne. cudowne? dziś nie. dziś jeszcze nie mam w sercu wiosny. dziś jeszcze wiosnę mam w dupie. o, przebiśniegi nie rozwinęły się bardziej. czyli nie tylko ja pikuję jeszcze. nie tylko ja jeszcze nie potrafię się przedrzeć przez darń. na szczęście jest zimno. na szczęście.
ale przez rozpulchnioną glebę już pcha się życie. tak jak przez moje nabrzmiałe krocze. niech to moje małe życie jeszcze się nie pcha. niech jeszcze nie kiełkuje. z każdym krokiem moje drugie dziecko osadza się w kanale rodnym. i czuję to. odliczam tydzień po tygodniu kalkulując w głowie szanse na przeżycie. z każdą sobotą robię coraz większe uf. ufam mu/jej, że wie, co robi. że przyjdzie, kiedy ma przyjść. że stanie się to, co najlepsze dla nas.
w głowie dudni miniona kradzież. musiał nas okraść ktoś blisko nas. ktoś kto nas zna, kto wie, kto bywa. no więc może i to czyta. nie życzę ci niczego dobrego, złodzieju. częściej bluzgam, niż bluźnię, ale teraz nie mam wyjścia. nie jesteśmy bogaci. ciężko zarabiamy na swoje rzeczy. wiem, że to tylko rzeczy, ale nie muszę się tego dowiadywać w taki sposób. niech ci uschnie kończyna. jedna, druga, trzecia. niech ci uschnie serce. masz serce?
być może za bardzo skupiam się na tym, czego nie mam. za mało pamiętam o tym, co mam. no to krótki (bardzo krótki) rachunek. co mam. mam skracającą się szyjkę macicy. mam doła. mam cellulit. i mam dość.

wtorek, 19 lutego 2013

gretkowska lubu-szczyzny.

czytam gretkowską. nie pójdę za nią w ogień, ale w żar już tak. nie pasuje mi jej bóg, bo moja głowa, która czyta i poznaje inne religie odrzuca wiarę w coś, co zaczyna się od: bóg jest jeden. wiem, że to wiara czyni to, że on jest jeden, ale wiedza mi się z tym nie zgadza. zgrzyta mi w mózgu, jakby mi tam wleciało ziarnko piasku. owszem, w coś tam sobie wierzę, bo myślę, że nawet ateiści wierzą, tyle, że w wielkie nic, w rozum, w racjonalizm, ale nie w boga gretkowskiej. co nie zmienia faktu, że ją czytam. i że lubię. są książki, które przemawiają do mnie bardziej, są takie, które mniej. ale towarzyszy mi w znaczących dla mnie momentach życia. "polkę" czytałam w ciąży będąc, a polka jest o ciąży. a "europejkę" niedawno, a europejka jest o dwuletniej polce. 
wiele poglądów, wiele spostrzeżeń, wiele uczuć wyczytuję u niej jakby z siebie. ale gretkowska nie planuje więcej dzieci, a ja tak. więcej, plany owe już są w realizacji, czeka mnie jeszcze tylko bolesny odbiór przesyłki z kosmosu (o właśnie, wierzę, że moje dzieci wiedzą do kogo przychodzą), a potem już tylko życie usłane kupami. no więc nie ma kto mi napisać o moich uczuciach. no więc muszę sama.
że się boję, że mam stracha, że nie wiem jak podołam, że nie chcę leżeć bezczynnie do końca czerwca. że chcę zarabiać pieniądze, pracować, że mnie bieda wkurwia. wkurwia, nie załamuje, nie rozczarowuje, tylko właśnie wkurwia. leżę więc wkurwiona bez szans na poprawę. chyba, że nagle wydawca gretkowskiej napisze do mnie: pani matko jedyna, jak miło, że pani jest, bo właśnie trzeba wydać książkę o myślącej matce dwojga dzieci, nawet dobrze, że to jedno jeszcze ma pani w łonie, to będzie pomysł na następną pozycję. dobrze, gdyby się pani sprężyła, żeby na dzień matki to wydać. da pani radę? dam, dam.
i ja wtedy siadam i dopiero sram pod siebie ze strachu, ale słowo dałam, więc dam z siebie wiele więcej słów.
tak by było dobrze. ale tak nie jest.
jest tak, że leżę, napierdala mnie brzuch i krocze. przyjeżdża teściówka ogarnąć dom i nataszę. ale ja tego nie ogarniam. nie będę mówić i pokazywać palcem mamo, jeszcze poodkurzaj mi. jest mi niewygodnie, a to początek mojej niewygody. jestem wygodnicka, ale nie wyrachowana suka.
myśli się kłębią, kiedy potajemnie zaiwaniam z miotłą po kuchni. kiedy wyjdą na śnieg wyjmę odkurzacz, każdego dnia odkurzę po jednym pokoju. przekleństwo samodzielności. 
czy jest coś takiego jak dda? czy dzieci alkoholików nigdy nie bywają dorosłe? inaczej, one się rodzą dorosłe w pewnych sferach, a w pewnych są ociemniałe. nie chcę otworzyć oczu, bo poraża mnie jasność niektórych przesłanek, wydarzeń.
raz po raz coś sobie pierdolnie z hukiem z piedestału. mama, tata, reszta. a to mi się kręgosłup moralny połamie i trzeba go jakoś obkleić, żeby nie spaść. gliną z podwórka domu na kredyt, potem z pracy i łzami. czasami to się zupełnie nie klei.
kurczę, czemu mnie nie chcieli? przecież bywam fajna. i ciastka już umiem zrobić, rodzę dzieci. nie sprzątam, fakt. stanowczo za dużo czytam. myślę też za dużo. no i gadam za dużo. no dobra, mieli prawo. 
wierzyli w boga? 
ciekawe, w którego.

środa, 13 lutego 2013

kto ty jesteś? polak mały. mały.

nie oglądam telewizji.
nie czytam wiadomości.
nie słucham radia.
z instytucji typu facebook dowiaduję się w sposób przypadkowy o tym, co pseudonajważniejszego dzieje się w tym kraju.
wkurwiam się na polskę.
w dupie mnie ma, a ja ją.
wkurwiam się na marię peszek, bo pewnie jak będzie wojna to pójdę w bój. jak moi pradziadowie. wprawdzie nie na rowerze z bagnetem, ale starym mondeo w pizdu, byle dalej.
nie wiem czy dalej jest lepiej, ale może nie potrzeba mi lepiej, tylko inaczej, parafrazując poetę.
jak można być wykształconym, pracowitym, zatrudnionym i a. nieposiadającym pieniędzy na godne, powtarzam godne, a nie ponad stan życie, czy też b. nie widywać się z dziećmi, które się ma wychować? 
w dupie mam ten kraj. nie, nie pójdę walczyć. w dupie mam, że o moim dziadku pisano w encyklopedii. w dupie mam, że pradziad koniem jechał dwa tygodnie na kongres wiedeński walczyć o polskość. że założył pierwszą polską szkołę. a ta szkoła teraz ma trzy godziny religii, religii, która jest jedna jedyna i niepodważalna, na której dzieci nie dowiedzą się co to jest islam, a co buddyzm, szkoła, która rozpierdala biblioteki, bo po co, skoro dzieci i tak nie czytają. nie kupię dziecku książki, bo mi nie starczy pieniędzy, jak tak dalej pójdzie. będę kraść, bo co mi pozostaje. tak oto krąg się zamyka. polactwo, złodziejstwo, kombinatorstwo.
jak dobrze, że wywaliłam telewizor.
jak dobrze, że mnie mdli na wiadomościach.
spierdalaj, polsko. w obecnej formie nie jesteś mi potrzebna.

magister frustracji z aspiracjami do profesury.

wtorek, 12 lutego 2013

hormonogram.

w jednej chwili płaczę, a w drugiej... płaczę.
inne to łzy.
niemoc przemieszana z mocą.
brak sił, z nadsiłą. nadczłowiek. a taki mały.
mam córkę. mam drugie dziecko w drodze, chyba też córkę, jeszcze nie wiem.
wszystko inne jest nieważne. poza tatą tychże.
cudy, chodzące, gadające, niejedzące obiadu, kopiące, napinające matczyny brzuch.
kiedy w nocy słyszę "mama, do duziego" i kiedy tata przynosi płaczącą mynię, bo miała być mama, ale mama teraz nie może ("aha, bo klewetka dzidziuś ciągnie mamę w bziuch!"), kiedy wtulam się w nią, kiedy zanurza swoje dłonie w moje włosy, kiedy łapię swoimi dłońmi jej ciepłe, małe stópki, kiedy słyszę "mama, co lobisz?" o 4:38, to wiem, że żyję. wiem po co i dla kogo.
tęsknię za nią, choć jest obok.
myślałam, że mam jedno serce, że nie pokocham już tak jak nataszy nikogo, nikoguśko. a teraz krewetka dzidziuś, okruch nad okruchy, cud z numerem dwa trenuje bardzo, bardzo, by być pierwszym na świecie. nie wiem z kim się ściga, ale przemawiam do pępowiny. raz, raz, próba pępowiny. siedź tam sobie jeszcze, okruniu, siedź. mama powie kiedy wysiadka.
i choć jest mi ciężko, choć czarno coś dzisiaj widzę, to wystarczy uświadomić sobie, że miłość jest. że jedna leży w zmienionej, świeżej pościeli przytulona do barana i misia, druga zdziela mnie od wewnątrz kończynami przytulona do swojego ciepłego woreczka, a trzecia, największa, przyczynek wszelkiej miłości nie przytula się do nikogo, bo siedzę tu i ronię łzy nad swoim niepojętym szczęściem. 
hormony, przecież nie romantyzm.

co jeszcze?

dziecko chore od szesnastu miesięcy.
okradziono nas w najdziwaczniejszy sposób na świecie. bez śladów włamania. zginęło zbyt dużo cennych rzeczy, a zbyt dużo zostało nieruszonych.
drugie dziecko pcha się na świat, chociaż nie ma szans na przeżycie.
boli mnie brzuch.
nie mogę się przytulić do chorej córki.
nie mam pracy ani pieniędzy. ani perspektyw na pracę.
mam za to długi.
i być może paranoję.
czy ktoś mi chodzi po domu? wynosi coś, czego nijak nie odkupię, bo nie mam za co?
ktoś mi zachorowuje dziecko i przeszkadza w miłowaniu jej?
już nie chcę nic znosić. już mi wystarczy.
proszę mi zaproponować pracę. może być w kanadzie. bylebym mogła leżeć do końca czerwca.

proszę mi pomóc zrozumieć.

dziękuję.

niedziela, 10 lutego 2013

uważaj czego sobie życzysz, bo ci się spełni.

dziecko ma przypadłość niewiadomego pochodzenia. przypadłość jest prawdopodobnie skórna. przypadłość trwa zdecydowanie za długo. szukamy lekarzy od przypadłości wszelakich, bo nieznana jest geneza przypadłości. przypadłość mieści się najoględniej mówiąc w okolicy pieluszkowej, choć okolica ta pieluszki nie widziała już hoho, a może i dłużej. rady typu zmień proszek, zmień pieluszkę, zmień lekarza proszę pozostawić dla siebie, gdyż wypróbowałam już wszystkie te rzeczy z opróżnieniem arsenału apteczno-drogeryjnego na czele, wtarłszy ów w dziecko płci żeńskiej sztuk jedno razy milion.
ale poddać się nie zamierzamy, jak już drzewiej pisałam. wszak antoni macierewicz musi mieć jakiegoś lekarza, który musi być tak dociekliwy, jak antoni macierewicz, który mu na pewno nie odpuszcza. sytuacji, że antoni macierewicz nie choruje, jakoś nie zakładam, ze względów oczywistych.
w związku z niepoddawaniem się, podejmowaniem kolejnych kroków i testowaniem lekarzy coraz to wyższego szczebla, wybraliśmy się do stolicy. na wizytę u pani dermatolog numer dwa, ordynator numer jeden, przynajmniej w warszawie. spodziewaliśmy się próby diagnozy, a może i nawet wyleczenia, choć nauczeni doświadczeniem, raczej czekaliśmy co się wydarzy, w żadnym wypadku nie biernie, bo zdecydowaliśmy się na hospitalizację dziecka, albowiem cierpi. pani ordynator w sobotę zaleciła słusznie szpital, od poniedziałku, na trzy dni, na co byliśmy nijak nie gotowi. przeliczywszy natomiast powtórną wycieczkę do warszawy uznaliśmy, że nie ma takich drogich kapci, jak przejazd tam i z powrotem autostradą plus paliwo, inwestujemy więc w kapcie. mąż zalągł się u znajomych, ja wraz z dzieciem podbijałam szpital. ja próbą przepraszającego uśmiechu za mające uatrakcyjnić współleżącym poranki i wieczory walory słuchowe przedsięwzięcia, dziecko - możliwościami wokalnymi. po tych kilku dniach wygnania miałam serdecznie dość. na wyniki biopsji czekamy, więc nie wiadomo co i jak, ale zmęczenie dało o sobie znać.
pomyślałam więc, że miło byłoby odpocząć. nic nie robić, leżeć i pachnieć.
wczoraj byłam u ginekologa. młodsza młodzież pcha się na świat, choć jest w połowie swojego zakwaterowania u mnie. 
leżę.
wprawdzie nie pachnę, ale leżę. i kwiczę.
i tak do czerwca.
skoro mam taką moc, to uwaga, trzy cztery. natasza jest zajebiście zdrowa, a małe - chyba dziewczyna - żartowało. szyjkę mam długą i twardą, aż do samego terminu. dodatkowo poproszę jakieś pieniądze na konto.
to mówiłam ja, jarząbek, trener drugiej ligi. a na prawdziwo: matka jedyna dwójki. amen.